Jordan Bardella, przewodniczący francuskiego Zjednoczenia Narodowego, jest dziś jednym z najważniejszych polityków francuskiej prawicy. Jeszcze niedawno przedstawiano go jako przyszłego premiera Francji. W obliczu niepewnej sytuacji Marine Le Pen coraz częściej wymieniany jest także jako potencjalny kandydat na prezydenta Republiki. Zero.pl rozmawiało z politykiem na marginesie jego wizyty w Warszawie.

Marcin Darmas, Zero.pl: Czy rozmawiam z przyszłym prezydentem Francji?
Jordan Bardella, przewodniczący Zjednoczenia Narodowego. Nie odpowiem na to pytanie, bo mogłoby przynieść pecha. Dziś jestem kandydatem na stanowisko szefa rządu. Nasza partia prowadzi w sondażach zarówno przed wyborami prezydenckimi, jak i parlamentarnymi, ale do wszelkich prognoz podchodzimy ostrożnie. Emmanuel Macron sprawuje władzę od dziesięciu lat i za kilka miesięcy odejdzie. Francja potrzebuje odnowy. Potrzebuje dumy. Musi na nowo pokochać samą siebie i wysłać silny sygnał do Europy i świata. Chcemy nieść tę nadzieję Francuzom.
Francja wydaje się potęgą, która przeżywa istotny kryzys. W książce „Czego szukam” wielokrotnie używa pan słowa „zmierzch”. Skąd bierze się poczucie schyłku Francji?
Od kilkudziesięciu lat krajem rządzą elity, które same przestały wierzyć we Francję. Tymczasem Francja nadal posiada ogromne atuty. Dysponujemy jedną z największych przestrzeni morskich na świecie, jesteśmy mocarstwem nuklearnym, mamy stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i znakomite uczelnie kształcące specjalistów od sztucznej inteligencji.
To prawda, że dziś Francja jest osłabiona. Nasza gospodarka znajduje się w trudnej sytuacji, zadłużenie jest bardzo wysokie, a polityka migracyjna zachwiała równowagą społeczną. Przestano także przekazywać młodym pokoleniom przywiązanie do historii, kultury i tożsamości narodowej. Mimo to Francja stoi dziś na rozdrożu. Chcemy, aby ponownie stała się wielką potęgą europejską i światową.

Jordan Bardella: „Francuzi stają się obcymi we własnym kraju”. (fot. Kanał Zero)
Afera w Szpitalu Południowym. Kilka pytań poza kolejką
„Francuzi mają poczucie, że sama praca już nie wystarcza”
Podróżował pan po całej Francji, rozmawiając ze zwykłymi obywatelami. Co dziś mówią Francuzi?
Przez ponad rok oddawałem głos ludziom, których politycy przestali słuchać. Wielu Francuzów uważa, że sama praca nie wystarcza już do zapewnienia godnego życia. Obawiają się o swoją siłę nabywczą i mają poczucie, że państwo troszczy się bardziej o innych niż o własnych obywateli.
Dlatego chcemy państwa, które będzie chronić Francuzów, wspierać przedsiębiorców, przemysł i rolnictwo. Oznacza to także konieczność zakwestionowania części europejskich regulacji, w tym Zielonego Ładu. Nadmierna biurokracja zagraża dziś rolnictwu i konkurencyjności europejskiej gospodarki.
Zajmuję się Francją, zarówno badawczo i dziennikarsko, od bez mała dwudziestu lat. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że coraz trudniej patrzeć na Francję w sensie pozytywny. Coraz częściej mówi się o francuskim pesymizmie i poczuciu schyłku.
To prawda. Wielu moich rodaków uważa, że Francja jest krajem zmęczonym. Jednak historia pokazuje, że każdy koniec pewnego cyklu prowadził do odrodzenia. Tak było po średniowieczu i po II wojnie światowej.
