Reklama
Reklama

Reklama

Nauczyciele odchodzą z pracy. „System oświaty jest do zaorania”

Reklama
TYLKO NA

Przeciążenie, papierologia, odpowiedzialność bez wsparcia, poczucie stagnacji i brak realnej sprawczości – między innymi na te aspekty pracy w oświacie w rozmowach z Zero.pl wskazują nauczyciele, którzy zdecydowali się opuścić szkolne mury bądź są o krok od tej decyzji. Zgodnie przyznają: winny jest system, a cierpią przede wszystkim uczniowie.

Nauczyciele mówią o systemie edukacji w Polsce.
Mateusz, Małgorzata i Anna opowiadają o pracy w polskiej oświacie. (fot. Zero.pl)
  • Nauczyciele coraz częściej uciekają ze szkół, mimo poczucia misji i dobrych relacji z uczniami.
  • Do takiej decyzji pedagogów prowadzą m.in. niskie pensje, przeciążenie, papierologia i brak realnego wsparcia.
  • ZNP alarmuje o brakach kadrowych: w szkołach pracuje już prawie 60 tys. emerytowanych nauczycieli.
  • „Winny jest system” – podkreślają rozmówcy Zero.pl opisujący realia pracy w szkołach.

Reklama

Dzień wolny. Małgorzata Czyrnek siedzi na spotkaniu rodzinnym, kiedy dzwoni telefon. Po drugiej stronie – wychowawca. Uczeń napisał list pożegnalny. Na czacie szkolnym dał znać kolegom, że chce zakończyć życie. Trzeba działać tu i teraz.

To była jedna ekstremalna sytuacja z wielu – mówi w rozmowie z Zero.pl Małgorzata. – Kilka razy przesłuchiwała mnie policja. Na przykład wtedy, gdy pewna dziewczynka zgłosiła nadużycia w domu. Mundurowi pytali, czy znam tę rodzinę, czy wiedziałam, czy obiecywałam dziecku cokolwiek. Dość szybko odkryłam, że nauczyciel odpowiada za to, co dzieje się w domu ucznia, a przecież nie ma do tego żadnych narzędzi ani wglądu.

Małgorzata kończy studia w 2017 r. i od razu wchodzi do zawodu. Przez pięć lat pracuje jako wychowawca przedszkolny i pedagog szkolny w publicznych małopolskich placówkach. Kiedy zdobywa zaufanie dzieci – a zależy jej, by wiedziały, że nie jest „straszakiem”, tylko pracuje dla nich – otwiera śluzę, której rozmiaru się nie spodziewa.


Reklama

– W każdej klasie coś. Nie są to sytuacje jednostkowe. Kiedy dziecko czuje, że jest usłyszane i zauważone, przynosi cały swój bagaż: „Mamy nie ma w domu, taty nie ma, jest presja, cyberprzemoc, nie mam siły”. Ta lawina jest ogromna.


Reklama

 Jako specjalista szkolny Małgorzata nie może ustalać czegokolwiek z niepełnoletnim uczniem w tajemnicy.

– Zawsze musiałam poinformować rodzica. Czasem zdarza się, że nie przyznaje się on do jakichkolwiek problemów, a rozpatrzenie wniosku do sądu o wgląd w sytuację rodziny trwa pół roku. Dziecko natomiast potrzebuje pomocy teraz. Jako pedagogowie możemy jedynie inspirować, zachęcać, ale nie możemy niczego od dorosłego wymagać.

Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego prywatyzacji sektora edukacji:


Reklama


Reklama

Papier, nie jakość

Szkoła licząca pięciuset uczniów. Jeden psycholog. Jeden pedagog. Małgorzata szacuje ostrożnie: co najmniej jedna czwarta uczniów potrzebuje realnej pomocy. To 125 osób na dwie specjalistki – obie równocześnie zagrzebane w dokumentacji.

– Na prywatnej terapii masz godzinę i jedną osobę. Tutaj specjalistka ma 125 dzieci, a w przerwach między spotkaniami jeszcze stos papierów do wypełnienia. Ta pomoc istnieje jako ostatnia deska ratunku, kiedy jest już zagrożenie życia. A żeby po prostu usiąść i porozmawiać z uczniem? Na to nie ma miejsca.

