Prawie 30 proc. chłopaków w wieku 15 lat nie uzyskało podstawowych kompetencji w zakresie choćby czytania ze zrozumieniem – mówi dr Marcin Kędzierski. Jego zdaniem przyszedł czas na gruntowną reformę edukacji. – Większość uczniów cierpi w szkole – ocenia. Dodaje, że cały system zaprojektowany jest z myślą „o elicie, która bierze udział w wyścigu o zdobycie wysokiej pozycji”.

Anna Wittenberg, Zero.pl: Podobno wszystko, co piszę o edukacji, nie ma sensu. Tak wynika z pana postów na X.
Dr Marcin Kędzierski: To nic osobistego. Wydaje mi się, że rozpowszechniło się już przekonanie, że polska szkoła od 250 lat funkcjonuje w oparciu o pruski model i że coś z tym modelem obecnie nie gra. I to jest także teza, którą pani prezentuje. Natomiast, żeby zrozumieć, co to dokładnie oznacza, że ten model nie działa, trzeba sobie jeszcze zadać dwa podstawowe pytania.
Jakie?
Po co nam edukacja i po co nam szkoła?
Odpowiedź na pierwsze brzmi…?
Chodzi o to, aby ustawić się w społeczeństwie. Edukacja to gra statusowa.
A jaśniej?
Współcześnie edukacja jest po to, żeby dziecko zdało egzamin, uzyskało dyplom i przepustkę do kolejnej dobrej szkoły, a później na kolejne dobre studia. A zatem zdanie egzaminu niekoniecznie musi oznaczać, że młody człowiek zdobywa jakieś konkretne kompetencje. Chodzi tylko o pozycjonowanie się. Nie chcemy tego przyznać wprost, więc tworzymy pewną fasadę.
To znaczy?
Mówimy, że szkoła jest od kształcenia kompetencji. Ale jeśli zapytać uczniów, czy faktycznie je nabywają i czy ktoś je weryfikuje, to odpowiedź byłaby raczej przecząca.
Cały ten system jest zaprojektowany z myślą o – nazwijmy to umownie – elicie, która bierze udział w wyścigu o zdobycie lub utrzymanie wysokiej pozycji w strukturze społecznej. Tymczasem jeśli spojrzymy na ostatnie badania PISA z 2022 r., to widzimy, że prawie 30 proc. chłopaków w wieku 15 lat nie uzyskało podstawowych kompetencji w zakresie choćby czytania ze zrozumieniem. To fundamentalny błąd systemu, bardzo kosztowny dla całego społeczeństwa.
Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego prywatyzacji sektora edukacji:
- Jak prywatyzuje się polska szkoła. Dekada wywróciła wszystko do góry nogami
- Wielkie zwijanie szkół. Albo placówki widma, albo likwidacja
- Nauczyciele odchodzą z pracy. „System oświaty jest do zaorania”
- Biorą publiczne pieniądze, pozbywają się problemów. Ciemna strona szkół niepublicznych
- Papierologia, kontrole i strach przed paragrafem, czyli jak wygląda polska szkoła
- 400 tys. dzieci w szkołach prywatnych. „To ucieczka przed Czarnkiem, Nowacką i reformami”
- „Czym skorupka nasiąka” w wersji dla rodziców. Nie dziwię się, że wybieramy szkoły prywatne
A drugie pytanie – po co jest szkoła?
Dziś? Głównie po to, aby przechowywać dzieci. Chodzi o to, żeby uczniowie spędzali tam dużo czasu, bo nie bardzo wiemy, co mamy z dziećmi i młodzieżą zrobić. Ona nawet nie jest potrzebna do tego, żeby dobrze zdać egzaminy, bo jeżeli rodzicom na tym zależy, to i tak inwestują w korepetycje.
Brzmi obrazoburczo. Chociaż z drugiej strony może wszyscy intuicyjnie to rozumieją od czasu strajku nauczycieli, kiedy nagle zabrakło opieki zapewnianej przez szkołę.
Wydaje mi się, że dokładnie z tego powodu niespecjalnie martwi nas, że szkolna edukacja jest średnio efektywna. Gdybyśmy zwiększyli efektywność kształcenia lub odchudzili podstawy i dzieci spędzałyby w placówkach nie 40, ale 20 godzin w tygodniu, to coś z nimi przez te zaoszczędzone 20 godzin trzeba byłoby zrobić. A na to nie mamy pomysłu. Tym samym jednak przeciążamy uczniów ponad miarę, co razem z presją egzaminacyjną tworzy zabójczy koktajl, zwłaszcza w okresie nastoletnim. Efekty znamy – co czwarty młody w Polsce mierzy się z problemami psychicznymi.
Gen. Gielerak: Demografia i zdrowie młodych rozbrajają Polskę
Jak w takim razie edukacja powinna wyglądać?
Powinna realizować trzy cele. Po pierwsze: umożliwiać młodemu człowiekowi integralny rozwój – intelektualny, psychiczny, fizyczny, emocjonalny, społeczny, a nawet duchowy. Po drugie: wydobywać z każdego człowieka maksimum jego możliwości, bo każdy z nas jest wyjątkowy i ma unikatowy talent, który jednak trzeba odkryć i rozwinąć. I po trzecie, powinna przygotowywać do dorosłego, prawdziwego życia.
Współcześnie szkoła kształci w bardzo wąskim zakresie. Tylko jeżeli ktoś ma określone predyspozycje do umownie nazwanego przygotowania akademickiego, a to mniejszość, to się w tym modelu odnajdzie.
Czyli większość uczniów cierpi w szkole?
Tak, myślę, że większość uczniów cierpi w szkole, bo szkoła nie kształci, czy nie rozwija tych predyspozycji, tych zdolności, tych talentów, którymi oni dysponują. Mówię o osobach, które mają duszę artystyczną, kompetencje menedżerskie, wysoką kreatywność, zdolności opiekuńcze czy predyspozycje sportowe. Te osoby nie odnajdują się, bo muszą wpisać się w pewien bardzo sztywny schemat.
A sama szkoła? Po co powinna nam być?
Szkoła jest chyba ostatnią instytucją, która może budować społeczeństwo ponad podziałami. Z jednej strony powinna więc wprowadzać młodych do społeczeństwa dorosłych, z drugiej – integrować i wspomagać także osoby dorosłe, zwłaszcza seniorów. Sprawiać, by różni ludzie z różnych baniek i pokoleń mogli się od siebie wzajemnie czegoś uczyć, być takim lokalnym centrum rozwoju cywilizacyjnego. Dzisiaj jest głównie gettem dla dzieci i młodzieży.
Tylko jak to ułożyć? Kiedy budowano pruski model, kształcenia powszechnego nie było wcale. Dziś mamy system, w którym jest wiele interesów. Ciężko to zburzyć i zbudować od zera.
Ta rewolucja się w jakimś sensie dokona niezależnie od tego, czy tego będziemy chcieli, czy nie. Wynika to z bardzo prostego faktu: obecny model edukacji oparty na systemie klasowo-lekcyjnym przestanie być możliwy do realizacji ze względu na demografię. To demografia umebluje nam przyszłość.
Z jednej strony chodzi mi o samych nauczycieli – przeciętny nauczyciel w Polsce to 50-letnia kobieta. W perspektywie najbliższych pięciu lat zaczniemy więc mieć radykalne problemy z zapewnieniem kadry, bo te osoby będą przechodzić na emeryturę. Z drugiej strony, w obliczu niżu demograficznego, wiele szkół będzie musiało zostać zamkniętych lub radykalnie się zmienić.
Ktoś to w ogóle dostrzega?
Zdziwię panią – tak. W ostatniej nowelizacji prawa oświatowego znalazła się furtka, która pozwala na przekształcanie szkół w centra aktywności lokalnych. Na razie twór ten nie jest jeszcze wypełniony zbyt mocno treścią, dlatego to wielka szansa, by – zwłaszcza w tych najmniejszych miejscowościach – stworzyć przestrzenie, w których dzieci nie będą poszatkowane w logice zajęć z określonych przedmiotów, realizowanych w grupach czysto rówieśniczych, ale będą właśnie mogły się uczyć w ramach wspólnot edukacyjnych. Nauczyciel będzie wówczas bardziej mentorem, przewodnikiem, a nie wykładowcą.
Barbara Nowacka ostrzega samorządy. „Tak nie wolno likwidować szkół”
To tym ważniejsze, że model wykładowy, w którym funkcjonują szkoły, już nie ma specjalnego sensu w dobie rewolucji technologicznej. Wiedza jest darmowa, informacji jest nawet za dużo. Potrzebujemy przewodników, którzy będą nas w tej rzeczywistości nawigować.
Tam, gdzie będzie łebski włodarz gminy, powstaną takie centra. W innym przypadku placówka zostanie zlikwidowana.
To prawda, dlatego ja myślę tutaj dwutorowo. Na początku musimy zburzyć przekonanie, że szkoła musi funkcjonować jak kiedyś. Zmiana zaczyna się od rewizji sposobu, w jaki myślimy. To w dużym stopniu udało się w ekonomii, dziś już nie myślimy jak dawniej, że liberalizacja czy deregulacja są rozwiązaniem wszystkich problemów i szansą na rozwój dla wszystkich części świata. To zadanie dla ekspertów i mediów.
Równolegle, jeżeli w kilkudziesięciu, a może nawet kilkuset gminach uda się urządzić szkoły po nowemu, pokazać, że to możliwe, później będzie można te rozwiązania modyfikować, poprawiać i skalować. Tu niezwykle ważną rolę odegrają dyrektorzy szkół. Powinniśmy zainwestować w prawdziwe przywództwo edukacyjne. Jesteśmy trochę na wojnie, a dobremu dowódcy łatwiej przeprowadzić swoich ludzi przez zawieruchę. Widzę to doskonale w badaniach, które prowadzę od paru lat – w tych samych uwarunkowaniach są szkoły, które radzą sobie świetnie, ale są i takie, w których nie dzieje się w zasadzie nic. Różnicę robi dyrektor.
Pozostaje pytanie, co wtedy z egzaminami? Na koniec tego procesu i tak spotykamy się z testem, który zdają uczniowie.
Jeśli całą rozmowę o edukacji sprowadzimy do egzaminów, to utkniemy w przekonaniu, że szkoła istnieje wyłącznie po to, by zdobyć dyplom. Wrócę do początku – egzaminy w praktyce nie są dziś po to, żeby czegoś nauczyć czy realnie zweryfikować efekty kształcenia, tylko żeby selekcjonować uczniów, żeby część mogła dostać się do lepszych szkół, a część trafiła do gorszych. Ważniejsze jest to, czy uczeń zdobędzie więcej punktów od koleżanek i kolegów, a nie to, czy faktycznie czegoś się nauczył. Gra o status, nic więcej.
Dlatego może lepiej zastanówmy się, co zrobić, aby jak najmniej szkół było słabych i tak naprawdę nie miało to znaczenia, czy dziecko dostanie się do szkoły A, czy do szkoły B. Obecnie najgorsze jest to, że dzieci z tych słabszych szkół, szczególnie w mniejszych ośrodkach, w zasadzie są skazane na porażkę w systemie od samego początku. O ile oczywiście nie mają rodziców z wysokim kapitałem społecznym, kulturowym i finansowym.
Ok, wyobraźmy sobie, że szkoła się zmienia, uczniowie zyskują przestrzeń do rozwoju swojego potencjału. A potem i tak dostają wymagania rekrutacyjne w firmach, w których pierwszym punktem jest wyższe wykształcenie.
To jest prawda w coraz mniejszym stopniu. Zwłaszcza w sektorze prywatnym przedsiębiorcy coraz częściej weryfikują kompetencje, a nie dyplom. Ba, nawet więcej – zakładają, że absolwent nie za wiele umie i tak trzeba go wszystkiego nauczyć. Wydaje mi się, że w ciągu najbliższych pięciu czy dziesięciu lat ten trend będzie coraz bardziej powszechny, więc to już samo w sobie nam zakwestionuje logikę niezbędnego wyższego wykształcenia.
Mam dzieci na początku drogi edukacyjnej. W takim układzie powinnam zrobić zakład sama ze sobą, że studia wyższe nie są im potrzebne i odpuścić wspieranie ich w wyścigu o dobre liceum i tak dalej?
Odpowiem prywatnie. Wychowuję szóstkę dzieci, są one na etapie szkoły podstawowej i przedszkola. Jestem nauczycielem akademickim, a sam nie mam przekonania, że one pójdą na studia, i że w ogóle muszą iść na studia.
Czyli pan już taki zakład zrobił ze sobą?
Tak. Tym bardziej że wiem, jak wyglądają uczelnie, więc jest mi łatwiej.
Tylko co model, o którym pan mówi, ma do zaproponowania tej większości dzieci, które nie mają typowo akademickich zdolności i zainteresowań?
Z powodu zapaści demograficznej nie możemy sobie pozwolić na to, żeby jakieś dziecko zostało wypchnięte z tego systemu i nie funkcjonowało efektywnie w społeczeństwie. Trwanie w modelu, w którym tworzymy rozwiązania pod elitę, a lekką ręką pozbawiamy szans edukacyjnych 30 proc. populacji, jest nie do utrzymania.
Trzeba pomyśleć o szkole jako o przestrzeni edukacyjnej, która nie kończy się w wieku 15 czy 18 lat, tylko jest miejscem, gdzie możemy się uczyć aż do wieku emerytalnego. I nawet jeśli jakiejś kompetencji nie nabyliśmy w wieku 10 lat, to możemy wrócić i ją nabyć, mając lat 30 czy 50. Bo umiejętność uczenia się to najważniejsza kompetencja. Zresztą to jest istota problemu z zadaniami domowymi – obecnie są one bez większego sensu, bo szkoła nie uczy dzieci, w jaki sposób mają się samodzielnie uczyć. Zmiana, o której mówię, uda się jednak tylko wtedy, kiedy będziemy mieć dobrze przygotowanych do tego nauczycieli. Do tego trzeba jednak zmiany modelu ich kształcenia i finansowania, żeby do zawodu przyciągać najlepszych, a nie tych, którym się nigdzie indziej nie udało.
To mało konkretna wizja. Spróbujmy więc inaczej: zostaje pan dziś ministrem edukacji. I co pan robi?
Przede wszystkim zachęcam do tworzenia tych lokalnych eksperymentów i sprawdzam, jak te eksperymenty działają, czy się sprawdzają, co w nich można poprawić, żeby działały lepiej. Kolekcjonuję te dobre praktyki i staram się je skalować.
Druga rzecz: zachęcam uczelnie pedagogiczne do zmiany modelu kształcenia nauczycieli. Jednocześnie zmieniam system finansowania, tworząc specjalną ścieżkę dla tych nauczycieli, którzy chcieliby przeprowadzić ze mną zmianę.
Czyli: wdrażasz mój program i wtedy dostajesz podwyżkę. A jak nie, to…?
Dodajmy – solidną podwyżkę, bo przechodzenie nauczycieli na emeryturę będzie uwalniać coraz więcej środków. W praktyce przekaz mógłby wyglądać tak: Zapraszam wszystkich do przygody, ale jeśli nie masz siły albo ochoty, możesz dotrwać do emerytury w oparciu o stare wzorce finansowania, czyli stawki, za które uczyłeś do tej pory. Zakładam, że część nauczycieli wskoczyłoby na ten pokład zmian od razu, część po roku czy dwóch. Pewnie byłaby część, która chciałaby zostać na starych zasadach. To w porządku. Nie ma cudownych rozwiązań, nie da się wszystkiego zmienić od razu. Nigdy jeden rozmiar nie pasuje dla wszystkich. Reforma edukacji musi trwać latami. Nie potrzebujemy wielkich, odgórnych, rewolucyjnych zmian. Wystarczy spojrzeć na koszty i fatalne skutki likwidacji gimnazjów.
I co będzie miernikiem sukcesu dla Marcina Kędzierskiego, ministra edukacji?
To pytanie kryje pułapkę. Zdaję sobie sprawę, że politycy muszą mieć pewne kamienie milowe, żeby móc się pochwalić wyborcom. Natomiast w edukacji sukcesy nie przychodzą po roku czy dwóch. Efekty widzimy w perspektywie dekad.
Ale jeżeli miałbym coś wskazać, miarą sukcesu byłoby dla mnie to, że w skali kraju nie zamkną się zwłaszcza małe szkoły, że dzieci nie będą musiały być dowożone kilkadziesiąt kilometrów do najbliższej placówki. Po drugie, że w kolejnym badaniu PISA odsetek uczniów, którzy nie uzyskują tych bazowych kompetencji, spadnie poniżej 15 proc. Po trzecie wreszcie, że polscy uczniowie przestaną odczuwać lęk przed szkołą, bo tu jesteśmy w światowej czołówce. Zróbmy szkołę, w której chce się żyć pełnią życia, a nie taką, w której wszyscy myślą wyłącznie o przetrwaniu.
**
Marcin Kędzierski – doktor nauk ekonomicznych, adiunkt w Katedrze Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Członek Polskiej Sieci Ekonomii. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz były dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec szóstki dzieci.