Obecne problemy są konsekwencją konkretnych decyzji politycznych. Jeśli zmienimy te decyzje, możemy odzyskać nadzieję i dumę. Musimy odzyskać kontrolę nad granicami, oddać obywatelom głos w referendum dotyczącym imigracji, ułatwić funkcjonowanie przedsiębiorstw i obniżyć podatki.
Jestem synem włoskiej imigracji. Moja rodzina przyjechała do Francji w latach sześćdziesiątych. Robiliśmy wszystko, by pokochać ten kraj, nauczyć się jego języka i stać się częścią jego historii. Jeśli nam się udało, inni również powinni być do tego zdolni.
Przecież decyzje dotyczące migracji coraz częściej zapadają w Brukseli, a nie w Paryżu.
Francja od bardzo dawna nie kontroluje własnej polityki migracyjnej. Zarówno francuskie, jak i europejskie elity nie postrzegają imigracji jako problemu, lecz jako projekt polityczny.
Od 2017 r. do Francji przybyło około 4,5 miliona migrantów. Powoduje to ogromne napięcia społeczne. Co roku legalnie przyjeżdża około pół miliona osób, podczas gdy budujemy znacznie mniej mieszkań. Wielu Francuzów ma poczucie, że staje się obcymi we własnym kraju.
Widzimy dzielnice, gdzie zasady Republiki są podważane przez fundamentalizm islamistyczny. Nie chcę, aby Francja stała się innym krajem. Chcę, by pozostała Francją, a Europa pozostała Europą.
Po przejęciu władzy przeprowadzimy referendum i odzyskamy kontrolę nad polityką migracyjną. Sprzeciwiamy się również Paktowi Migracyjnemu oraz obowiązkowej relokacji migrantów między państwami członkowskimi UE.
Europa musi szanować tożsamość swoich narodów. Powinniśmy wspierać rozwój Afryki poprzez współpracę gospodarczą, ale jednocześnie chronić się przed niekontrolowanymi falami migracyjnymi, które mogą trwale zmienić oblicze naszego kontynentu.
Podatkowy absurd w Polsce: ciężka praca się nie opłaca?
O referendum i przywłaszczeniu wielkich Polaków
Wspomina pan o referendum jako narzędziu odzyskania głosu przez obywateli. De Gaulle wpisał ten demokratyczny instrument do francuskiej konstytucji. Mam jednak wrażenie, że plebiscyty nie są nad Sekwaną respektowane przez francuskich przywódców.
To prawda. Ostatnie ogólnokrajowe referendum odbyło się we Francji w 2005 r. i dotyczyło konstytucji europejskiej. Francuzi ją odrzucili, jednak dwa lata później ratyfikowano Traktat Lizboński. Obywatele nie tylko przestali być konsultowani, ale również przestali być słuchani.
Chcemy oddać im władzę, która została im odebrana. Niezależnie od tego, czy ktoś pochodzi z prawicy czy lewicy, czy jest Francuzem od pokoleń, czy przyjechał do naszego kraju i go pokochał – wszystkim chcemy przywrócić głos w najważniejszych sprawach.
Proszę się na mnie nie obrażać. Ale zadam nieco prowokacyjne pytanie. Dlaczego Maria Skłodowska-Curie znajduje się we francuskim Panteonie, a Fryderyk Chopin spoczywa w Paryżu? Słowem – dlaczego Francuzi permanentnie przywłaszczają sobie wielkich Polaków?
Doceniam prowokacyjny charakter tego pytania. Oboje należą jednak do europejskiego dziedzictwa. Nie ma lepszego symbolu łączącego Polskę i Francję niż Maria Skłodowska-Curie.
Jeśli chodzi o Chopina, dyskusja o jego ewentualnym powrocie do Polski trwa od ponad stu lat. Jeśli wygramy wybory, zasugeruję przyszłemu prezydentowi Polski, aby poruszył ten temat podczas spotkania w Paryżu przy wspólnym obiedzie.
Skoro jest pan w Warszawie, proszę koniecznie zobaczyć serce Chopina, które znajduje się w Kościele św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu…
Zapraszamy do obejrzenia wywiadu w całości na Kanale Zero:
