- Andy Burnham został już siódmym premierem Wielkiej Brytanii w ciągu ostatnich 10 lat. To ta sama dekada, którą zdominowały polityczne i gospodarcze skutki Brexitu.
- Dziesięć lat po referendum aż dwie trzecie Brytyjczyków uważa wyjście z Unii Europejskiej za porażkę, a większość domaga się ponownej integracji z kontynentem.
- Obywatele Zjednoczonego Królestwa czują się oszukani i dziś bardziej ufają europejskim sąsiadom niż sojuszowi z USA.
- Obietnica zatrzymania napływu cudzoziemców okazała się całkowitym fiaskiem, a miejsce pracowników z UE zajęli imigranci z Azji i Afryki.
- W miasteczkach, które najliczniej głosowały za wyjściem z Unii, liczba obcokrajowców na rynku pracy wzrosła aż o 55 proc.
Skutków Brexitu najlepiej nie szukać w Londynie. Dużo więcej sensu ma poszukać ich w mieście, które jest przeciwieństwem Londynu. Małym lub średnim, postprzemysłowym miasteczku, w kamienno-ceglanej palecie – nieodróżnialnym dla przybyszów od dziesiątek podobnych ośrodków w północnej Anglii czy Walii.
Mowa o miejscach, które potrafią mieć kilkaset lat historii, ale być znane tylko z tego, że urodził się tam znany niegdyś piłkarz albo muzyk. Gdzie było już tyle kryzysów, że inwestycje wznoszone niegdyś, by je ożywić – fabryka, elektrownia, centrum handlowe czy dom kultury – same są już nieco podupadającymi, wymagającymi troski zabytkami. Tu, między niegdyś żywym rynkiem, parafią pełną siwych głów i jednym z pubów przerobionym na polską restaurację, widać owe skutki Brexitu w pełniejszym obrazie niż w odbitej w marmurowo-szklanej fasadzie stolicy.
Zapytaj wyborców w jednym z tych miast – które przy okazji wyborów tuzinami nawiedzają reporterzy, by nigdy potem nie wrócić – co myślą o polityce. Przynajmniej połowa z nich powie, że polityka nie ma żadnego znaczenia. A ściślej: ich głos nie ma znaczenia. Bo niezależnie od tego, kto rządzi, nie zmienia się nic.
„Lewica czy prawica, to żadna różnica, wszyscy mają cię gdzieś” – powie na tle spękanego chodnika i przybrudzonych witryn nieczynnych już sklepów pani w średnim wieku albo bywalec lokalnego pubu. Mało tego, nie tylko anegdota, ale i empiryczne badania przynoszą podobne wnioski.
Przeczytaj także: Bliżej końca wojny? Trump: Rozmawiałem z Putinem i Zełenskim
Według najnowszego sondażu IPSOS już równo połowa ankietowanych Brytyjczyków zgadza się ze stwierdzeniem, że nie ma znaczenia kto jest u steru władzy, bo kraj stał się „niezarządzalny” (ungovernable). To ciekawe nie tylko jako miara rozgoryczenia w kraju, który szczyci się swoją demokratyczną historią i uważa za kolebkę parlamentaryzmu. To ciekawe także dlatego, że właśnie obietnica przywrócenia kontroli nad losami kraju, równo dziesięć lat temu skłoniła Brytyjczyków do zagłosowania za wyjściem z Unii Europejskiej. Czasy, w których nic się nie zmienia i władza nie ma na nic wpływu, miały się skończyć. A przynajmniej tak obiecywano.
Oczywiście, referendum dotyczyło bezpośrednio wyłącznie dalszego członkostwa w UE. Ale na szerszym planie dotyczyło także natury brytyjskiego systemu politycznego. Opowiedzenie się za wyjściem było „głosem za tym, aby głos się liczył”, jak aforystycznie ujęła to Mary Harrington. Take back control! – hasło powrotu suwerenności do Londynu i prawa współdecydowania o losach kraju z powrotem w ręce obywateli – dotyczyło przecież czegoś więcej niż tylko opuszczenia struktur UE. Ową kontrolę miał uzyskać nie tylko Londyn wobec Brukseli, ale także zwykli Brytyjczycy wobec rządów w Londynie.
