
– Nie lubię nepotyzmu i mogę jednoznacznie zadeklarować, że tego nepotyzmu, gdy zostanę prezydentem, nie będzie – mówi Michał Drewnicki, kandydat PiS na prezydenta Krakowa, i odpowiada na pytania o polityków swojej partii zatrudnionych w samorządowych spółkach. To pierwszy z serii wywiadów z kandydatami ubiegającymi się o fotel zwolniony przez odwołanego w referendum Aleksandra Miszalskiego.
Paweł Figurski, Zero.pl: „Urząd to nie folwark. Budżet miasta to praca Krakowian – nie łup dla kolegów i grup interesów”. To jeden z pana sześciu postulatów, które znalazły się na ulotce wyborczej. Co to ma oznaczać w praktyce?
Michał Drewnicki, kandydat PiS na prezydenta Krakowa: Niezależnie od tego, kto dochodzi do władzy, z czasem może ulec pokusie kolesiostwa w urzędzie i miejskich spółkach. Nawet jeśli początkowe założenia miał dobre. Ja bym bardzo chciał tego uniknąć. Wiem, że sama deklaracja nie wystarczy. Dlatego w urzędzie i miejskich spółkach o zatrudnieniu będą decydować udokumentowane kompetencje i doświadczenie, a nie znajomości czy legitymacja partyjna. Ta sama zasada będzie dotyczyć ludzi z mojego środowiska.
Brzmi niewiarygodnie.
Rozumiem zatrudnianie ludzi, którzy mają umiejętności, wiedzę, są wykształceni w danej dziedzinie. Czym jednak było kolesiostwo w wydaniu prezydenta Aleksandra Miszalskiego? On zaczął zatrudniać swoich asystentów z biura poselskiego na różnych, często ważnych, a przynajmniej eksponowanych stanowiskach. Jego była asystentka społeczna, która miała 20 lat, została rzeczniczką praw ucznia, mimo że w części pisemnej najgorzej napisała test kompetencyjny, a według deklaracji miał nim być doświadczony prawnik.
To się ludziom nie podoba i ja, jako przyszły prezydent, takiemu zjawisku mówię stanowcze „nie”.
Czy Mateusz Małodziński powinien stracić funkcję wiceprezesa Małopolskich Dworców Autobusowych? To polityk Prawa i Sprawiedliwości, który bezskutecznie próbował zostać senatorem i radnym wojewódzkim. Na otarcie łez dostał posadę w spółce zarządzanej przez województwo rządzone przez PiS.
Chciałbym, żeby decydowały kompetencje. Akurat nie znam dokumentów dotyczących tej nominacji, ale jeżeli ta osoba się zna, ma doświadczenie i wykształcenie kierunkowe, to nie widzę przeszkód, by pełniła ważną funkcję.
Małodziński na stanowisku wiceprezesa MDA zastąpił Annę Paluch, która ten stołek dostała, gdy w 2023 r. nie weszła do Sejmu. Z wykształcenia jest geodetą.
Moja zasada dotyczyć będzie każdego. Mogę zadeklarować za siebie, że jeżeli ktoś będzie chciał pracować w danym miejscu, czy to będzie wydział, czy spółka, będzie musiał posiadać albo kierunkowe wykształcenie, albo doświadczenie w danej branży.
Na szczęście Kraków nie ma wielu spółek. O to akurat zadbał Jacek Majchrowski, by nie było zbyt wielu pokus.
Potrzebujemy specjalistów. Jeśli mamy spółkę wodociągową, to potrzebujemy kogoś, kto się na tym zna, żeby w Krakowie nie doszło do sytuacji, gdy nagle nie będzie wody w kranach.
To znaczy, że nie tacy źli ci kolesie od Miszalskiego, bo na szczęście wody w Krakowie nie zabrakło.
Co ciekawe, Miszalski tak naprawdę nie pozmieniał wielu szefów instytucji w Krakowie. U niego problem kolesiostwa łączył się z tym, że on przekroczył Rubikon i bezczelnie powoływał ludzi, którzy kompletnie się do tego nie nadawali. Natomiast większość szefów instytucji, szefów spółek pozostaje ta sama od wielu lat.
