Reklama
Świat

Zwycięstwo łatwe jak… ABC? Dlaczego Amerykę porwała demokratyczna fala

Demokraci nie tylko wygrali wybory połówkowe. Rozbili republikanów w skali, której nie przewidywali nawet ich najwięksi optymiści. O wyniku nie przesądził jednak żaden polityczny cud, lecz trzy kwestie, które Amerykanie codziennie mają przed oczami: sztuczna inteligencja, stan domowych budżetów i zwykły zdrowy rozsądek.

Jakub Dymek
Opinia autorstwa: Jakub Dymek
Dzisiaj 20:00
10 min
Trump dostał polityczny nokaut. Dlaczego republikanie przegrali wszystko? (fot. Kanał Zero / EPA/ANNABELLE GORDON / POOL / tło wygenerowane AI)

Wynik Partii Demokratycznej w amerykańskich wyborach połówkowych, które właśnie wyłoniły nową większość w Kongresie, jest czymś więcej niż zwycięstwem. Mówimy o zdobyciu przewagi w obu izbach, uzyskaniu mandatu senatora po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat w Teksasie czy Kansas i odbiciu republikanom siedmiu stanów przy przełamaniu kilkunastoprocentowej przewagi Trumpa (w regionach, gdzie wygrywał każdą kampanię od 2015 roku). To rozstrzygnięcie na swoją korzyść nieomal każdej wyborczej potyczki, jaką było można. Szacunki z powyborczego poranka (czasu amerykańskiego) mówią o największej przewadze głosów w wyborach powszechnych od 1976 roku.

Wybory połówkowe w USA. Demokraci idą po wygraną w midterms 2026 [RELACJA NA ŻYWO]

Niebieskie tsunami

Nie powinno dziwić, że publicyści szukają określeń mocniejszych niż niebieska, czyli demokratyczna, „fala”. „Może powódź albo tsunami będą właściwsze?” – głowią się eksperci. O republikanach piszą zaś, bardziej dosadnie, w kontekście „rzezi” i „czystki”. W niektórych być może naprawdę odzywa się głód krwi. Fakty są jednak takie, że w momencie, w którym kończę pisać dla państwa ten tekst, demokraci mają przewagę dziesięciu miejsc w 100-osobowym Senacie i blisko 100 mandatów przewagi w liczącej 435 członków Izbie Reprezentantów, choć do zliczenia kompletu głosów w tej drugiej jeszcze daleko.

Jednak zaskoczeniem może być tak naprawdę to, że… nie ma zaskoczenia. To znaczy: algorytmy, modele predykcyjne oraz analizy sondaży jednogłośnie wskazywały na sięgającą 9-11 proc. w skali kraju przewagę demokratów i blisko 90 proc. szans na wygraną. Tyle tylko że po kompromitującej dla pracowni badawczych kampanii 2016 roku, gdy modele również dawały Hillary Clinton 86 proc. szans na wygraną, wahadło nastrojów wychyliło się w stronę ostrożności i uderzyło w ścianę.

REKLAMA
Reklama

Nawet sprzyjający demokratom „New York Times” każdy korzystny dla nich sondaż publikował w towarzystwie opinii czterech komentatorów doradzających dystans i analityczny chłód w podejściu do podobnych rezultatów. Skutkiem było to, że kiedy rzeczywiście demokraci wygrali, co zdarza się partiom opozycyjnym wobec niepopularnego prezydenta z żelazną regularnością, reakcją był szok. Niby dane nam to mówiły, ale rzeczywistość przebiła najbardziej liberalne szacunki przedwyborcze.

Wybory midterms w USA, Korea Północna, alarm bombowy w Grecji

Wyborcze A-B-C

Sparzeni poprzednimi zwycięstwami Trumpa i kompromitacją pracowni sondażowych eksperci bali się powiedzieć na głos, co myślą. A przecież porażka Partii Republikańskiej wynikała z domyślnych ustawień amerykańskiej polityki. Wytłumaczmy to sobie za pomocą formuły „A-B-C”, bo słowa na te trzy litery kosztowały partię Trumpa wybory. Republikanie przegrali przez A jak sztuczną inteligencję, to znaczy „AI”, B jak „budżet gospodarstw domowych” i C, czyli korupcję oraz „common sense”, czyli zdrowy rozsądek. A raczej jego brak.