„Nie może być dłużej tak, że niezależnie od tego, kto zasiada w gabinecie przy Downing Street, polityka państwa jest podobna, płace stoją w miejscu, nie ma pieniędzy na szkoły i szpitale, a w górę pną się tylko wskaźniki deficytu, nierówności, migracji netto i czasu oczekiwania na wizytę u lekarza” – pretensje wobec władzy były zaskakująco podobne niezależnie od partyjnych sympatii.
Wielka Brytania miała ruszyć do przodu, zamiast stać na jałowym biegu. Ktoś w końcu miał schwycić za kierownicę państwa. Jak już wiemy ponad wszelką wątpliwość – była to jedna z wielu obietnic Brexitu, które nigdy nie doczekały się urzeczywistnienia. To w końcu 10 lat. A pogłębiające się rozczarowanie polityką – rosnące w parze z dystansem, który dzieli prowincję od metropolii, i siłami odśrodkowymi rozrywającymi spójność Wielkiej Brytanii – to zaledwie jedna miara tego, co poszło w ostatnich latach nie tak.
Obywatele Zjednoczonego Królestwa zadecydowali o wyjściu z Unii Europejskiej w referendum 23 czerwca 2016 roku. Okrągła rocznica to dobry moment, by przyjrzeć się bilansowi tej decyzji z uczciwego dystansu. Niektórzy odkładali oczywiście moment gorzkiego podsumowania w czasie, by dać Brexitowi kolejne szanse. Nie będzie jednak pewnie lepszej okazji niż dzisiejsza, by te kilka słów prawdy powiedzieć. Brexit był porażką na każdym froncie, a problemy, które miał rozwiązać, pogłębił. Nieczęsto w najnowszej historii politycznej zdarzają się porażki tak jednoznaczne i decyzje, które przynoszą skutki na każdym polu odwrotne od zamierzonych.
Przyjrzyjmy się trzem kluczowym obszarom i zapytajmy o wnioski samych Brytyjczyków. A na koniec przyłóżmy je do Polski i naszej dalszej obecności w UE.
Przeczytaj także: Nie żyje podejrzana o zamach w Monako. Zabił ją oficer ukraińskiego wywiadu
Migracja
To oczywiste, że niezadowolenie społeczne z powodu migracji – każdej: zarobkowej, jak i humanitarnej; legalnej i tej odbywającej się w sposób niekontrolowany – było jedną z emocji, które popchnęły większość Brytyjczyków do zagłosowania 10 lat temu za opcją „LEAVE”. Zwolennicy opuszczenia UE używali zresztą w swojej kampanii zdjęć przechodzących przez Europę korowodów migrantów, obiecując, że uchronią kraj przed podobnymi zjawiskami. I to na tym polu Brexit przyniósł chyba najbardziej srogi zawód.
Wyjście Wielkiej Brytanii z UE nie tylko nie zmniejszyło migracji do Wielkiej Brytanii, ale pomogło ją wywindować do rekordowo wysokich poziomów. Co więcej – o czym za chwilę – zmieniło jej charakter z większości wewnątrzunijnej na pozaeuropejską. Zamiast Polaków – Pakistańczycy; Hiszpanów – mieszkańcy Hondurasu i Hindusi, Filipińczycy w miejsce Francuzów.
Absolutny rekord padł za czasów premiera z Partii Konserwatywnej, Borisa Johnsona, gdy do Zjednoczonego Królestwa w ciągu roku przyjechało o ponad 900 tys. osób – prawie milion! – więcej, niż je opuściło. Nazwano to zjawisko na jego cześć „Boriswave”, czyli „Borysową falą”. Ale wskaźniki migracji z krajów pozaeuropejskich pięły się w górę z każdym rokiem (nie licząc pauzy w pandemii), aż do objęcia władzy przez Partię Pracy w 2024 r.
Jak to się stało? Brexit poskutkował wycofaniem równego dostępu do brytyjskiej edukacji i rynku pracy dla obywateli państw UE. To stworzyło biurokratyczne niewygody, niepewność co do przyszłości i w rezultacie zniechęciło Europejczyków do podejmowania studiów, pracy i osiedlania się w Wielkiej Brytanii.
W ciągu mniej niż jednej kadencji parlamentu udało się doprowadzić do sytuacji, w której więcej obywateli UE opuszczało UK, niż do niego przyjeżdżało. Wraz z wyjeżdżającymi Polakami, Hiszpanami i Francuzami spadły wpływy podatkowe, liczba studentów płacących czesne i (przede wszystkim!) liczba pracowników sektora opieki oraz ochrony zdrowia – bo co trzeci lekarz i pielęgniarka w Anglii pochodzą spoza Wysp Brytyjskich.
Pod presją uczelni, szpitali, samorządów i firm – którym wzrosły koszty i kolejki, a spadła liczba chętnych do podjęcia studiów czy pracy – kolejne rządy konserwatystów poluzowały przepisy migracyjne. Przykładowo: uczelnie by domknąć budżet potrzebowały więcej studentów z Chin, a rolnicy by powetować straty wywołane utratą europejskich rynków i obniżyć koszty, zbieraczy truskawek z Kazachstanu.
W efekcie do Wielkiej Brytanii przyjeżdża dziś więcej obywateli Pakistanu czy Nigerii niż sześciu największych wśród migrantów do UK narodów europejskich – Rumunów, Francuzów, Włochów, Irlandczyków, Polaków i Hiszpanów – razem wziętych.
By jednak zachęcić do przyjazdu Nigeryjczyka, Hindusa, Pakistańczyka czy Ukrainkę rząd Wielkiej Brytanii zaczął oferować możliwość łączenia rodzin, legalnej pracy po ukończeniu studiów i dłuższego pobytu na jednej wizie. Wielka Brytania tym bardziej polegała na migracji, im bardziej kolejne rządy konserwatystów nie miały planu gospodarczego – innego niż ciąć koszty działania państwa.
Przeczytaj także: Oddaliśmy jedne z najcenniejszych rakiet. „To poważny błąd”
Niestety dla mieszkańców gmin, które zagłosowały za Brexitem, plany konserwatystów w rządzie oznaczały zwalnianie ludzi ze szkół i szpitali, redukcje budżetu na usługi publiczne i obniżanie kosztów pracy poprzez ściąganie większej liczby pracowników pozaeuropejskich. Najbardziej oszukani mają prawo czuć się bowiem właśnie ci, którzy za Brexitem zagłosowali.
To bowiem – jak wynika z niedawnej analizy „Guardiana” – w ich okręgach i gminach proporcja pracowników spoza Wysp do obywateli rosła dużo szybciej niż w gminach, które głosowały za pozostaniem. Co lepiej pokazuje fiasko obietnic Brexitu, niż to, że w popierających go wówczas miastach i miasteczkach jest dziś o 55 proc. więcej obcokrajowców na rynku pracy niż przed 2016 rokiem?! W okręgach, które zagłosowały za pozostaniem liczba ta wynosi 22 proc.
Oczywiście, można było się tego spodziewać. Gminy na prowincji i w regionach, które zagłosowały za wyjściem z UE, mają często starszą populację, więc z czasem więcej osób wypada z rynku pracy i wymaga opieki w podeszłym wieku, co z kolei tworzy presję na ściąganie do pracy w dużej liczbie obcokrajowców. Jednak politycy obiecujący, że wyjście z UE uzdrowi wszystkie problemy porzuconej prowincji, nie mieli odwagi i w tej sprawie powiedzieć swoim wyborcom prawdy.
Prawica straszy czasami „wielkim zastąpieniem” europejskiej populacji przybyszami z innych kontynentów. Można złośliwie zażartować, że nikt nie był bliższy realizacji tego scenariusza w praktyce niż autorzy Brexitu.
Handel
Kto słyszał raz Jacoba Rees-Mogga, ten nie zapomni go nigdy. Choć nie pochodzi z przedwiecznej arystokracji, były poseł Partii Konserwatywnej i zwolennik Brexitu jest jakby ożywionym zlepkiem wszystkich stereotypów o angielskim lordzie. Dyplom z Oksfordu i przeszłość w finansach, krykiet i kapelusz, krewni o dziwnych imionach, pasja do starych samochodów i pretensjonalny akcent, wychowany przez nianię i unoszący się na każde niewygodne pytanie dziennikarza człowiek-tyczka – Rees-Mogg nie przeczy, że mógłby (i wolałby!) żyć w innym stuleciu.
Nawet jednak Rees-Mogg, zapytany o sukcesy gospodarcze Wielkiej Brytanii, nieco traci rezon i zmuszony jest – jak każdy polityk, choć niekoniecznie dżentelmen – zwyczajnie kluczyć.
W niedawnej dyskusji z Alastairem Campbellem, byłym doradcą premiera Tony’ego Blaira, Mogg został zapytany, jakie korzyści gospodarcze przyniosła nowo odzyskana wolność od Unii Europejskiej. Najlepsze, co jeden z liderów ruchu na rzecz Brexitu był w stanie wymienić, to… umowa handlowa z Indiami. To służy za komentarz samo w sobie. Postbrexitowa Wielka Brytania uznaje podpisanie umowy o wolnym handlu ze swoją byłą kolonią i piątym partnerem gospodarczym Zjednoczonego Królestwa za sukces.
Jednak nawet radykalne poprawienie wyników handlu z Indiami i otwarcie tamtejszego rynku na usługi z UK nie będzie w stanie wynagrodzić strat wynikających ze zmniejszonego obrotu z krajami UE. Powód jest prosty – obroty między Wielką Brytanią a UE są dwudziestokrotnie większe niż z Indiami. Każdy procent utraconej wymiany handlowej z UE Londyn musiałby odbić sobie, zwiększając obroty z krajami pozaeuropejskimi kilkukrotnie, aby kolumny po obu stronach rachunku się zrównały.
Według szacunków Izby Gmin można założyć, że wymiana handlowa z UE spadła od 2019 roku o około 15 proc. Liczby same w sobie mogą nie robić wrażenia. Sięgnijmy jednak po eksperyment myślowy. Ile polskich firm musiałoby się zamknąć albo rozpocząć zwolnienia w analogicznej sytuacji – gdyby nasz eksport do UE spadł o kilkanaście procent względem poziomu sprzed dekady i nigdy się nie odbił? Robi się niemiło na samą myśl, prawda?
Przykład umów handlowych zawiązywanych po Brexicie to jeden z elementów szerszej strategicznej porażki. Jedno z czołowych haseł konserwatystów i przeciwników UE zapowiadało powrót „Globalnej Brytanii”. To znaczy, że Anglia po wyjściu z Unii miała stać się kolejną Szwajcarią czy Singapurem, krajem, z którym wszyscy chcą handlować, trzymać tam oszczędności i ze względu na korzystne podatki i deregulację – zakładać tam firmy. Obietnica ta brzmiała pewnie szczególnie obiecująco dla dziedziców myśli Adama Smitha (choć ten był Szkotem) i z nostalgią wspominających czasy handlowej potęgi brytyjskiego imperium. Jednak historia bywa okrutna.
Po zwycięstwie Donalda Trumpa w USA w tym samym co Brexit roku wolny handel i nieskrępowana globalizacja zaczęły powoli dobiegać końca, a do łask wrócił protekcjonizm. Liczba sankcji gospodarczych, barier handlowych i ceł konsekwentnie wzrasta, a wywołane konfliktami zbrojnymi blokady i zawirowania zmuszają cały świat do przemyślenia łańcuchów dostaw na nowo. Chiński szok uderza w przemysł, a USA siłowo chcą zrównoważyć swój deficyt handlowy z innymi.
Ostatnią grupą, której naprawdę zależało na wolnym handlu, liberalizacji i dostępie do rynków finansowych Londynu, byli rosyjscy oligarchowie i tamtejszy sektor surowcowy – ale i tu rzeczywistość popsuła szanse na świetny postbrexitowy interes. Słowem: brexitowcy postanowili wpłynąć żaglowym statkiem na falę globalizacji dokładnie wtedy, gdy wiatr przestał wiać, morze zamarło, a porty postanowiły się zamknąć.
I to nie ja wymyśliłem tę analogię! Premier Boris Johnson w 2020 roku, z okazji ukończenia negocjacji o wyjściu z UE, malował te obrazy słowami przed zgromadzonymi w dawnej Królewskiej Akademii Marynarki Wojennej.
„To czas, byśmy pomyśleli o naszej przeszłości i ponownie wybrali się w podróż śladem naszych przemierzających morza przodków, których wyprawy przyniosły nam nie tylko bogactwa, ale i coś cenniejszego – globalną perspektywę. Takie są nasze ambicje. Wychodzimy z portu, wciągamy żagle, a wiatr pcha nas naprzód” – mówił o wypływającej z Unii na globalne akweny Wielkiej Brytanii Johnson.
Kolejne agencje – od Bloomberg Economics po polski Instytut Sobieskiego – szacują zsumowane koszty utraconej produkcji i wymiany handlowej na 4–8% brytyjskiego PKB. Takie są koszty tej podróży. Dziesiątki miliardów utraconej wymiany handlowej, stagnacja płac realnych i spadek inwestycji zagranicznych nawet o 10 proc.
Mniejsze wpływy podatkowe oznaczały mniejsze wydatki na inwestycje – w tym w usługi, infrastrukturę i jakość życia na prowincji – i dołożyły się do pogarszających się wskaźników dostępności mieszkań, ochrony zdrowia i bezpieczeństwa. Gdzie? Nie zgadniecie – w tych regionach, które zagłosowały za wyjściem z UE.
Wielka Brytania nie stała się bardziej atrakcyjnym miejscem do zakładania firm i prowadzenia usług – bez dostępu do europejskiego rynku i bez wpływu na europejskie regulacje. Stało się coś przeciwnego: firmy szukające niskich podatków i dostępu do globalnego kapitału wybierają raczej Dubaj i kraje Zatoki, zaś wykwalifikowani pracownicy, szukający dostępu do rynków UE, Warszawę i Europę Środkową.
Przeczytaj również: Szczyt NATO w Ankarze: Europa przejmuje większą odpowiedzialność za obronę. Co zmienia deklaracja?
Nie mówiąc już o tym, że nie tylko sami Polacy wyjeżdżają z Wysp, ale i sami obywatele UK coraz częściej wolą szukać szczęścia, zakładać rodziny i rozwijać firmy gdzieś indziej. Od 2024 roku wyjeżdża ich z UK więcej do Europy niż w drugą stronę. Zamiast „Globalnej Brytanii” mamy więc coraz bardziej „małą Anglię”.
Przeczytaj także: Unia reaguje na skandal z UPA. Po naciskach polskich europosłów
Polityka i suwerenność
Próby wypłynięcia na globalne wody zawiodły jeszcze na innym froncie. Atlantyk nie okazał się gościnny. Wielka Brytania cieszy się rzekomo „special relationship”, wyjątkowymi związkami, ze Stanami Zjednoczonymi. Ale podobnie jak w przypadku handlu, po Brexicie nie udało się wymyślić nowej pozycji Wielkiej Brytanii w świecie relacji międzynarodowych, a fantazja o tym, że Donald Trump przyzna Londynowi jakieś przywileje, szybko zderzyła się z rzeczywistością.
Jak w niedawnym zbiorze esejów „The Brexit Effect” przypomina były sędzia Sądu Najwyższego w Londynie i historyk Jonathan Sumption, historyczną doktryną polityki brytyjskiej zawsze było „mieszanie się” w sprawy kontynentu, by zabezpieczyć wyspiarski interes. Zaś patrzenie na Atlantyk i odwracanie się plecami do kontynentu stanowiło zawsze nurt mniejszościowy. Wycofanie się z UE (i powieszenie na sojuszu z nieprzewidywalnym i przede wszystkim niezainteresowanym partnerstwem mocarstwem 3000 kilometrów dalej) nie jest żadnym przykładem konserwatyzmu i realizmu brytyjskiej polityki, lecz zaprzeczeniem obu, dowodzi Sumption.
Przeczytaj też: Raport: wzrosła zdolność kredytowa singli i bezdzietnych par. Więcej mieszkań dostępnych
I trudno odmówić mu racji: Wielka Brytania pozbyła się „dyktatu” Unii Europejskiej tylko po to, by zostać uwikłaną w nie swoje (Rosja, USA, Izrael) wojny. Będąc de facto uzależnionymi – inaczej niż Francuzi – od USA w kwestiach nuklearnych, Brytyjczycy płacą dziś cenę mrzonek o militarnej potędze, gdy w rzeczywistości to francuskie statki muszą eskortować brytyjskie. Nie odwrotnie. Nowo odzyskana suwerenność skutkuje również tym, że Wielka Brytania nie będzie miała dostępu do środków z programu SAFE, ale próbuje dołączyć się do europejskich pożyczek dla Ukrainy.
Dzięki wyjściu z UE USA może domagać się od Wielkiej Brytanii obniżenia standardów żywności i lobbować o większy dostęp do rynku kosztem lokalnych producentów – a Trump używa do tego groźby wycofania zobowiązań obronnych. A są i bardziej absurdalne przykłady kosztów „odzyskania kontroli”. Tylko w 2027 roku Wielka Brytania zapłaci do budżetu UE 760 milionów euro, aby dołączyć do programu wymian studenckich Erasmus, z którego sama wyszła!
Być może nie powinno więc dziwić, że i politycznie Brexit nie rozwiązał napięć. Dziesięć lat później partia konserwatywna, która obiecała referendum, jest w swoim najgłębszym kryzysie w historii. Dziś jest na trzecim, a czasami czwartym miejscu w sondażach – w kraju do niedawna systemu dwupartyjnego! Co więcej: doczekała się nie jednej, a już dwóch konkurencyjnych partii na prawo od siebie: Reform UK Nigela Farage’a i Restore Britain Ruperta Lowe’a.
Pytanie, czy wyborcy nowych sił na prawicy szczerze wierzą w to, że ich nowi faworyci naprawdę odwrócą klęskę Brexitu? Czy raczej głosują na nich, by ukarać torysów za jego fiasko i rozbić duopol? W każdym razie (niezależnie od powodów) Brexit nie skonsolidował brytyjskiego obozu konserwatywnego wokół sztandaru suwerenności, lecz rozbił prawicę i paradoksalnie… ożywił ciepłe uczucia wobec Europy, zaś pomógł ostudzić proamerykanizm. Kolejny kompletnie przeczący strategicznym kalkulacjom brexitowców rezultat.
Bo nowe badania pokazują także, że stosunek do Europy i dawne podziały na zwolenników wyjścia i pozostania w strukturach UE przestały już odgrywać taką rolę w krajowej polityce. Szokiem dla niektórych może być odkrycie, że nawet wyborcy Nigela Farage’a i jego Reform UK są bardziej… antyrządowi niż antyeuropejscy. Nawet nazwy jego kolejnych partii – dziś to „Reform” – odwołują się dziś do zmiany Wielkiej Brytanii od wewnątrz, a nie haseł odzyskania suwerenności czy niepodległości.
Cały elektorat prawicy łączy dziś także niechęć do migracji, ale i przekonanie, że Brexit problem pogłębił, a nie rozwiązał. Zapytani w sondażu przez European Council on Foreign Relations wyborcy Reform UK uważają nie tylko, że problem nielegalnej migracji się pogłębił. Większością 43:37 proc. uważają także, że Wielka Brytania powinna PRZYWRÓCIĆ swobodę przemieszczania się pomiędzy Wielką Brytanią a Unią Europejską. Podobny odsetek wyborców Reform uważa także Brexit za porażkę gospodarczą i zgadza się ze stwierdzeniem, że dołożył się do rosnących kosztów życia obywateli.
Co dalej?
To ostatnie jest szczególnie ważne. Bo nawet jeśli – Wy, drodzy czytelnicy – nie dajecie wiary moim argumentom i rozumowaniu, to być może głos samych obywateli UK okaże się w tej sprawie rozstrzygający.
Badanie, o którym mowa, zrealizowane przez pracownię Mandate na zlecenie ECFR, postawiło bowiem te pytania. Jaki był skutek Brexitu i co myślicie o relacjach z Europą dziś?
Większość – równo dwie trzecie! – obywateli UK twierdzi dziś, że Brexit miał negatywne skutki dla kosztów życia i gospodarki, 60 proc. że dla wizerunku Wielkiej Brytanii, szans dla młodych ludzi oraz liczby migrantów przepływających na Wyspy nielegalnie. Sześciokrotnie mniej – około 10 proc. – uważa, że w którejkolwiek z tych dziedzin wyjście z UE miało korzystne skutki. Dziś przewaga tych, którzy uważają, że głosowanie za wyjściem z UE było błędem, wobec tych, którzy uważają, że było słuszne, również jest ponad dwukrotna – 57 do 30 proc.!
Ponad trzykrotnie więcej ankietowanych Brytyjczyków (63 proc.) uważa, że priorytetowo należy potraktować relacje z Europą niż z USA (19 proc.). I ponad dwukrotnie więcej obywateli Zjednoczonego Królestwa (72 proc.) jest też przekonanych, że w razie ataku na ich ojczyznę przynajmniej część państw europejskich przyszłaby z pomocą, niż że podobną solidarnością wykazaliby się Amerykanie (w to wierzy 35 proc., z czego „bardzo przekonanych” jest o tym zaledwie 6 proc.). Większa część badanych popiera nawet stworzenie wspólnej europejskiej armii z udziałem brytyjskich żołnierzy, niż się temu sprzeciwia.
Przeczytaj również: Ceny paliw: Ile kosztuje benzyna, diesel i LPG? Prognozy e-petrol
To dopiero ironia. Zwolennicy wyjścia z UE obiecywali Brytyjczykom ograniczenie migracji, poszerzenie zakresu suwerenności i pobudzenie handlu. Stało się na każdym polu odwrotnie. Migracja wzrosła, kraj jest słabszy na globalnej arenie, a mityczne miliardy z nowych umów handlowych się nie zmaterializowały. Ale co być może najbardziej przewrotne: jednym z najbardziej wyrazistych skutków Brexitu jest to, że większość obywateli chce nowych sposobów integracji z Europą, czasami idących dalej niż wcześniejsze członkostwo.
I – jak odparł w cytowanej przeze mnie wyżej debacie Campbell Rees-Moggowi – „okazuje się, że największym sukcesem Brexitu było wybić podobne rozwiązanie z głów Francuzom i wszystkim innym narodom Europy”.
Touché!
Z ziemi angielskiej do Polski?
Co to wszystko jednak oznacza dla nas i czy jesteśmy z Anglią – żartobliwie nazywaną czasem „drugą ojczyzną Polaków” – bardziej podobni czy różni? Kiedy pod koniec 2025 roku badania zaczęły wskazywać na rekordowo wysokie poparcie dla opuszczenia przez nas UE, wróciła moda na podobne porównania.
Odczyty zagranicznych pracowni badawczych wskazywały, że nawet 25 proc. Polaków chciało wtedy wyjścia. Krajowe CBOS i IPSOS były nieco bardziej zachowawcze, wskazując na około 10 proc. twardych polexitowców i kolejne 10 proc. nie do końca jeszcze przekonanych do opuszczenia UE. To wciąż mniej niż 52 proc. w Wielkiej Brytanii. Nie w tym jednak leży największa różnica.
Jak starałem się pokazać w mojej książce „Rewolucja Ambicji”, Brytyjczycy i Polacy (to znaczy: część z nich), nawet jeśli doszli do podobnych wniosków, to przeciwnymi drogami. Angielski i polski eurosceptycyzm to dwie różne diagnozy: „gorzej nie będzie” i „lepiej być nie może”.
Zacznijmy od tej pierwszej. Stagnacja płac realnych, społeczne niezadowolenie z powodu imigracji i polityka cięć budżetowych prowadząca do „zwijania” państwa – to część powodów, które w latach po kryzysie 2008 roku budowały poczucie beznadziei. Do tego dołóżmy między innymi rosnące kolejki w ochronie zdrowia, poczucie zagrożenia terroryzmem, pospolitą przestępczością i spadającą jakość usług publicznych. Nad i tak ponurym krajobrazem brytyjskiej polityki unosiła się powszechna niewiara w zdolność klasy politycznej do rozwiązania systemowych problemów. Jak pisałem:
Ocena położenia Wielkiej Brytanii podpowiadała wielu wyborcom, że wyjście z UE nie pogorszy i tak słabej sytuacji. Lepiej zaryzykować, niż pogodzić się z tym, że poziom życia będzie się stale obniżał. To nazywam emocją „gorzej nie będzie”. Właśnie ona pchnęła wcześniej wahających się Brytyjczyków do bezprecedensowego kroku: wyjścia z UE.
A u nas?
Przeciwnie – pogłębienie niechęci do UE obserwujemy po latach wzrostu płac realnych, rozwoju infrastruktury i przemysłu, malejącego bezrobocia i powrotu bardziej aktywnego państwa oraz polepszenia się pewnych aspektów jego działania.
Jednak właśnie dlatego, że nasze aspiracje i ambicje sięgnęły wyżyn, członkostwo w UE jawi się coraz większej liczbie osób jako przeszkoda w pomnażaniu dobrobytu. W opinii niemałej grupy rodaków stało się ono nie silnikiem, lecz hamulcem rozwoju. Choć przez lata nasza gospodarka pędziła, teraz pojawiło się wrażenie, że wszystkie te „zielone łady, Mercosury, pakty migracyjne i cyfrowe” stawiają przed nami barierę. Tu w pełnej krasie ujawnia się emocja „lepiej nie będzie”.
Naszą – ambicjonalną – antyunijną emocję karmi także obawa, że po tym, jak „wycisnęliśmy Brukselkę do końca”, teraz każą nam płacić i dorzucać się do innych. Trajektorie – wznosząca Polski i schyłkowa UK – gdzieś mogą się spotkać.
I tu analogia z Wielką Brytanią z kolei może się przydać – wskazane jest zapytać o to, co naprawdę byłoby kosztowniejsze. Wyjście w imię ochrony konkurencyjności polskich biznesów, ochrony dotychczasowego modelu gospodarczego i wyrwanie się spod polityk klimatycznych? Czy pozostanie (nawet w roli płatnika netto) w UE, z wiedzą o tym, jak mała jest „premia suwerenności” za wyjście w porównaniu do strat?
Gdybyśmy przyjęli UK za miarę ryzyk, to wyjście wiąże się z perspektywą utraty nie tyle samych dotacji, co spadku nominalnego PKB o ćwierć biliona (tak, 250 miliardów zł), wzrostu bezrobocia o ok. 4,5 proc. w wyniku utraty miejsc pracy w sektorach eksportowych i olbrzymiego – trudnego nawet do oszacowania – spadku inwestycji zagranicznych. Z wyjątkiem (a i to nie jest pewne) chińskich. To wszystko przy założeniu, że koszty handlowe byłyby u nas podobne jak w przypadku Wielkiej Brytanii.
Z migracją byłoby także, jak sądzę, podobnie – polskie firmy i gospodarstwa rolne domagałyby się, w obliczu spadającej wymiany handlowej z Unią i rosnącej konkurencji ukraińskiego biznesu oraz usług, obniżenia płac i szukałyby „najtańszych” migrantów, którzy nie mogli dostać się do UE.
Wielka Brytania z dnia na dzień przestała być atrakcyjna dla wielu firm tylko dlatego, że wyszła ze wspólnego rynku. Polska po ewentualnym wyjściu z UE stałaby się w oczach potencjalnych inwestorów analogicznie: nieco bogatszą Serbią czy nieco bezpieczniejszą Ukrainą. Ale to – i to jest główny problem – właśnie z nimi musiałaby konkurować.
Słowem, jedno z największych z punktu widzenia polskiego rolnictwa, przemysłu czy usług wyzwań – ukraińską konkurencję w Europie – ściągnęlibyśmy sobie na głowę sami. Nie mówiąc już, a propos Ukrainy, że poza UE nie mielibyśmy dostępu do najpotężniejszych argumentów – pomocy unijnej, dostępu do rynku i blokowania ewentualnej akcesji – które mamy dziś do dyspozycji w sporach wzajemnych.
Przeczytaj też: Raport PKO BP. Utrzyma się wzrost PKB, inflacja może wzrosnąć.
Także fantazja o wyłamaniu się z polityki klimatycznej pozostałaby właśnie tym: fantazją. Wprowadzenie, w choćby szczątkowej formie, systemu ETS2 czy „cła węglowego” CBAM w UE dobiłoby polski eksport (jako kraju spoza UE) skuteczniej niż jakiekolwiek koszty polityki klimatycznej wewnątrz wspólnoty.
Ale nie wszystko da się wyrazić liczbami. Podobnie jak wiemy, że argumenty, które zadecydowały o Brexicie, tylko pozornie odnosiły się do liczb czy gospodarczych korzyści. Dla wielu Brytyjczyków wyjście z UE było nową wersją starego mitu – o świętym Jerzym, patronie Anglii, zabijającym smoka. Smokiem – który, przypomnijmy, w opowieści nękał wieśniaków, ściągając z nich okrutny haracz – była oczywiście Unia. Trzeba było się go pozbyć, by na nowo i bez biurokratycznej bestii poukładać sobie sprawy.
W nowej wersji mitu coś poszło nie tak – dzień po zgładzeniu smoka wieśniacy obudzili się tak samo biedni i bezbronni. Nic nie zmieniło się na lepsze. A nawet gorzej: stracili jedynego potwora, na którego mogli zrzucić winę za swoje położenie. Ewidentnie w Wielkiej Brytanii nie chcą żyć w tej nowej, świeckiej wersji mitu, bez radosnej puenty – ale raz odczarowanej rzeczywistości nie da się zakląć z powrotem. A jak będzie u nas?