PiS jeszcze nigdy nie był przy korycie z napisem „Kraków”, ale koryto z napisem „Województwo Małopolskie” należy do PiS i można sypać przykładami kolesiostwa. Mariusz Kękuś. Zna pan?
Mój kolega z rady miasta.
Jest wiceprezesem zarządu Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego.
Był. Teraz jest wicedyrektorem Małopolskiego Centrum Przedsiębiorczości.
Instytucji Województwa Małopolskiego.
Akurat o Mariuszu Kękusiu nawet Koalicja Obywatelska mówi w superlatywach. To jest specjalista w zakresie finansów. Pracował w Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego, wcześniej był przedsiębiorcą, więc to jest osoba, która zna się doskonale na tych tematach. I zresztą niejednokrotnie na sesjach rady miasta toczył wielogodzinne debaty ze skarbnikami.
Sądzę, że akurat to jest dobry przykład, że osoby kompetentne powinny mieć miejsce pracy w urzędzie, niezależnie od tego, na kogo głosują i jaką mają legitymację partyjną.
Ja podam inny przykład. Miszalski zatrudnił swojego partyjnego kolegę Daniela Wiśniowskiego na dyrektora Wydziału Marki Kraków w Urzędzie Miasta Krakowa. I nikt się tej decyzji nie czepiał, bo wiedzieliśmy, że to jest człowiek, który zna się na temacie, który wcześniej pracował w prywatnych podmiotach.
Kolesiostwo jest dla mnie bez sensu też z prostej przyczyny. Jestem rozsądny i widzę, że taka polityka kadrowa powoduje tylko wściekłość u ludzi i ewentualne referendum. Chcę mieć osoby zaufane, które będą najlepsze. Będą lepsze nawet ode mnie w wielu dziedzinach, bo wtedy będę miał pewność, że mieszkańcom będzie się podobała praca, którą ja firmuję, bo jestem prezydentem.
Klucz partyjny nie powinien być tym najważniejszym i moja deklaracja jest jasna, że jeżeli ktoś sumiennie i uczciwie pracuje wiele lat – czy to pracował za Majchrowskiego, czy za Miszalskiego, czy głosuje na prawicę, czy na lewicę – to będzie pracował dalej.
Padła nazwa Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Małgorzata Drewnicka to pana żona?
Tak. Pracowała tam, zanim zostaliśmy małżeństwem, więc nie miałem z tą sprawą nic wspólnego.
Tak, w 2019 r. nazywała się Małgorzata Popławska i po wyborach samorządowych wygranych w Małopolsce przez PiS została prezesem MARR, spółki podlegającej Urzędowi Marszałkowskiemu. Marszałkiem był wówczas Witold Kozłowski.
Zgadza się. Została powołana 30 stycznia.
A kto był rzecznikiem Witolda Kozłowskiego?
Ja. Zostałem rzecznikiem w maju 2019 roku, a więc kilka miesięcy później.
Małgorzata Popławska, działaczka PiS, wcześniej była wiceprezesem Krakowskiego Parku Technologicznego – spółki Skarbu Państwa. Objęła to stanowisko po wygranych w wyborach parlamentarnych i utworzeniu rządu Beaty Szydło.
Moja żona była członkiem Prawa i Sprawiedliwości, teraz wróciła do pracy na prywatnym rynku, pracuje na stanowisku kierowniczym w prywatnej firmie w Krakowie. Przed pracą w Krakowskim Parku Technologicznym pracowała w banku inwestycyjnym. Propozycję zajęcia się KPT dostała bezpośrednio od Jadwigi Emilewicz i Beaty Szydło.
Moja żona przyszła z rynku, ma wykształcenie kierunkowe, ukończyła Uniwersytet Ekonomiczny, pracowała w UBS, jest ekonomistką, członkinią CIMA i posiada kwalifikację CGMA, jest więc wybitną specjalistką. Jeśli pan pyta, czy ja miałem z tym coś wspólnego, to odpowiadam: nie.
