Reklama
Świat

Francja czeka na prezydenta. Co dla Polski oznacza starcie Le Pen z Mélenchonem?

Marine Le Pen czy Jean-Luc Mélenchon? „Skrajna prawica” czy „skrajna lewica”? Francuzi dopiero za kilka miesięcy wybiorą swojego prezydenta, ale z perspektywy Warszawy już dziś warto zadać inne pytanie: który z kandydatów byłby lepszym partnerem dla Polski? I Le Pen, i Mélenchon proponują głęboką zmianę francuskiej polityki. Obydwoje mogą być dla Warszawy trudnymi rozmówcami.

Marcin Darmas
Opinia autorstwa: Marcin Darmas
Dzisiaj 14:28
16 min
Co przyniesie dla Polski konfrontacja le Pen z Melenchonem? (fot. Izabella Kozak/Getty Images)
TYLKO NA
  • Wiele wskazuje na to, że w drugiej turze wyborów prezydenckich we Francji spotkają się Marine Le Pen i Jean-Luc Mélenchon. Kto z tej dwójki lepiej dogada się z Warszawą? Odpowiedź nie jest wcale oczywista.
  • Mélenchon chce wyjścia Francji z NATO i zbliżenia z Chinami. Le Pen proponuje znacznie bardziej ostrożny kurs, ale też chce ograniczenia zaangażowania Paryża w Sojuszu. Czy Warszawa powinna się bać?
  • W kwestiach Ukrainy, stosunków z Rosją i migracji różnice między kandydatami mogą mieć dla Polski zasadnicze znaczenie. Co na te tematy mówią faworyci francuskich wyborów?

Na opisywanie najbliższych wyborów prezydenckich we Francji wylano już hektolitry atramentu. Tydzień w tydzień największe periodyki nad Sekwaną publikują analizy i sondaże bądź alarmistyczne wizje i proroctwa o przyszłym losie „słodkiej Francji” w szponach skrajnej lewicy albo skrajnej prawicy (niepotrzebne skreślić).

Chociaż do politycznego rozstrzygnięcia jeszcze daleko – pierwsza tura odbędzie się 18 kwietnia, a druga 2 maja 2027 r. – to machina elektoralna wydaje się naoliwiona i mocno rozkręcona. Także na Zero.pl opisywaliśmy m.in. sądowe batalie faworytki rozpoczynającego się wyścigu. Marine Le Pen, która już teraz, wedle wszystkich sondaży, ma niemal stuprocentową gwarancję wejścia do drugiej tury, zatrudniała własnego ochroniarza ze środków Parlamentu Europejskiego.

Sędziowie utrzymali w mocy wyrok skazujący Le Pen za sprzeniewierzenie środków publicznych, złagodzili jednak zakaz ubiegania się przez nią o urząd publiczny. Orzeczoną w pierwszej instancji karę pięciu lat skrócono do 45 miesięcy, z czego 30 miesięcy objęto zawieszeniem.

Reklama
Reklama

Liderka Zjednoczenia Narodowego (dawniej Frontu Narodowego) nie zraża się sądowymi zawirowaniami i już zawczasu układa skład przyszłego rządu, w którym jej pupil Jordan Bardella będzie premierem. O składzie swojego gabinetu myśli też już Jean-Luc Mélenchon. Bardzo prawdopodobne, że we Francji wygra skrajność. Albo z prawej (Le Pen), albo z lewej strony (Mélenchon). Która opcja jest lepsza dla Polski?

Marine Le Pen nie zraża się sądowymi zawirowaniami i już zawczasu układa skład przyszłego rządu, w którym jej pupil Jordan Bardella będzie premierem (fot. Chesnot / Getty Images)

Nie pomylcie „Lalki”! Ekranizacje mogą namieszać uczniom w głowach

Marine Le Pen na czele sondaży. Ale do wyborów jeszcze daleko

Marine Le Pen wchodzi w sezon wyborczy z przewagą, której trudno dziś nie zauważyć. Wrześniowe sondaże są dla niej wyjątkowo łaskawe. Kandydatka Zjednoczenia Narodowego sięga nawet 35 proc. poparcia.

W sześciu badaniach przeprowadzonych przez różne ośrodki w ciągu ostatnich dwóch tygodni sprawdzono łącznie 24 możliwe konfiguracje pierwszej tury. W niemal żadnej z nich Le Pen nie schodzi poniżej poziomu 30 proc. Dziś, nawet uwzględniając margines błędu statystycznego, trudno znaleźć sondaż, w którym nie zakończyłaby pierwszej tury na pierwszym miejscu.