Jest jeszcze coś, o czym nie mówi się głośno: system nagradza papier, nie jakość. Spotkanie się odbyło? Odnotowane. Rodzic został poinformowany? Odnotowane. Czy dziecko faktycznie dostało adekwatne wsparcie, czy zostało naprawdę wysłuchane – tego nikt nie sprawdza. Kiedy dochodzi do tragedii, do placówki przyjeżdża kuratorium. 


Reklama

Nikt nie pyta pedagogów: „Jak się czujecie? Jak możemy wam pomóc?” Badają tylko dokumentację od A do Z.


Reklama

Superwizja – standard w zawodach pomocowych – w systemie szkolnym nie istnieje. Małgorzata – po jednej z trudnych sytuacji – opłaca ją z własnej kieszeni. Setki złotych z nauczycielskiej pensji. Mówi krótko: „Źródło wysycha”.

– Miałam poczucie, że daję z siebie sto procent i zarabiam nieadekwatnie do obowiązków. Często szkoła bierze z ciebie wszystko. Żyjesz problemami uczniów, bo dzwonią, piszą, a ty chcesz wszystkim pomóc. W końcu poczułam, że oprócz szkoły nie mam życia.

Jest też coś, na co Małgorzata nie znalazła nazwy, dopóki sama tego nie przemyślała: zawód pomocowy bez zgody. Psycholog świadomie wybiera profesję, w której będzie wspierać ludzi w kryzysie. Nauczyciel idzie uczyć i ni stąd, ni zowąd zostaje terapeutą, mediatorem, opiekunem. Nikt go o zgodę nie pyta. System tak po prostu działa – dotyczy to też nauczycieli przedmiotu.


Reklama


Reklama

Żałoba po marzeniu

Przełom przychodzi stopniowo. We wtorki i czwartki o dziewiętnastej Małgorzata uczęszcza na zajęcia taneczne. To jedyne miejsce, w którym emocje mogą wyparować. Pewnego dnia tam nie dociera. Spotkała się z rodzicami po godzinach i nie zdążyła. Był to też rok przygotowań do ślubu. Przyjeżdżała do domu na oparach. W pewnym momencie mówi sobie: albo odchodzę, albo za kilka lat będę jedną z tych osób, które narzekają w pokoju nauczycielskim i czekają na emeryturę.

Małgorzata opuszcza system w 2022 r.

– Do zawodu przyszłam z zupełnie innym modelem szkoły w głowie. Od zawsze chciałam być pedagogiem szkolnym, robić wielkie rzeczy. Po złożeniu wypowiedzenia musiałam przejść „żałobę”.


Reklama

33-latka prowadzi teraz własną działalność – warsztaty terapeutyczne dla dzieci pod szyldem Strefa Dobrej Edukacji. Pracuje również w niepublicznej poradni. Mówi, że sama dobiera grupy, sama decyduje, sama wyznacza granice. W szkole wyglądało to zgoła inaczej.


Reklama

Bardzo żałuję, że nie mogę tego robić, pracując w placówce publicznej. Ale wiem, że decyzja była właściwa. „Jeśli kochasz siebie, odejdziesz” – powtarzałam sobie.

System? Może dla urzędników

Mateusz Kosturkiewicz jest magistrem filologii angielskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Chce robić doktorat. W 2018 r. wchodzi jednak ustawa gowinowska oraz reforma szkół doktorskich i koncepcja – z racji znacznej redukcji dostępnych na studia miejsc – się sypie. Mężczyzna zatrudnia się w szkole i zostaje tam na kilka lat.


Reklama

Ten system nie jest dobry dla nauczycieli, nie jest dobry dla uczniów. Szczerze mówiąc, nie wiem, dla kogo on jest – mówi wprost. – Może dla urzędników? Chociaż kuratoria to kolejna aberracja, która nikomu do niczego nie jest potrzebna i raczej szkodzi, niż pomaga.