Czytaj również: Sejm wybrał sędziego TK. „Możemy mieć z Berkiem niezły konstytucyjny kryzys”

Wiceprezes PiS Przemysław Czarnek (L), europoseł Beata Szydło (C) i kandydat PiS na prezydenta Krakowa Michał Drewnicki (P) podczas spaceru Plantami Bieńczyckimi w Krakowie, PAP/Łukasz Gągulski (fot. Łukasz Gągulski / PAP)
Nie twierdzę, że miał pan z tym coś wspólnego. Po prostu historia utrudnia wiarę w to, że gdy zostanie pan prezydentem, to w spółkach nie znajdą się pana partyjni koledzy.
Też mnie wkurzają i irytują te historie. Nie lubię nepotyzmu i mogę jednoznacznie zadeklarować, że tego nepotyzmu, gdy zostanę prezydentem, nie będzie.
Może będzie miał pan okazję to udowodnić. A jak chce pan współpracować z radą miasta, w której większość ma Koalicja Obywatelska?
Będę szukał doraźnego poparcia wśród radnych wszystkich opcji. Zresztą ja mam bardzo dobre stosunki z radnymi – czy to z klubu Łukasza Gibały, czy z partii Razem.
Nie musimy mieć koalicji politycznej, w to raczej nikt nie wierzy, natomiast możemy mieć koalicje do konkretnych projektów istotnych dla miasta. Budowa metra jest sprawą, która nas łączy. To samo projekty związane z zabudową miasta, ucywilizowaniem rynku deweloperskiego.
Jednym z argumentów za odwołaniem prezydenta Miszalskiego był fatalny stan finansów miasta. Jak go pan uzdrowi, biorąc pod uwagę, że przed panem krótka kadencja?
Kraków miał takiego prezydenta jak Juliusz Leo. Pierwszym etapem realizacji jego wizji wielkiego Krakowa było uzdrowienie finansów publicznych. Zaczął od uporządkowania wydatków i zwiększenia dochodów miasta. I to się da zrobić.
Prezydent Leo właśnie w dwa i pół roku uzdrowił budżet miasta. Trzeba w pierwszej kolejności przeprowadzić pełny audyt finansów, a potem zrestrukturyzować zadłużenie. Niestety prezydenci Majchrowski i Miszalski zaciągali kredyty z bardzo daleką, odroczoną płatnością. Tylko dlatego, żeby Kraków mógł taki kredyt dostać. Trzeba będzie to w jakiejś mierze skonsolidować.
Z drugiej strony trzeba będzie ograniczyć wydatki na głupoty, które Miszalski i Majchrowski robili.
Jakie to głupoty?
Choćby miejska gazeta. 220 tys. nakładu, 2,5 mln zł rocznie – kompletnie niepotrzebny wydatek, który dodatkowo stwarza pokusę, żeby prezydent czy inny polityk się tam promował. Nie chciałbym mieć ani tej pokusy, ani nie chciałbym marnować tych pieniędzy, wobec czego zlikwiduję gazetę. I wiele innych wydatków. 2 mln tu, 5 mln tam, 10 mln tu i już się uzbiera kilkaset milionów złotych.
Z drugiej strony trzeba mocno pracować od strony dochodowej, ale – broń Boże – nie podnosząc podatków, cen biletów czy opłat za wywóz śmieci. To był jeden z gwoździ do trumny Miszalskiego, który podnosił ludziom opłaty. Mówił, że jest dług, więc trzeba płacić więcej, a z drugiej strony – hulaj dusza, piekła nie ma. Więc ja bym nie chciał podnosić podatków i opłat, natomiast mam wielki projekt rozwoju terenów inwestycyjnych w Krakowie, szczególnie w Nowej Hucie Przyszłości, czyli tereny kombinatu. Stoją puste, trzeba je oczyścić, zrobić rekultywację i stworzyć strefę inwestycyjną z prawdziwego zdarzenia.
Jako prezydent deklaruję stworzenie co najmniej dwustu hektarów gruntów nie pod magazyny, nie pod logistykę, ale pod produkcję, przemysł. Inne miasta pokazały, że to się da zrobić. Nawet sąsiednie Niepołomice, gdzie są zakłady Coca-Coli czy MAN-a.
Pan mówi o stosunkowo drobnych oszczędnościach, które przyniosą większą sumę, ale wyliczenia miasta za czasów Aleksandra Miszalskiego dotyczące budżetu pokazały, że reformy Prawa i Sprawiedliwości w latach 2019-2022 skutkowały dla Krakowa ubytkiem dochodów z PIT rzędu 2,3 mld zł. W ramach łagodzenia skutków rząd przyznał miastu rekompensatę w łącznej wysokości 600 mln zł.
To jest żonglowanie statystyką. Rząd Prawa i Sprawiedliwości obniżał podatki dla ludzi i to spowodowało rzeczywiście mniejszy procent wpływów do budżetu. Natomiast jak się sprawdzi statystykę dochodów z tytułu podatków w latach 2015-2023, czyli w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości, to mamy potężny pik.
To jest kłamstwo, a przynajmniej manipulacja, że Kraków za rządów Prawa i Sprawiedliwości stracił, bo finalnie dochody podatkowe z podatku PIT, czyli tego podatku, który płaci każdy pracownik, radykalnie się zwiększyły.
Nie przez rekordową inflację i nominalny wzrost zarobków?
Inflacja zaczęła się dopiero po 2020 r., a wielki skok, o którym mówię, był już wcześniej. To efekt wszystkich programów socjalnych. Bardzo mocno wzrosła konsumpcja. Poza tym do Krakowa przyszło też dużo firm. Bardzo mocno się wtedy rozwijały firmy z sektora Centrum Usług Biznesowych, czyli zaawansowane usługi dla biznesu.
Czyli jest jakiś sukces prezydenta Jacka Majchrowskiego?
Oczywiście. Na tamten czas to było bardzo dobre dla miasta. Kraków stał się stolicą outsourcingu, dzięki czemu w mieście mamy wielu bardzo dobrze wykształconych pracowników.
Dziś ten rynek się kurczy. Mamy falę zwolnień grupowych, wiele procesów się automatyzuje. Naszą rolą jest stworzenie strefy wielkich inwestycji w Krakowie, by negatywny proces zatrzymać.
Kolejny powód odwołania prezydenta Miszalskiego – Strefa Czystego Transportu. Pan zapowiedział, że skieruje projekt uchwały ograniczającej SCT do kilku ulic przy Rynku, a potem całkiem się jej pozbędzie. W jaki sposób?
Ustawa mówi, że jeżeli przez trzy lata spełniamy normy jakości powietrza, możemy strefę zlikwidować. W zeszłym roku Kraków spełnił normę. Domyślamy się, że w tym roku też tak będzie, więc jeśli przyszły rok będzie korzystny, to otwierają się drzwi do jej likwidacji.
Tak naprawdę tutaj nie chodzi o to, czy strefa jest, czy jej nie ma. Tylko o to, czy się wyklucza ludzi ze względu na stan portfela, czy nie.
Chcę być prezydentem, który traktuje równo ludzi niezależnie od tego, czy zarabiają bardzo dużo, czy zarabiają bardzo mało. Czy mają samochód elektryczny albo bardzo drogi samochód, który spełnia nowsze normy. Czy też są biedni i nie mogą tych norm spełnić.
Kraków musi być miastem równych szans, a nie może być miastem tylko ludzi bogatych. Ten projekt był projektem stricte klasowym, ze względu na klasy społeczne.
A nie dlatego zaczynamy spełniać normy, bo wprowadziliśmy tę strefę?
Nie, bo badania były za 2025 r., a strefa Miszalskiego działa od tego roku. I tutaj też jasno deklaruję: Kraków musi walczyć o czyste powietrze. Byliśmy jednym z liderów tej walki, trzeba tego pilnować i rozwijać. Natomiast nie może się to odbywać kosztem ludzi.
Przyczynił się do tego rząd pana partii.
W 2018 r. rząd PiS wprowadził takie przepisy, które dały miastu możliwość dowolnego ustanowienia tych stref i tak naprawdę od włodarzy miasta i radnych zależało, jakie kryteria zostaną przyjęte. Mamy największą strefę w całej Polsce, prawie 66 proc. miasta jest nią objętych. Mamy najbardziej rygorystyczne normy, bardziej rygorystyczne niż w Berlinie. Nie musimy być przodownikami akurat tutaj, bądźmy przodownikami w trosce o dobre powietrze, ale nie kosztem ludzi.
Polecamy: Tajemnice Muzeum Auschwitz i mieszkanie dla dyrektora Cywińskiego za 134,01 zł miesięcznie
A ilu osób dotyczy sprawa tej Strefy Czystego Transportu?
I tu jest najciekawsze, bo miasto tak naprawdę nie potrafiło tego stwierdzić.
A pan już ma te dane?
Strefa miała dotknąć 100 tys. Krakowian, jednak finalnie Miszalski wyłączył mieszkańców z tej strefy, więc dzisiaj to trudno policzyć, ilu mieszkańców z Krakowa stricte ona dotknęła. Ile osób chciało kupić samochód, ale nie mogło tego zrobić, bo ten, na który ich było stać, nie spełniał norm.
Zastanawiam się, czy ktoś z polityków śledził losy osób, o których głośno mówiono, by zaprotestować przeciwko strefie. Czy złota rączka spod Krakowa rzeczywiście zamknęła biznes, bo nie mogła wjechać do miasta starym samochodem? Może już czas przyjąć, że burza wokół strefy przeszła i nie cofajmy się w rozwoju?
To, co w Strefie Czystego Transportu ludzi najbardziej denerwowało, to taka bezczelność władzy. Sądzę, że gdyby tutaj była rzeczowa rozmowa, gdyby z tymi ludźmi, którzy przychodzili na konsultacje społeczne, rzeczywiście rozmawiano, a nie tylko ich nagrywano, to byłaby inna reakcja.
Ludzi po prostu denerwowała buta, arogancja i taka bezczelność wprowadzania zmian.
To nie wolałby pan po prostu rzeczowo wyjaśnić, po co nam ta Strefa Czystego Transportu, a nie od razu z niej rezygnować?
Pytanie brzmi, kto rządzi w mieście? Czy rządzą mieszkańcy, czy politycy?
Niektóre zmiany nie przychodzą łatwo, a zawsze znajdzie się ktoś, kto zaprotestuje.
Prezydent Miszalski i wielu obecnych kandydatów, zwłaszcza po stronie liberalno-lewicowej, mają takie podejście, że ludziom trzeba nakazać lub zakazać, bo inaczej nie będzie zmiany.
Ja mam odwrotne podejście. Uważam, szczególnie w kwestii transportu, że ludziom trzeba dać wybór. Jeżeli widzę problem, że kopcą samochody, to wolę dać ludziom alternatywę, czyli zainwestować w rozwój kolei. Żeby w Krakowie powstawały przystanki szybkiej kolei aglomeracyjnej, łącznie z parkingami.
Dalej, uzupełnienie sieci tramwajowej, uzupełnienie sieci drogowej. Chcę, żeby polityka miejska zajęła się w pierwszej kolejności rozwiązaniem największych problemów, czyli kwestią rozwoju miasta, rynku pracy i transportem. Nawet jak patrzymy na statystyki z ostatnich 20 lat, to system drogowy w Krakowie zwiększył się o ok. 5 proc., a w tym czasie liczba aut wzrosła o 50 proc.
Jest pan za wolnością, w ulotce deklaruje, że każdy mieszkaniec jest równy. W każdym polskim urzędzie stanu cywilnego możliwa jest transkrypcja zagranicznych aktów małżeństw jednopłciowych. Zakopane protestuje. Co zrobi Kraków pod wodzą Michała Drewnickiego?
Deklaruję, że takiej transkrypcji po prostu nie będzie. Z prostej przyczyny. Trybunał Konstytucyjny jednoznacznie orzekł, że w polskim prawie nie ma możliwości zawierania tego typu małżeństw.
Także transkrypcji, bo tak naprawdę doszlibyśmy do sytuacji, w której w Polsce są legalne małżeństwa osób tej samej płci. Ja chcę szanować prawo i nie chciałbym, żeby jakiś urzędnik w Krakowie je łamał. I też bym nie chciał, żeby Niemiec, Francuz czy ktokolwiek z zagranicy dyktował nam, jak my w Polsce mamy żyć i co robić.
Akurat w tej materii to ani prezydent, ani rada miasta Krakowa nie są decyzyjni. Mamy polską konstytucję.
Ja oczywiście też, broń Boże, nie będę zaglądał nikomu do łóżka, do pokoju. To jest prywatna sprawa. Niech każdy robi sobie, co chce.
Władzę w kraju sprawuje rząd, który powołuje się na wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego. Minister cyfryzacji ostrzega samorządy i mówi, że nierealizowanie rozporządzenia to łamanie prawa.
Zgadzam się, że mamy do czynienia z chaosem, ale za ten chaos odpowiada obecny rząd, który zupełnie nielegalnie próbuje takie rzeczy robić.
Zawsze szkoda mi ludzi, bo na tym finalnie cierpią zwykli obywatele. Uważam, że ta sytuacja, którą mamy, nie jest nikomu na rękę. Jeżeli Trybunał Konstytucyjny orzeka, a rządzący nagle twierdzą, że to jest niewiążące prawnie, to powodują chaos i zamieszanie.
Dlatego chcę przed wyborami uczciwie zapowiedzieć, że po prostu będę szanował polskie prawo i takiej transkrypcji w Krakowie nie będzie. Co nie stoi na przeszkodzie, żeby każdy człowiek w Krakowie był traktowany równo, jeśli chodzi o rzeczy, które są zagwarantowane przez polskie prawo, polską konstytucję.
A w Marszu Równości pan pójdzie?
Nie, nie pójdę. Sądzę, że to jest po prostu niepotrzebne, żeby urząd angażował się w takie światopoglądowe akcje.
Widzę, że wielu polityków próbuje się w ten sposób lansować. Mnie takie prowadzenie polityki jest po prostu obce.
Natomiast jeśli jakieś środowiska i osoby chcą robić marsze, o ile nie będą to obsceniczne wydarzenia czy wulgarne, niech robią.
Może Cię także zainteresować: Ponad miliard dla Sejmu, dla kancelarii premiera też niemało. Najmniej dla prezydenta

XXII Marsz Równości przeszedł ulicami Krakowa, PAP/Art Service (fot. Art Service / PAP)
„Komfort życia i bezpieczna ulica, park zieleń, miejsca spotkań i odpoczynku”. To kolejne pana hasła wyborcze. Któremu krakowskiemu klubowi pan kibicuje?
Wiele lat temu chodziłem na Wisłę Kraków.
A przeszedłby się pan po mieście w koszulce Wisły?
Kiedyś jako młody chłopak, jeżdżąc na mecz, chodziłem w szaliku, natomiast wiem, że w niektórych miejscach mogłoby być to prowokujące.
Tak musi być?
To jest szerszy problem, bo tak naprawdę w wielu miastach w Polsce mamy podobne zjawiska. Trzeba po pierwsze piętnować taką agresję i przemoc.
Tutaj prezydent miasta Krakowa ma pewne narzędzia, więc ja też deklaruję wsparcie dla policji. Uważam za istotny rozwój sieci monitoringu w miejscach do tego predysponowanych, czyli tam, gdzie zgodnie z mapą zagrożeń występują niebezpieczne zdarzenia. Tutaj także trzeba współpracować ze spółdzielniami, wspólnotami mieszkaniowymi, bo zawsze kamery powodują, że jeśli ktoś chciałby zrobić coś niedobrego, to się wstrzymuje. Nie chodzi o kamerowanie całego miasta, tylko pewnych newralgicznych punktów.
Zresztą nawet ostatni przypadek śmiertelnego pobicia na osiedlu Willowym pokazał, że właśnie taki monitoring spowodował, że ci bandyci mogli zostać zidentyfikowani i wyłapani.
Straż miejska również powinna być dofinansowana. Ona nie zastąpi policji, nie będzie wyłapywać przestępców, ale powoduje, że człowiek w mieście czuje się bezpieczniej. Więc, zamiast łapać ludzi, którzy gdzieś tam krzywo staną albo przechodzą na czerwonym świetle na przejściu dla pieszych, chciałbym, żeby straż miejska bardziej zajmowała się porządkiem publicznym na osiedlach.
Tutaj też chodzi o to, żeby współpracować z klubami i wspierać je w akcjach, które powodują ograniczenie tego typu zjawisk, czy też na stadionach, czy pod stadionami. Kraków jest właścicielem stadionów, więc ostatnią akcję prezesa Jarosława Królewskiego dotyczącą zakazania wywieszania niektórych flag na stadionie oceniam bardzo pozytywnie.

