Reklama
Kraj

Noże w szkołach, państwo w panice. Najgorsze, że znów wyciągniemy złe wnioski

Ataki w polskich szkołach uruchomiły debatę o bezpieczeństwie uczniów i nauczycieli. Łatwo dziś domagać się kolejnych kamer, zamków i procedur, trudniej odpowiedzieć na pytanie, czy szkołę da się ochronić samymi środkami kontroli. Problem przemocy nie zaczyna się bowiem przy szkolnej bramie i nie kończy na instrukcji postępowania kryzysowego. Jeśli chcemy zwiększyć bezpieczeństwo, musimy spojrzeć szerzej: na relacje między uczniami, wsparcie dla nauczycieli, odpowiedzialność rodziców, działanie służb i rolę internetu.

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 19:57
18 min
Po atakach w szkołach powraca pytanie, jak naprawdę zadbać o bezpieczeństwo uczniów i nauczycieli (fot. PAP)
TYLKO NA

Dwa dni, dwa dramatyczne ataki na polskie szkoły. W Ostrołęce dziewiętnastoletni uczeń zaatakował kilka osób, w tym uczniów i nauczycieli. Dzień później w Leszczydole-Nowinach piętnastoletni były uczeń zaatakował nożem pracowników szkoły podstawowej. Jedna osoba zginęła, dwie zostały ranne. Do tego dochodzą wcześniejsze doniesienia o nastolatkach przygotowujących ataki, niebezpiecznych przedmiotach znajdowanych w uczniowskich plecakach oraz internetowych zapowiedziach kolejnych zorganizowanych napaści.

Naturalną reakcją na podobne tragedie jest pytanie, jak zapewnić bezpieczeństwo. Zapewne niebawem usłyszymy więc o konieczności instalowania kolejnych kamer, zamków, bramek i systemów kontroli dostępu. Być może powstaną nowe procedury, a nauczyciele przejdą następne obowiązkowe szkolenia. Problem w tym, że szkoła nie jest zakładem karnym, jednostką wojskową ani lotniskiem. I choćbyśmy bardzo chcieli, nie zdołamy zapewnić w niej pełnego bezpieczeństwa za pomocą metod opartych na kontroli i przymusie. Co wcale nie oznacza, że jesteśmy bezradni.

Dzieci boją się iść do szkoły. Seria ataków obnażyła bezradność państwa

Już na początku trzeba jednak postawić pytanie, które zbyt łatwo ginie w tej dyskusji. Martwimy się o uczniów i słusznie. Ale kto zadba o bezpieczeństwo nauczycieli, pracowników sekretariatów, woźnych i wszystkich pozostałych osób zatrudnionych w szkołach? Oni również mogą stać się ofiarami. Szkoła jest przecież także miejscem pracy. Jej pracownicy mają pracodawcę, a placówka organ prowadzący. Gdzie w propozycjach poprawy bezpieczeństwa jest ich odpowiedzialność? I czy znowu zostanie ona sprowadzona do polecenia nauczycielom, żeby odbyli szkolenie i podpisali kolejną instrukcję?

Reklama
Reklama

Szkoła nie może stać się twierdzą

Wśród propozycji pojawiających się po ostatnich tragediach przewija się postulat skuteczniejszego zabezpieczenia szkolnych wejść. Należałoby zadbać o to, by do budynku nie mogły dostać się osoby postronne. Brzmi rozsądnie. Problem w tym, że w opisywanych atakach sprawcami byli uczeń i były uczeń. Nie mówimy więc wyłącznie o zagrożeniu ze strony przypadkowych osób z ulicy.

Uczniowie mają pełne prawo wejść do placówki. Odwiedzanie zaś dawnych nauczycieli przez absolwentów jest w polskich szkołach czymś zwyczajnym. Byli uczniowie przychodzą opowiedzieć, jak potoczyły się ich losy, pochwalić się sukcesami, czasem po prostu porozmawiać. Zazwyczaj są mile widziani. Trudno zresztą uznać, że szkoła, która przez kilka lat wychowywała młodego człowieka, powinna z chwilą wydania mu świadectwa traktować go jak potencjalnego intruza. Można wymagać zgłoszenia wizyty, nie rezygnując przy tym z podtrzymywania tych relacji.