Reklama

Pierwsza szkoła to technikum w Krakowie. Jest rok 2019 – czas głośnego strajku nauczycielskiego. Mateusz nie przystępuje do protestu. Wypada on w okolicach matur, a „zakładnikami” akcji stają się – jego zdaniem – uczniowie. Jest jednym z sześciu czy siedmiu niestrajkujących na ponad 70-osobowy zespół. Na wejściu do szkoły czeka komisja protestacyjna – trzeba wpisać się na listę po jednej ze stron. Codziennie  stawia parafkę po stronie tych, którzy nie strajkują. Codziennie musi się tłumaczyć.

– W którymś momencie historyk skrytykował mnie przy dzieciakach. Powiedziałem mu wtedy, co myślę o ZNP i jego historii z czasów PRL. Moja babcia była nauczycielką – kiedy odmówiła ściągnięcia krzyża ze ściany, dostała wilczy bilet. Podkreśliłem, że nie mam zamiaru współpracować z organizacją, która ma taką kartę.

Konsekwencje przychodzą szybko. Nauczyciele, z którymi był wcześniej na ty, mówią nagle per pan. Przestają odpowiadać na „dzień dobry”. Nie podają ręki. W pokoju nauczycielskim pojawiają się wiersze o łamistrajkach – o świniach olewających kolegów walczących o ich dobro.


Reklama

– Z perspektywy czasu – to był mobbing. Najzwyklejszy, podręcznikowy. Dyrektor zachował się porządnie. Ale to, co zrobili mi inni nauczyciele… To było moje pierwsze prawdziwe zderzenie z rzeczywistością. Byłem rok po studiach, byłem żółtodziobem. Ale teraz wiem, jak to nazwać.


Reklama

„Ostatni rok zostałem tylko dla nich”

Po roku mężczyzna przenosi się do dobrego krakowskiego liceum. Tu dyrekcja również jest w porządku. Przez cztery lata pracuje w dobrej atmosferze. Ostatni rok już tylko dlatego, że ma dwie klasy maturalne i po prostu nie chce ich zostawiać samych. Negocjuje z dyrektorem: „Wezmę te dwie klasy, ale nie chodzę na zebrania i rady pedagogiczne”.

Wiedziałem, że po ich maturze kończę swoją przygodę. Mam nadzieję, że do edukacji w systemie nie będę musiał nigdy wracać.

Co konkretnie się nie sprawdza? Mateusz wylicza spokojnie. Poziom nauczania systematycznie spada. Papierologia pożera „roboczodniówki”: dostosowania do dysleksji, dysgrafii, dyskalkulii wypełniane metodą kopiuj-wklej z akt poprzedniego ucznia. Bo w trzydziestoosobowej klasie inaczej się po prostu nie da.


Reklama

– Nie sposób dostosować stylu nauczania do każdego indywidualnie w ciągu 45 minut. To fizycznie niemożliwe. Ale papier musi być. I jest.


Reklama

Kłótnia o kolor włosów uczennicy

Były też tzw. godziny czarnkowe – obowiązkowe przesiadywanie nauczycieli w szkole po lekcjach, by być pozornie do dyspozycji rodziców i uczniów. Mateusz kłóci się z tą logiką. 

Który rodzic, siedzący w pracy do szesnastej, urwie się na spotkanie o trzynastej? A rady pedagogiczne? Ciągnące się po pięć godzin, żeby omówić statystyki, które nikomu do niczego nie są potrzebne, albo kłócić się o kolor włosów uczennicy. Absurd.

O wypaleniu zawodowym mówi jako o problemie prawdziwym i przemilczanym. 


Reklama

– Nauczyciele narzekają głośno na sprawdzanie klasówek i nadgodziny. Ale o tym, że przychodzą do pracy z obrzydzeniem do własnego zawodu – milczą. A to właśnie wypalenie powoduje, że uczeń przestaje być człowiekiem i staje się numerkiem w dzienniku. To jest jak rozwód – mówi Mateusz. – Podczas rozwodu najbardziej cierpią dzieci. Tutaj jest podobnie. To jest rozwód między systemem a nauczycielem, który ma go dość. A dzieciaki są pośrodku.


Reklama

 

Z uczniami radził sobie dobrze. Miał z nimi na tyle dobre relacje, że mogli rozmawiać o wszystkim – włącznie z jego depresją, z którą zmagał się od szesnastego roku życia. Przy tzw. Blue Monday zebrał klasę, usiadł z nastolatkami w kółku i zaczął od siebie.

Dziś Mateusz jest trenerem piłki nożnej i przygotowania motorycznego. Kontakt z dziećmi został. – Tylko że teraz na własnych zasadach. Bo system oświaty naprawdę jest do zaorania – puentuje.


Reklama

Rekordowa liczba emerytów

Dane Ministerstwa Edukacji Narodowej na dzień 25 listopada 2025 r. pokazują pogłębiające się braki kadrowe w szkołach. W latach 2015–2025 liczba nauczycielskich etatów wzrosła z 666 341 do 726 163, czyli o 59 822. 


Reklama

W tym samym czasie liczba zatrudnionych osób zwiększała się znacznie wolniej – z 679 815 do 710 578, czyli o 30 763. Oznacza to, że nie wszystkie wolne nauczycielskie etaty udaje się obsadzić.

O sytuację w polskich szkołach zapytaliśmy Związek Nauczycielstwa Polskiego.

– Od kilku lat obserwujemy wśród nauczycieli zjawisko rezygnacji z zawodu. Decydują się oni na odejście ze szkoły, a nowi nie przychodzą. To powoduje, że oprócz braków kadrowych mamy także najstarszych nauczycieli w Europie. Średni wiek nauczycieli klas 5–8 w Polsce to 48 lat. W Unii Europejskiej – 46 lat, a we wszystkich krajach – 44. Jedynie 4 proc. nauczycieli ma mniej niż 30 lat – podkreśla rzeczniczka związku, Magdalena Kaszulanis.


Reklama

Zwraca uwagę na rekordową liczbę emerytowanych nauczycieli – prawie 60 tys. z nich wciąż pracuje – oraz na dużą liczbę młodych pedagogów odchodzących z zawodu.


Reklama

– Wielu młodszych nauczycieli w Polsce deklaruje, że rozważa odejście z zawodu. Co trzecia osoba, która to zrobiła w ostatnich latach, miała mniej niż pięć lat stażu – dodaje rzeczniczka ZNP.

Kaszulanis wskazuje również przyczyny tego stanu rzeczy.

– Zarobki w oświacie wciąż są niskie. Jako powód podają także reformy niedostosowane do potrzeb, roszczeniowość rodziców, przerzucanie odpowiedzialności za wdrażanie zmian na nauczycieli bez zapewnienia zasobów i wsparcia, niedopasowanie wymagań systemowych do realiów codziennej pracy. Mówią o wciąż obniżającym się prestiżu zawodu.


Reklama

 


Reklama

„Jestem gdzieś pośrodku”

Anna Koczanowska jest nauczycielką od 15 lat. Uczy najmłodsze roczniki w małej szkole podstawowej na obrzeżach Warszawy, równolegle pracuje jako pedagog i terapeuta integracji sensorycznej w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Obecnie jest na urlopie dla poratowania zdrowia. Lekarz powiedział „stop”. Kobieta mówi o tym bez dramatyzmu, choć ze zdecydowaniem.

Nie wrócę do takiego trybu nauczania. Jestem gdzieś pośrodku. Waham się.

 


Reklama

Drogę zawodową zaczynała od interwencji kryzysowej – miejsca, do którego dzieci trafiają w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia. Kiedy po kilku latach przechodziła do szkoły, myślała, że będzie to oaza spokoju, że ze wszystkim sobie poradzi.


Reklama

– Okazało się, że nie. Warunki pracy są bardzo trudne. I to nie jest wina uczniów. Nie chciałabym też oskarżać rodziców – przecież dzieci są ich całym światem, więc chcą dla nich jak najlepiej. Powierzają córkę czy syna opiece nauczyciela, ale zdarza się, że nie są w stanie w pełni mu zaufać. Problem tkwi w systemie.

Bezpieczeństwo ponad wszystko

 

Anna opisuje klasę, którą przejęła: 25 uczniów, już na starcie dwa orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego wystawione jeszcze na etapie przedszkola. Bez pedagoga wspierającego, bo nikt nie chciał się tej pracy podjąć.


Reklama

– Połowa mojej pracy to zapewnienie bezpieczeństwa. To podstawa, jeszcze przed edukacją. Dopiero potem – nauka. I miałam na to te same 45 minut, co wszyscy.


Reklama

Liczba orzeczeń i opinii o specjalnych potrzebach edukacyjnych rośnie. Anna podkreśla, że wręcz wykładniczo.

 

Dziś niemal nie ma już klasy bez takiego ucznia. Edukacja włączająca – piękna w teorii – w przeludnionej klasie bez asystenta lub pedagoga współorganizującego proces kształcenia, z jednym nauczycielem od wszystkiego, bywa czystą fikcją.


Reklama

– Nauczyciel powinien zorganizować pracę na lekcji na bardzo różnych poziomach. Musi dopasować się do dzieci z trudnościami, a równocześnie interesująco prowadzić zajęcia dla reszty klasy. Warto byłoby również pomyśleć o dzieciach szczególnie zdolnych. Nie jest to absolutnie niemożliwe, ale graniczy z cudem, zwłaszcza kiedy w zespole klasowym są cztery orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego i trzy opinie o potrzebie objęcia pomocą psychologiczno-pedagogiczną.


Reklama

Spójrzmy na statystyki zgromadzone i opublikowane w marcu tego roku przez Roberta Górniaka z projektu Dealerzy Wiedzy. Nauczyciel przeanalizował dane dotyczące liczby uczniów z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego. Potwierdzają się słowa Anny. W roku szkolnym 2020/2021 było ich ok. 155 tys. Pięć lat później, w roku szkolnym 2025/2026 – ok. 295 tys. 

Niemal trzykrotnie wzrosła liczba uczniów z orzeczeniami związanymi z autyzmem i zespołem Aspergera (z prawie 50 tys. do ponad 143 tys.).

„Za każdą diagnozą idą konkretne zalecenia dla szkoły. […] Nauczyciel musi zapoznać się z orzeczeniem, uczestniczyć w stworzeniu planu postępowania z uczniem i pamiętać na lekcji, kto jakiego podejścia i jakich udogodnień potrzebuje” – napisał w swoim poście Górniak. 


Reklama


Reklama

Usłyszałam: „Ja nic nie muszę”

Reforma za reformą. Zakaz prac domowych – uchwalony nagle, bez refleksji nad tym, że części materiału nie da się przyswoić bez powtarzania poza szkołą. Cyfryzacja. Kolejne arkusze i sprawozdania. Szkolenia, które – jak zaznacza Anna Koczanowska – często nie odpowiadają na żadne realne potrzeby nauczycieli.

Kiedyś mój pierwszoklasista powiedział do mnie: „Ja nic nie muszę”. Nauczył się tego bardzo szybko. I to był sygnał. Jak zmotywować sześciolatka do wysiłku, jeśli odgórnie mówimy mu, że niczego nie wymagamy?

Rozmówczyni wspomina o wynagrodzeniach bez owijania w bawełnę. Początkujący nauczyciel co miesiąc otrzymuje niewiele ponad płacę minimalną. Uczniowie, którzy wychodzą ze szkoły i podejmują pierwsze zatrudnienie, zarabiają często więcej niż ich były wychowawca. Dlatego wielu – jak ona sama przez lata – łączy kilka prac jednocześnie.


Reklama

Gdyby pensja była odpowiednia, nauczyciel mógłby skupić się na jednej pracy. I jakościowo byłoby lepiej – tak jak w każdej sprawie. Trudno się dziwić, że młodych w zawodzie jest coraz mniej.


Reklama

 

Annę pytam, co sprawia, że jednak wciąż się waha i nie zdecydowała się odejść ze szkoły.

Kontakt z dziećmi, bycie świadkiem ich sukcesów. Tego nie daje żadna inna praca i tego nie da się wycenić. Ten belfer z człowieka nie wychodzi, nawet kiedy wszystko inne mówi: „Uciekaj!” Obserwuję moje koleżanki i kolegów, którzy zostają w tym zawodzie, i widzę, że to naprawdę wybitne, zaangażowane osoby. Mam do nich ogromny szacunek.


Reklama