Po pierwsze AI. Nie był to najważniejszy temat wyborów. Ale był to temat węzłowy. W sporze o olbrzymie inwestycje w centra danych, bańkę AI na rynkach kapitałowych, wpływ technologii na rynek pracy, ceny energii dla zwykłych ludzi i środowisko spotykały się kluczowe osie podziałów w amerykańskiej polityce. Jeśli ktoś chciał pokazać, że politycy u władzy i klasa miliarderów z Doliny Krzemowej mają źle ustawione priorytety, to właśnie przykład sztucznej inteligencji nadawał się do tego lepiej niż cokolwiek innego.

REKLAMA
Reklama

Weźmy takie Ohio, stan rodzinny J.D. Vance’a. Jeśli stan, w którym zainwestowano kilkadziesiąt miliardów dolarów w kolejne centra danych wielkich korporacji cyfrowych, a pomimo tego ma on jeden z najsłabszych rynków pracy, aktywność zawodowa mieszkańców spada (jest niższa niż amerykańska średnia i niższa niż w Polsce), a kolejne fabryki się zamykają, coś tu nie gra. I to jest doskonała ilustracja problemu z modelem wzrostu gospodarczego za Trumpa w ogóle. Zyski i publiczne subsydia trafiają do wielkich korporacji i właścicieli kapitału natychmiast.

Zwykli obywatele na owoce trumpowskiej obietnicy odbudowy przemysłu i „wygrania” technologicznej wojny z Chinami będą musieli poczekać lata. AI zagraża miejscom pracy dla absolwentów uczelni, czyni rachunki za energię droższymi oraz wysysa inwestycje w inne gałęzie przemysłu. Rezultat w Ohio jest taki, że pomimo dwóch poprzednich zwycięstw dziś republikanie jednego dnia oddają demokratom rezydencję gubernatora, miejsce w Senacie i dwa kolejne mandaty w Izbie Reprezentantów, a sojusznik i były członek gabinetu Trumpa, Vivek Ramaswamy, przegrywa ze spuszczoną głową.

Wyniki wyborów USA 2026. Kto zapisał się w historii? Lista zwycięzców według CNN

REKLAMA
Reklama

W ciągu ostatnich dwóch lat, doskonale policzył to „Washington Post”, odsetek komunikatów polityków o sztucznej inteligencji spadł z 90 proc. pozytywnych do 90 proc. negatywnych (u demokratów) i do 60 proc. negatywnych u republikanów. Politycy przestali zachwalać AI i szanse, jakie daje, a zaczęli bronić własnych wyborców przed ryzykiem i głośno mówić o problemach. Ta zmiana nie przyszła sama. Im więcej ludzie mają dziś do czynienia z AI, tym częściej są wobec niej sceptyczni. W badaniach pracowni Gallupa, przeprowadzonych we wszystkich grupach wiekowych, tylko 9 proc. Amerykanów twierdzi, że AI przynosi więcej korzyści niż szkód. Wśród młodych zdanie, że jest wprost odwrotnie, czyli że przynosi więcej szkód niż pożytku, podziela blisko połowa, 47 proc.!

Po drugie, B jak budżet gospodarstw domowych. Tradycją jest, że wyborcy wykorzystują wybory połówkowe, by ukarać rządzącą partię za niesatysfakcjonujący stan portfela i negatywne nastroje w odniesieniu do gospodarki. Jednak dawno nie było tak, żeby zaledwie 36 proc. wyborców partii urzędującego prezydenta uważało, że gospodarka ma się dobrze. Demokraci przegrywali wybory w 2016 r. i 2024 r. z podobnym lub lepszym wynikiem. Na tym nie koniec.

REKLAMA
Reklama

Dziś w USA jest bowiem najdroższa benzyna w historii, a raty kredytów hipotecznych sięgają poziomów niewidzianych w tej dekadzie. Wyborców czeka druga z rzędu dwucyfrowa inflacja cen ubezpieczenia zdrowotnego. Indeks Nastrojów Konsumenckich Uniwersytetu Michigan, który mierzy oczekiwania gospodarstw domowych dotyczące gospodarki i poziomu cen, wskazuje (uwaga!) drugi najniższy odczyt w historii! Ktoś powie, że to subiektywna miara. Oczywiście, że subiektywna. Ale właśnie o to chodzi: wyborcy kierują się swoim indywidualnym poczuciem bezpieczeństwa i oceną sytuacji.

Jednym z haseł, po których można poznać, że partia idzie na zderzenie ze ścianą, jest: „gospodarka ma się świetnie, tylko ludzie tego nie rozumieją”. A to właśnie mówili republikanie i Trump, zupełnie jak demokraci i Biden w 2024 roku. „Zielone strzałki rosną, a PKB puchnie, o co ci chodzi, człowieku?” – słyszał wyborca, którego z trudem stać na codzienne usługi, paliwo i edukację dzieci.

I wreszcie C jak „common sense”, czyli zdrowy rozsądek. Republikanie chcieli uczynić te wybory starciem „normalsów” i „radykałów”. Ale po drodze przegapili fakt, że dziś to oni uchodzą za wariatów w większym stopniu niż opozycja. Część prawicowej opinii publicznej i elit żyje bowiem w wiecznym 2020 roku, „epoce szczytowego woke”, kiedy zrewoltowani studenci, feministki, transaktywiści oraz twitterowy motłoch niszczą wspólnie wszystkie świętości mieszczańskiego życia. Ich, to znaczy republikanów, problem polega jednak na tym, że jest 2026 rok, a o sloganach tamtych lat nikt nie mówi już inaczej niż z pewnym zawstydzeniem.

REKLAMA
Reklama

Twarzą Partii Demokratycznej nie jest studencki aktywista, ale coraz częściej pastor, sportowiec, weteran, drwal albo lekarz. Trump straszył, że demokraci wprowadzą „socjalizm” i „komunizm” (przyprawiony o odrobinę „dżihadyzmu”), ale sam fotografował się z Mamdanim i obiecywał rozdawać 5 tys. dol. każdemu po wygranych wyborach. To kto jest tu socjalistą?

Czy istnieje trzecia droga

W badaniu na reprezentatywnej próbie zarejestrowanych wyborców przeprowadzonym przez magazyn „The Argument” (którego sondaże się, dodajmy, w dniu wyborów sprawdziły) 48 proc. Amerykanów określiło republikanów jako „ekstremalnych” czy „ekstremistycznych”, w porównaniu do 35 proc. w przypadku demokratów. Zaś zapytani o to, czy dana partia kojarzy się ze słowem „umiarkowanie”, 35 proc. wskazało właśnie demokratów, podczas gdy jedynie 25 proc. republikanów.

Odkładając na bok spory o to, co kto rozumie pod hasłem umiarkowania i gdzie leży święty Graal „centryzmu”, demokratom udało się w oczach wyborców znormalnieć, podczas gdy republikanie doszli do ściany. I nie przeszkodziło w tym kategoryczne stanowisko wobec izraelskich zbrodni wojennych i wsparcia USA dla Netanjahu ani kandydaci tacy jak dr Abdul El-Sayed, który właśnie zdobył fotel senatora, w wieku 42 lat, ze stanu Michigan. Jeśli niektórym kojarzy się on dziś z Obamą, to słusznie, bo to na poprzednim prezydencie z regionu Północy i Wielkich Jezior wzoruje swoje przemowy El-Sayed. I to jego również Trump nazywał „członkiem Bractwa Muzułmańskiego” i „dżihadystą”.

REKLAMA
Reklama

Wyniki wyborów w USA: Hakeem Jeffries pierwszym czarnoskórym spikerem Izby Reprezentantów?

A zatem A, B, C, elementarz, zdecydował o zwycięstwie. Co dalej? Partia Demokratyczna będzie musiała w jednym namiocie pomieścić liczniejszą reprezentację i większe skrzydła, w tym polityków młodszej generacji i bardziej wyrazistych. Partia Republikańska ma zaś przed sobą trudne pytania o tożsamość: czy ruch MAGA się wypalił wraz z pierwszymi sukcesami swojej rewolucji? Czy powrót do neoliberalno-globalistycznego programu i idei sprzed 2015 roku jest możliwy? Czy istnieje trzecia droga obok, a nie tylko pomiędzy, trumpizmem i klasycznym konserwatyzmem?

Te wybory nie doprowadzą do przewrotu w amerykańskiej polityce. Ale zatrzęsą jej fundamentami i zmuszą obydwa obozy do wymyślenia się na nowo. Fakt, że kilka prawd się potwierdziło, gospodarka, głupcze!, a kilka poddano w wątpliwość, wpływ pieniędzy i Elona Muska był bliski zeru, da im do myślenia.

Może Cię zainteresuje: 

Źródło: Zero.pl
Jakub Dymek
Jakub DymekPublicysta, współautor podcastu „Dwie Lewe Ręce” i autor książki „Rewolucja Ambicji”. Prowadzi cykl programów w Kanale Zero
REKLAMA
Reklama