Oczywiście kontrolowanie dostępu ma sens, zwłaszcza w przedszkolach i młodszych klasach szkół podstawowych, gdzie szczególnie istotna jest ochrona dzieci przed osobami nieuprawnionymi. W tym wieku dzieci raczej same nikogo nie zaatakują. Jednak im starsi uczniowie, tym trudniej wyobrazić sobie szkołę jako szczelnie zamknięty obiekt. W liceum czy technikum, gdzie część uczniów jest już pełnoletnia, codzienne funkcjonowanie placówki opiera się przecież na znacznie większej samodzielności młodych ludzi.

Reklama
Reklama

Możemy instalować kolejne elektroniczne zamki, wprowadzać identyfikatory i rejestrować gości. Nie wyeliminujemy jednak zwyczaju przepuszczania znajomych w drzwiach i innych, czysto ludzkich nawyków, które czynią system kontroli niedoskonałym. Przede wszystkim zaś żaden identyfikator nie rozwiąże problemu zagrożeń pochodzących od osób, które mają pełne prawo znajdować się na terenie szkoły.

Jest jeszcze jeden problem. Nawet skuteczne „uszczelnienie” szkoły nie zapewni bezpieczeństwa poza jej murami. Napastnik może zaatakować przed szkolną bramą, na przystanku autobusowym albo w pociągu, którym codziennie dojeżdża kilkudziesięciu uczniów. Przecież jego celem nie jest szkoła jako budynek. Są nim ludzie, którzy do niej uczęszczają lub w niej pracują.

Niepotwierdzone informacje zalewają sieć. Kto próbuje siać panikę?

Nie otoczymy podobnymi zabezpieczeniami każdego przystanku, autobusu czy chodnika. Nie oznacza to, że zamki i monitoring są zbędne. Mogą utrudnić przeprowadzenie ataku, dać czas na reakcję, a niekiedy zniechęcić napastnika. Nie możemy jednak mylić bezpieczeństwa budynku z bezpieczeństwem ludzi.

Może więc należałoby sprawdzać plecaki? Wyobraźmy sobie kilkuset uczniów codziennie przechodzących przez kontrolę przypominającą lotniskową. Pomijając koszty, organizację i kwestie prawne, pozostaje pytanie, czy naprawdę chcemy wychowywać dzieci w atmosferze permanentnej podejrzliwości.

Reklama
Reklama

Nie znaczy to, że wszystko powinno pozostać po staremu. Warto choćby rozważyć rozwiązanie stosowane w Anglii i Walii, gdzie nieuprawnione posiadanie określonych ostrych narzędzi na terenie szkoły już samo w sobie stanowi przestępstwo. Nie chodzi o automatyczne zrównywanie przypadkowo pozostawionego w plecaku scyzoryka z przyniesieniem broni w celu zastraszenia innych. Jednak świadome przyniesienie bagnetu czy maczety powinno spotykać się z poważną i przewidywalną reakcją.

Po atakach w szkole psycholog mówi o niebezpiecznym trendzie. „W Polsce nie było takich historii”

Procedury tak. Segregatory niekoniecznie

Istnieje obszar, w którym procedury są niezbędne. Chodzi o reagowanie na bezpośrednie zagrożenie. Kiedy w szkole pojawia się uzbrojony napastnik, nie ma czasu na zwoływanie zespołu, analizowanie regulaminu ani zastanawianie się, kto powinien zadzwonić na policję. Pracownicy muszą wiedzieć, jak ogłosić alarm, kiedy ewakuować uczniów, a kiedy bezpieczniej będzie pozostać w zabezpieczonych pomieszczeniach.

Brytyjskie wytyczne dla szkół przewidują ocenę zagrożeń, plany postępowania kryzysowego oraz procedury zamknięcia budynku. Zaleca się także przygotowanie młodzieży do reagowania na atak według zasady: uciekaj, ukryj się, zawiadom służby. To znacznie rozsądniejsze niż przekonywanie uczniów, że po kilku zajęciach samoobrony poradzą sobie z napastnikiem uzbrojonym w nóż.

Reklama
Reklama

Warto przy okazji lepiej wykorzystać WF i edukację dla bezpieczeństwa. Rozpoznawanie zagrożeń, unikanie konfrontacji, bezpieczne oddalanie się czy tamowanie masywnych krwotoków to umiejętności przydatne nie tylko podczas ataku w szkole. Nie potrzebujemy jednak kolejnej ministerialnej akcji pod hasłem „napiszmy procedurę”. Potrzebujemy rozwiązań opracowanych przez specjalistów, dostosowanych do warunków poszczególnych placówek i przećwiczonych w praktyce.

Krwawe ataki w polskich szkołach. Tusk zwołał pilną naradę ministrów i służb

Nauczyciel powinien wiedzieć, jak pomóc uczniom i zadbać o własne bezpieczeństwo, zamiast gorączkowo przypominać sobie, co napisano na dziewiętnastej stronie instrukcji, którą kazano mu podpisać we wrześniu. Nie można też opierać szkolnego systemu bezpieczeństwa na oczekiwaniu, że pracownik własnym ciałem zatrzyma napastnika. Bohaterstwo konkretnych ludzi nie może zastępować przygotowania instytucji.

Przy okazji warto zapytać, kto sprawdza przygotowanie polskich szkół na takie wydarzenia. Kontrolujemy bezpieczeństwo przeciwpożarowe, warunki sanitarne i stan budynków. Ale czy w ogóle oceniamy gotowość do reagowania na celowy atak? Kto zapewnia środki na potrzebne zabezpieczenia, sprawną komunikację i praktyczne ćwiczenia? Co konkretnie ma zrobić dyrektor jako osoba kierująca placówką, a co musi zapewnić organ prowadzący? Samo przesłanie nauczycielom instrukcji nie jest wystarczającą odpowiedzią na żadne z tych pytań.

Reklama
Reklama

Zrozumieć przyczyny nie znaczy tolerować przemoc

Jest jednak problem wcześniejszy niż przygotowanie na atak z użyciem noża. To sposób, w jaki szkoła reaguje na agresję, zanim dojdzie do tragedii. Nauczyciel zostaje postawiony wobec sprzecznych oczekiwań. Z jednej strony ma rozumieć trudne zachowania ucznia, uwzględniać jego diagnozę, potrzeby i ograniczenia. To słuszne. Problem zaczyna się wtedy, gdy oczekiwanie zrozumienia zamienia się w nakaz znoszenia przemocy. Gdy uderzenie, kopnięcie czy groźba zostają potraktowane jak coś, co pracownik szkoły powinien po prostu wytrzymać, ponieważ uczeń ma określone trudności albo orzeczenie.

Z drugiej strony od tego samego nauczyciela oczekuje się, że natychmiast rozpozna zagrożenie i zdecydowanie ochroni innych. Jak ma odnaleźć się między tymi komunikatami? Kiedy ma jeszcze „wykazać się zrozumieniem”, a kiedy przerwać niebezpieczną sytuację? Kto jasno określił sposób działania i zapewnił mu do niego warunki?

Kiedy napastnik trzyma nóż, zagrożenie jest widoczne. Kiedy zaczyna bić albo dusić, pierwsze sekundy mogą nie dawać równie czytelnego obrazu jego zamiarów i skali niebezpieczeństwa. Nie oznacza to, że można czekać z reakcją. Przeciwnie: bicie i duszenie są zagrożeniem niezależnie od tego, czy sprawca ma diagnozę i jak wyjaśnimy później jego zachowanie. Nauczyciel nie powinien w takim momencie rozstrzygać przyczyn agresji. Powinien mieć jasne zasady uzyskania pomocy i ochrony osób zagrożonych.

Reklama
Reklama

Neuroatypowość nie jest synonimem agresji. Diagnoza może pomagać zrozumieć zachowanie i dobrać właściwe wsparcie, ale nie usuwa skutków przemocy dla osoby, która jej doświadcza. Orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego powinno uruchamiać realną pomoc. Nie może służyć jako wygodne wyjaśnienie, za którym instytucja ukrywa własną bezradność i brak skutecznego działania. Tak jednak często się dzieje.

Zapowiedź ataku na szkołę w filmiku AI. Policja zatrzymała 17-latka

Uczeń przejawiający agresję potrzebuje pomocy. Pozostali uczniowie i pracownicy potrzebują ochrony. Te potrzeby trzeba zaspokajać równocześnie. Jeżeli dotychczasowe działania nie wystarczają, potrzebne są: dodatkowe wsparcie, odpowiednie warunki organizacyjne i jasno określona odpowiedzialność za dalsze postępowanie. Nie można bez końca pozostawiać nauczyciela samego z problemem, a potem rozliczać go z tego, że nie zapobiegł kolejnemu atakowi.

Dyskusja o nadzwyczajnych zagrożeniach obnaża więc również nierozwiązany problem codziennej agresji. Trudno oczekiwać sprawnej reakcji w sytuacji skrajnej, jeżeli wcześniej nie ustaliliśmy, jak skutecznie chronić ludzi przed przemocą, która już od dawna występuje, choć nie w tak drastycznej formie.

Reklama
Reklama

Bezpieczeństwo zwykle zaczyna się od relacji

Niemal każde dramatyczne wydarzenie w szkole uruchamia działania mające zapobiec jego powtórzeniu. Łatwo jednak w tym odruchu skoncentrować się wyłącznie na zakazach i zabezpieczeniach. Tymczasem szkoła jest szczególnym środowiskiem społecznym. Każdego dnia spotykają się w niej setki ludzi, którzy niekoniecznie się lubią, niekoniecznie chcą ze sobą przebywać, a czasem pozostają w otwartym konflikcie. Żaden system kontroli dostępu tego nie zmieni. Dlatego równie istotne jak zabezpieczanie budynku jest pytanie, w jaki sposób sama organizacja szkolnego życia wpływa na relacje między uczniami.

Minister cyfryzacji reaguje po ataku w szkole. „Koniec z patologiami”

Przypomina mi się jedna z metod dydaktycznych, na którą zwracano uwagę podczas studiów doskonalących, w których uczestniczyłem rok temu. Chodzi o regularną pracę uczniów w niewielkich grupach, których skład jest systematycznie zmieniany. Nie za każdym razem ci sami koledzy, nie zawsze osoby, które się lubią. Uczniowie współpracują również z tymi, których na co dzień być może nawet nie zauważają. Nie jest to wyłącznie pedagogiczna intuicja. Mark Van Ryzin i Cary Roseth przeprowadzili badanie obejmujące 1890 uczniów z piętnastu amerykańskich szkół. W szkołach stosujących odpowiednio zorganizowane uczenie się poprzez współpracę odnotowano ograniczenie przemocy rówieśniczej, poprawę relacji i wzrost empatii. Co szczególnie istotne, nie chodziło o dodatkowe pogadanki wychowawcze, lecz o zmianę sposobu prowadzenia zwykłych lekcji.

Reklama
Reklama

Mechanizm jest stosunkowo prosty. Znacznie łatwiej wyśmiewać kogoś, kogo znamy jedynie jako „tego dziwnego z ostatniej ławki”. Trudniej, kiedy tydzień wcześniej wspólnie rozwiązywaliśmy zadanie, poznaliśmy jego sposób myślenia i przekonaliśmy się, że potrafi zrobić coś, z czym sami sobie nie radzimy. Kiedy za etykietką zobaczyliśmy konkretnego namacalnego człowieka.

Żeby jednak taka praca była czymś więcej niż dobrze brzmiącym postulatem, klasy i grupy zajęciowe muszą w końcu stać się mniejsze. Nie wystarczy polecić nauczycielowi, żeby podzielił liczną klasę na kilkuosobowe zespoły. Nadal musi on obserwować pracę wszystkich, dostrzegać wykluczenie, reagować na konflikty i pomagać tym, którzy nie potrafią się porozumieć. Im więcej uczniów ma jednocześnie pod opieką, tym trudniej poświęcić uwagę każdemu z nich.

Tusk o krwawych atakach w szkole. Uderza w prezydenta

Jeśli poważnie mówimy o integracji, musimy stworzyć warunki do poznawania się i współpracy. Mniejsze klasy oznaczają koszty, decyzje organizacyjne i odpowiedzialność organów prowadzących. Nie da się ich zastąpić kolejnym apelem do nauczyciela, żeby bardziej zadbał o relacje.

Oczywiście samo losowanie grup nie jest magicznym lekarstwem na przemoc. Współpraca musi być rzeczywista, odpowiednio przygotowana i bezpieczna. Nie można też zmuszać ofiary do wspólnej pracy z osobą, która ją prześladuje. Badania dotyczą ponadto ograniczania przemocy rówieśniczej, a nie zapobiegania zaplanowanym zabójstwom. Byłoby nieuczciwe udawać, że znaleziono sposób na wyeliminowanie wszystkich zagrożeń. Ale czy nie jest zastanawiające, że tyle uwagi poświęcamy kolejnym programom profilaktycznym, a tak niewiele warunkom, w których uczniowie i nauczyciele codziennie pracują?