Reklama
Reklama

Ostateczny wynik wyborczy będzie zależał nie tylko od wysokości sondażowego sufitu, lecz także od tego, czy Zjednoczenie Narodowe zdoła przetrwać politycznie niespokojną jesień. Rasistowskie wypowiedzi jednego z lokalnych policjantów w Carcassonne, który należał zarazem do służby porządkowej partii, stały się kolejnym paliwem dla politycznych przeciwników prawicowego ugrupowania. Lewica mówi o skandalu, Zjednoczenie Narodowe zaś – o manipulacji.

Sondaże pokazują więc dziś silną pozycję Marine Le Pen. Ale polityka jest jak wielosezonowy serial, a do wyborów prezydenckich we Francji pozostaje jeszcze wystarczająco dużo czasu, by jego kolejne odcinki zmieniły znaczenie tych pierwszych.

Jean-Luc Mélenchon, jak żaden przed nim lewicowy ekstremista, wygląda na polityka zdolnego awansować do drugiej tury wyborów prezydenckich. Jego przewaga nad konkurentami z socjaldemokratycznej lewicy i politycznego centrum nie sprowadza się jednak wyłącznie do bieżących sondaży. Lider Nieuległej Francji ma coś, czego jego rywale wciąż nie posiadają – trwałą bazę wyborczą.

Nie przeszkodziła mu nawet niezbyt udana debata z przedstawicielami świata francuskiej finansjery, szefami małych i średnich przedsiębiorstw. Mélenchon nie czuł się podczas niej szczególnie swobodnie. Mimo to lider francuskiej radykalnej lewicy utrzymuje wyraźną dynamikę wzrostową. Od lata jego notowania systematycznie idą w górę.

Reklama
Reklama

W zależności od tego, kto znalazłby się na starcie (socjaliści organizują w swoim łonie prawybory), Mélenchon ma dziś więcej niż 50 proc. szans na wejście do drugiej tury. Różnice między poszczególnymi wariantami są jednak znaczące. Francuska scena polityczna pozostaje więc układanką, w której wymiana jednego nazwiska może całkowicie zmienić proporcje.

Potwierdza to najnowszy sondaż IPSOS-BVA dla dziennika „Le Monde”, Fundacji Jean-Jaurès i Instytutu Montaigne’a, opublikowany zeszłej niedzieli. Mélenchon zajmuje w nim drugie miejsce w czterech z sześciu badanych konfiguracji. W pozostałych konfiguracjach największe szanse wejścia do drugiej tury ma były premier Édouard Philippe.

Nieuległa Francja ma trwałą bazę wyborców (fot. Shutterstock)

Francuska lewica, która jeszcze niedawno wydawała się skazana na polityczne rozdrobnienie, zaczyna więc odzyskiwać siłę. A Mélenchon, polityk od lat obecny na obrzeżach systemu, może ponownie znaleźć się w samym centrum prezydenckiej układanki.

„Opinie” o Kacprzyku zniknęły z sieci. Znany Lekarz wyjaśnia

Zostać czy opuścić NATO?

Tyle wstępnej analizy sondażowego galimatiasu. Przychodzi moment, kiedy na sprawy Paryża należy spojrzeć z punktu widzenia Warszawy. Zastanówmy się, który lokator Pałacu Elizejskiego byłby dla nas najlepszy. Gdyby wybierać wyłącznie z tej dwójki, odpowiedź mogłaby się okazać zaskakująca i niewygodna dla dużej części rodzimych komentatorów. Pewnie lepsza byłaby Le Pen. Nie dlatego, że jest bardziej liberalna czy bardziej europejska. Wręcz przeciwnie. Po prostu jej polityka zagraniczna, choć dla Warszawy problematyczna, pozostawia więcej miejsca na interesy państw Europy Środkowo-Wschodniej niż wizja Mélenchona.

Reklama
Reklama

Jean-Luc Mélenchon od lat patrzy na świat z perspektywy wielkich mocarstw, imperiów i zachowania globalnych równowag. Problem polega na tym, że Polska ma tę niewygodną przypadłość, iż leży dokładnie tam, gdzie te równowagi spotykają się ze sobą. Przypomina się przy tej okazji słynny rysunek Andrzeja Mleczki: brodaty Bóg stoi na początku świata przed kulą ziemską i – pokazując Polskę – mówi do stojących aniołów: „A tym zrobimy kawał i umieścimy ich między Niemcami i Rosją”.

W maju tego roku Mélenchon został zapytany na antenie LCI, czy jako prezydent wyprowadziłby Francję z NATO. Odpowiedział lapidarnie – „tak, oczywiście”. W czerwcu poszedł jeszcze dalej. Na łamach dziennika „Le Parisien” przedstawił tzw. koncepcję „niezaangażowania kooperatywnego”, zakładającą wyjście Francji z NATO, zbliżenie z Chinami i gruntowną zmianę francuskiej polityki zagranicznej.

Dla Francuza może to brzmieć jak powrót do wielkiej tradycji gaullistowskiej. Dla Polaka brzmi trochę inaczej. Bo kiedy Francuz mówi „niezaangażowanie”, Polak zaczyna sprawdzać, czy przypadkiem nie chodzi o to, że ktoś inny będzie musiał się zaangażować za niego.

Mélenchon uważa, że Francja powinna odzyskać swobodę działania wobec Stanów Zjednoczonych. W jego opowieści NATO jest przede wszystkim narzędziem amerykańskiej dominacji. W 2026 r. mówił o konieczności wyjścia z NATO etapami, uzasadniając to potrzebą zakończenia amerykańskiej „kurateli” nad Francją.

Reklama
Reklama

Z punktu widzenia Warszawy problem jest dość zasadniczy. Warszawa bowiem, bez względu na przynależność partyjną i zabarwienia ideologiczne, uważa amerykańską obecność w Europie za jeden z filarów własnego bezpieczeństwa. Powtórzmy – Mélenchon uważa ją za problem, który należy rozwiązać.

Fundamentalne pytania o bezpieczeństwo Polski

Marine Le Pen jest tutaj bardziej skomplikowanym przypadkiem. Z jednej strony również chce zmniejszyć francuskie zaangażowanie w NATO. W maju 2026 r. powiedziała wprost: – Musimy wyjść ze zintegrowanego dowództwa Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jednocześnie podkreślała, że Francja powinna pozostać członkiem Sojuszu.

To zasadnicza różnica.

Mélenchon mówi: wychodzimy z NATO. Le Pen mówi: zostajemy w NATO, ale nie chcemy być w jego zintegrowanym dowództwie.

Oczywiście także pomysł Le Pen budziłby w Polsce uzasadnione obawy. Francuska polityka „suwerenności strategicznej” mogłaby bowiem oznaczać większy dystans wobec Waszyngtonu właśnie wtedy, gdy Polska chciałaby widzieć Amerykanów jak najbliżej.

Le Pen pozostawia NATO jako punkt odniesienia. Mélenchon chce je zasadniczo zakwestionować.

Na marginesie warto przypomnieć, że w maju 2025 r. Polska i Francja podpisały Traktat z Nancy. Artykuł 4 tego traktatu stanowi: „Zgodnie z postanowieniami artykułu 51 Karty Narodów Zjednoczonych, w przypadku napaści zbrojnej na ich terytorium Strony udzielają sobie nawzajem pomocy, w tym przy zastosowaniu środków wojskowych. Pomoc oraz wsparcie będą realizowane stosownie do zobowiązań wynikających z artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego oraz artykułu 42 ustęp 7 Traktatu o Unii Europejskiej”.

Reklama
Reklama

Czy w przypadku wygranej Mélenchona traktat o wzajemnej pomocy w przypadku napaści nadal będzie obowiązywał? Trudno orzec. Nie ulega jednak wątpliwości, że propozycje lidera Nieuległej Francji mogłyby okazać się dla Warszawy problematyczne.

Jak słusznie wskazał na łamach Zero.pl Sławomir Dębski: „Fundamentem bezpieczeństwa Polski pozostaje NATO oraz amerykański system rozszerzonego odstraszania. Francuska doktryna nadal zakłada pełną suwerenność decyzji Paryża w sprawie użycia broni jądrowej oraz brak formalnych gwarancji dla partnerów”.

Ukraina: tutaj Warszawa i Mélenchon rozchodzą się jeszcze bardziej

Mélenchon nie jest, rzecz jasna, prostym zwolennikiem Putina. Sam podkreśla, że sprzeciwiał się rosyjskiej agresji.

Ale zaraz potem przedstawia interpretację konfliktu, która dla Polski jest znacznie bardziej problematyczna. Albowiem Mélenchon uważa, że rozszerzanie NATO na wschód było jednym z kluczowych elementów prowadzących do wojny. Twierdzi, że konflikt został „w dużej mierze stworzony przez tych samych, którzy dziś ubolewają nad jego konsekwencjami”. W tej opowieści odpowiedzialność Moskwy za wojnę zostaje więc wpisana w szerszą historię błędów Zachodu – tak, jakby Kreml był nie tyle sprawcą, ile jednym z aktorów dramatu, który inni z premedytacją zainicjowali.

Reklama
Reklama

Zdaniem Mélenchona po wycofaniu się Rosji z Ukrainy należałoby rozpocząć z Moskwą rozmowy, które pozwoliłyby ustalić „wzajemne gwarancje” dotyczące dalszego rozwoju wydarzeń. Pokój miałby więc obejmować nie tylko Ukrainę, lecz także Rosję – jako jednego z uczestników przyszłego europejskiego porządku bezpieczeństwa.

Lider Nieuległej Francji nie wyklucza również „zmiany przebiegu granic”. Zastrzega przy tym, że każda taka korekta powinna odbywać się za zgodą zamieszkującej dane terytoria ludności.

Kolejna rozbieżność z Warszawą. Kandydat skrajnej lewicy sprzeciwia się dalszemu zbliżaniu Ukrainy do NATO.

Polska nie patrzy bowiem na wojnę na Ukrainie wyłącznie jako na konflikt ukraińsko-rosyjski. Patrzy na nią jako na najważniejszy konflikt bezpieczeństwa w bezpośrednim sąsiedztwie NATO. Tymczasem właśnie NATO Mélenchon chciałby ograniczyć, a Ukrainę – utrzymać poza strukturami zachodniego systemu bezpieczeństwa.

Mélenchon i „Nowa Francja” (fot. Shutterstock)

Polecamy: Mélenchon i „Nowa Francja”. Rewolucja, której polskie media nie chcą dostrzec

I jest jeszcze Rosja

Tutaj różnice również są bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać. Le Pen przez lata miała znacznie cieplejszy stosunek do Rosji niż większość francuskiej klasy politycznej. Jej obecna partia nadal pozostaje pod presją własnej przeszłości. Zjednoczenie Narodowe korzystało przecież z pożyczek udzielonych przez rosyjskie banki. Wśród jej sympatyków jest coś w rodzaju życzliwości dla „wielkiej Rosji”, obrończyni wartości chrześcijańskich w łonie zdegenerowanego Zachodu. Zjednoczenie Narodowe ma problem z jednoznacznym określeniem swojego stanowiska wobec Rosji.

Reklama
Reklama

W ostatnich miesiącach problem nie zniknął. We wrześniu wiceprzewodniczący partii Louis Aliot mówił o zakończeniu francuskiej pomocy dla Ukrainy, co ponownie wywołało zarzuty o prorosyjską linię partii. Według dziennika „Le Monde” Zjednoczenie Narodowe chce ograniczenia pomocy dla Kijowa, argumentując to m.in. kosztami finansowymi. Francja przekazała Ukrainie od 2022 r. 26,2 mld euro, co jednak, jak wylicza dziennik, stanowi relatywnie niewielką część francuskich wydatków publicznych.

Jean-Luc Mélenchon oraz Nieuległa Francja od lat patrzą na Rosję przez pryzmat francuskiego „non-alignement” i sprzeciwu wobec hegemonii Stanów Zjednoczonych. Mélenchon nie tylko wielokrotnie wskazywał na rozszerzenie NATO na wschód jako jedno ze źródeł obecnego konfliktu, ale jeszcze przed rosyjską inwazją przekonywał, że to Sojusz jest stroną odpowiedzialną za eskalację.

Po 24 lutego 2022 r. partia Mélenchona formalnie potępia rosyjską inwazję i deklaruje poparcie dla suwerenności Ukrainy, ale równocześnie sprzeciwia się dalszej militaryzacji konfliktu i argumentuje, że pokój wymaga negocjacji z Moskwą, bez podporządkowywania Europy logice konfrontacji NATO–Rosja.

Wielka Katedra Prawosławna w Paryżu (fot. Shutterstock)

Migracja. W tej sprawie Le Pen jest bliżej Europy Środkowej

W kwestii podejścia do migracji wygrana Le Pen może być dla Polski korzystniejsza.

Reklama
Reklama

Marine Le Pen chce radykalnego ograniczenia imigracji i większej kontroli granic. Jej koncepcja zakłada m.in. trwałe kontrole graniczne w obrębie Schengen oraz renegocjację zasad funkcjonowania strefy. W ostatnich dniach mówiła o „preferencji narodowej”, czyli pierwszeństwie obywateli francuskich w dostępie do części świadczeń, mieszkań socjalnych i zatrudnienia w sektorze publicznym.

Mélenchon stoi po przeciwnej stronie tego sporu. Jest zwolennikiem tego, co nad Sekwaną figuruje pod osobliwą nazwą „kreolizacji”. Według piewców tego ruchu wymieszanie etniczne i rasowe jest rzeczą dobrą, wzbogacającą zarówno ludność „rdzenną”, jak i „napływową”.

Czytaj również: Francja przyjęła ustawę o eutanazji. Parlament zakończył wielomiesięczny spór

I tu pojawia się kolejny polski, by nie rzec arcypolski, paradoks. Można bowiem z powściągliwością patrzeć na radykalizm Le Pen, a jednocześnie zauważyć, że w kwestii migracji jej polityka jest znacznie bliższa polityce części państw Europy Środkowej niż polityce francuskiej lewicy.

Jeśli więc polski prezydent miałby do wyboru francuskiego partnera, który mówi „musimy ograniczyć masową migrację” lub francuskiego partnera, który reprezentuje politykę znacznie bardziej otwartą na migrację i regularyzację, wybór w Warszawie nie byłby szczególnie trudny.

Reklama
Reklama

Gospodarka? Tutaj kandydaci mogliby przestraszyć ministra finansów

I tu dochodzimy do momentu, w którym polski wyborca mógłby uznać, że jednak najlepiej byłoby wybrać kogoś trzeciego. Francja bowiem znajduje się w trudnej sytuacji finansowej. We wrześniu minister finansów Roland Lescure obniżył prognozę wzrostu gospodarczego na 2026 r. z 0,7 do 0,5 proc., a koszty obsługi długu osiągnęły ok. 65 mld euro.

Na tym tle Le Pen obiecuje m.in. obniżki podatków, a jej program gospodarczy łączy ochronę socjalną z polityką antyimigracyjną i większą kontrolą państwa. Mélenchon natomiast pozostaje sobą i zapowiada rozbudowanie wydatków publicznych, interwencjonizm państwowy, protekcjonizm i bardzo daleko idącą przebudowę instytucjonalną kraju.

Polska mogłaby więc zyskać dwóch nowych przyjaciół w Paryżu, ale francuski minister finansów prawdopodobnie potrzebowałby po ich zwycięstwie nie tyle gabinetu, ile lekarza z dostępem do butli z tlenem. Francja z czasem będzie coraz trudniejszym i niepewnym graczem ekonomicznym.

Francja – „chory człowiek Europy”? Problemem jest brak decyzji

Na koniec kilka dodatkowych uwag. Żaden z kandydatów w nadchodzących wyborach prezydenckich nie proponuje dziś prawdziwego zerwania z dotychczasowym porządkiem. Wszyscy, przynajmniej na razie, poruszają się po dobrze znanych torach: kontynuacji, półśrodków, politycznych uników i kolejnych zaniechań. To właśnie z nich przez lata powstawała Francja, która miała być jednym z motorów Europy, a coraz częściej przypomina jej „chorego człowieka”. Sformułowanie nieprzypadkowe, stało się lejtmotywem większości analiz ekonomicznych i geopolitycznych dotyczących Francji.

Reklama
Reklama

Zmieniają się nazwiska, zmieniają się hasła, zmieniają się dekoracje kampanii. Nie zmienia się natomiast zasadnicza rzecz: brak decyzji i „imposybilizm”. I to właśnie suma tych wszystkich niedokonanych wyborów oraz kolejnych ustępstw doprowadziła Francję do miejsca, w którym dziś się znajduje.

Ledwie kampania prezydencka zdążyła się rozpocząć, a już wiadomo, że będzie to kampania inna niż wszystkie. Francuzi wchodzą w nią bowiem z osobliwym bagażem. Zwraca na to uwagę Nicolas Baverez na stronach dziennika „Le Figaro”. Po raz pierwszy w historii wyborów, w których wybiera się następcę urzędującego prezydenta, najważniejsi kandydaci startują z tego samego miejsca. I nie jest to miejsce szczególnie wygodne. Większość z nich już na starcie nie cieszy się sympatią własnych rodaków.

Reklama
Reklama

To sytuacja bez precedensu. Jeszcze nigdy w tego rodzaju wyborach główni pretendenci nie rozpoczynali wyścigu o Pałac Elizejski z tak wyraźnym obciążeniem: Francuzi nie tyle czekają na swojego przyszłego prezydenta, ile najpierw chcieliby się dowiedzieć, czy w ogóle mają na kogo czekać.

Wybór „negatywny”, „wbrew sobie”, głos, który nie jest „za”, ale „przeciwko”. Brzmi znajomo? To również łączy Warszawę i Paryż…