Reklama
Reklama

W świecie, w którym coraz więcej kontaktów przenosi się do internetu, nabiera to szczególnego znaczenia. Komunikacja za pośrednictwem ekranu ułatwia niekiedy zachowania, na które nie zdecydowalibyśmy się twarzą w twarz. Nie widzimy reakcji drugiego człowieka, jego zawstydzenia, strachu czy łez. Nie oznacza to oczywiście, że internet odbiera młodym ludziom empatię albo że gry komputerowe produkują zabójców. Oznacza natomiast, że szkoła pozostaje jednym z miejsc, w których młody człowiek musi nauczyć się współpracować z ludźmi, których sam sobie nie wybrał. Być może właśnie tę funkcję powinniśmy dziś doceniać bardziej niż kiedykolwiek.

Co dzieje się poza wzrokiem dorosłych?

Kilka miesięcy temu, kiedy dużo mówiło się o zakazie używania telefonów komórkowych w szkołach, starałem się zwrócić uwagę na poważniejszy problem związany z obecnością dzieci w sieci. Chodzi o tworzenie przestrzeni, w której młodzi ludzie mogą pozostawać poza zasięgiem uwagi i reakcji dorosłych. Dziś ten temat wraca. Tym razem jednak internet służy nie tylko do wyśmiewania kolegi, ale również do gloryfikowania przemocy i przygotowywania ataków. Pojawiają się wszak doniesienia o możliwym internetowym inspirowaniu ostatnich napaści.

I tutaj powraca odpowiedzialność rodziców. Jeżeli trzynastolatek ma w plecaku bagnet, a w domu inne niebezpieczne narzędzia, trudno nie zapytać, skąd je wziął i czy jego opiekunowie o tym wiedzieli. Nie można automatycznie przypisywać rodzicom zaniedbań, nie znając okoliczności konkretnej sprawy. Ale nie sposób też oczekiwać, że szkoła rozpozna wszystkie zagrożenia rozwijające się poza jej murami. Pierwszymi wychowawcami dziecka są zawsze rodzice.

Reklama
Reklama

Atak 15-letniego nożownika. Wojewoda podjął decyzję w sprawie szkół

Warto zarazem zapytać o odpowiedzialność wielkich platform technologicznych. Potrafią one analizować zainteresowania młodych użytkowników, by podsuwać im kolejne materiały. Rodzicom oferują natomiast często jedynie ograniczony wgląd w cyfrowe życie dzieci. Oczywiście nie postuluję powszechnego czytania prywatnych wiadomości nastolatków. Ale między pełną inwigilacją a całkowitą niewiedzą rodzica powinna istnieć przestrzeń na rozsądne rozwiązania służące bezpieczeństwu.

Pokazać konsekwencje, zanim będzie za późno

Myślę chwilami o tym, co teraz czeka sprawców tych zbrodni. Przypomina mi się działalność sędzi Anny Marii Wesołowskiej, która inicjowała udział młodzieży w prawdziwych rozprawach sądowych. Zamiast kolejny raz tłumaczyć nastolatkom, że nie wolno kraść, bić czy grozić, dawała im okazję, by zobaczyli, jak decyzje podejmowane w młodości mogą zaważyć na całym dalszym życiu – ich własnym i osób, które skrzywdzą.

Krwawy atak w szkole w Ostrołęce. Wiadomo, kim jest napastnik

Nie trzeba zresztą zaczynać od zabójstw. Wystarczy historia młodego człowieka, który po imprezie postanowił prowadzić samochód mimo wypitego alkoholu. Albo ucznia, który uznał, że internetowe groźby to niewinny żart. Nie chodzi o straszenie więzieniem, lecz o uczenie odpowiedzialności i dostrzegania konsekwencji własnych działań. Może warto szerzej organizować podobne zajęcia we współpracy szkół z sądami? Bez tworzenia nowego przedmiotu i dokładania nauczycielom kolejnych obowiązków dokumentacyjnych.

Reklama
Reklama

Państwo też musi umieć chronić

Pozostaje w końcu kwestia sprawności państwa. Jeżeli potwierdzą się podejrzenia o organizowanie ataków na szkoły za pośrednictwem internetu, nie będziemy już mówić wyłącznie o problemie wychowawczym czy kryzysach psychicznych uczniów. To już właściwie terroryzm i zadanie dla profesjonalnych służb.

Moje myśli mimowolnie skręcają w kierunku warszawskiego metra. To przez niedawne incydenty, podczas których zamaskowane grupy błyskawicznie zamalowywały wagony. W jednym przypadku sprawcy uciekli przed przybyciem policji, w innym zostali zatrzymani. Nie zrównuję wandalizmu z atakiem na ludzi. Trudno jednak nie zapytać, co stałoby się, gdyby podobnie przygotowana grupa zamiast farby użyła przemocy wobec pasażerów.

Kolejne zatrzymanie nastolatka. Komunikat warszawskiej policji

Skuteczne państwo musi umieć identyfikować organizatorów niebezpiecznych działań i reagować, zanim dojdzie do tragedii. Ważniejsza od nieustannego zaostrzania kar może okazać się nieuchronność wykrycia i rzeczywistej odpowiedzialności. Zwłaszcza gdy potencjalni sprawcy wzajemnie się inspirują, a rozgłos wokół jednego ataku może zachęcać kolejnych.

Szkoła może dostrzec niepokojący sygnał i przekazać go odpowiednim instytucjom. Musi jednak mieć pewność, że po drugiej stronie ktoś go odbierze, oceni i podejmie działanie. Nie można oczekiwać od nauczycieli, że zastąpią służby w rozpoznawaniu i powstrzymywaniu przygotowywanych napaści.

Reklama
Reklama

Nie kolejny obowiązek dla nauczyciela

Po ostatnich wydarzeniach zapewne usłyszymy wiele propozycji. Obawiam się tylko, że ich wspólnym mianownikiem okaże się konieczność wykonywania kolejnych zadań przez nauczycieli. Nowe szkolenia, nowe dokumenty, nowe obowiązki. Nauczyciel ma już być trochę psychologiem, trochę pracownikiem socjalnym, a teraz być może zostanie jeszcze specjalistą od wykrywania zamachowców i ochroniarzem.

Tymczasem bezpieczeństwo jest odpowiedzialnością wielu podmiotów: szkoły, rodziny, organu prowadzącego, państwowych służb, a coraz częściej również firm technologicznych. To zdanie niewiele jednak znaczy, jeżeli nie wynika z niego, kto konkretnie ma działać, za co odpowiada i jakie środki ma zapewnić. Wspólna odpowiedzialność nie może oznaczać, że ostatecznie ze wszystkim zostaje nauczyciel stojący w drzwiach klasy.

Ten oczywiście powinien wiedzieć, jak reagować na zagrożenie. Powinien mieć czas i warunki, aby budować relacje ze swoimi uczniami. Powinien też móc liczyć na ochronę we własnym miejscu pracy. Nie może słyszeć, że agresję ma cierpliwie znosić, a w chwili dramatycznego ataku – że powinien był skuteczniej ochronić wszystkich dookoła.

Potrzebujemy mniejszych klas, realnego wsparcia w pracy z uczniami przejawiającymi agresję, przećwiczonych zasad reagowania i sprawnej współpracy ze służbami. Potrzebujemy także pracodawców i organów prowadzących, którzy potraktują bezpieczeństwo pracowników jako własne zadanie, wymagające decyzji i pieniędzy, a nie tylko wydawania poleceń.

Reklama
Reklama

Czy polska szkoła jest gotowa na takie ataki? Nie. Nie wystarczy jednak zamontować kolejnego zamka i ogłosić, że teraz już będzie. Można lepiej przygotować ludzi, ograniczać ryzyko i szybciej reagować. Nie można obiecać, że kamera, regulamin czy nawet najlepsze relacje powstrzymają każdego sprawcę. Pytanie więc, czy jakakolwiek szkoła może być w pełni gotowa na taki atak. Jeśli ma to oznaczać gwarancję, że nikt nie zostanie skrzywdzony, zapewne nie. Ta świadomość nie zwalnia jednak nikogo z odpowiedzialności za zrobienie tego, co możliwe. Powinna natomiast powstrzymać nas przed oczekiwaniem, że szkoła zagwarantuje bezpieczeństwo, którego jej samej nikt zapewnić nie potrafi.

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama