Reklama
Reklama
Reklama

Polska walczy w Brukseli, stawką bloki węglowe. „Gwarant naszego bezpieczeństwa”

TYLKO NA
Na pożegnanie z elektrowniami węglowymi jeszcze poczekamy
Na pożegnanie z elektrowniami węglowymi jeszcze poczekamy (fot. Artur Barbarowski, Karol Porwich / East News / Zero.pl)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

To już pewne. Stare bloki węglowe będą w Polsce potrzebne dłużej. – To nie tylko gwarant naszego bezpieczeństwa, ale i element stabilizacji regionu – mówi Zero.pl Robert Tomaszewski, dyrektor Departamentu Strategii w Polskich Sieciach Elektroenergetycznych. Obecnie walczymy w KE o kontynuację wsparcia dla tych jednostek. – Brukseli nie zależy na wystąpieniu blackoutu w Polsce – słyszymy.

  • Polska walczy o zgodę Komisji Europejskiej na dalsze wspieranie energetyki węglowej.
  • Choć stare bloki o mocy 200 MW są mocno wysłużone, nie pójdą jeszcze na emeryturę. Chodzi o wyeliminowanie ryzyka blackoutu.
  • – Będziemy szukali kompromisu zapewniającego bezpieczeństwo – mówi Zero.pl Robert Tomaszewski z Polskich Sieci Elektroenergetycznych.

Przedstawiciele rządu i operatora głośno mówią o konieczności przedłużenia stabilizującej roli mocy węglowych w krajowej energetyce. Dotyczy to nawet starych bloków o mocy 200 MW, zbudowanych jeszcze za Gierka. Choć są w coraz gorszej kondycji, będziemy na nich polegać jeszcze parę lat.

Lukę w systemie wypełnia węgiel

W systemie jest bowiem luka. Opóźniły się inwestycje w bloki gazowe, które miały być oddane w 2026 r. Chodzi m.in. o elektrownię Orlenu w Ostrołęce czy blok gazowo-parowy grupy ZE PAK powstający na terenie wyburzonej elektrowni węglowej Adamów.

Szkopuł w tym, że mechanizm wsparcia finansowego z tzw. rynku mocy dla bloków węglowych niespełniających standardów emisyjności UE (limit 550 g CO2/kWh) wygasa z końcem 2028 r. To dlatego rząd i PSE walczą w Brukseli o jego wydłużenie.

Reklama
Reklama

– My tę moc z jednostek węglowych o mocy 200 MW wykorzystujemy nie tylko na własne potrzeby, ale też sporo eksportujemy ze względu na sytuację bilansową w Europie – mówi Zero.pl Robert Tomaszewski, dyrektor Departamentu Strategii w PSE. – To nie tylko gwarant naszego bezpieczeństwa, ale i element stabilizacji regionu.

Kiedy po odcięciu dostaw katarskiego LNG ceny gazu w Europie skoczyły, część zagranicznych odbiorców zaczęła importować prąd z Polski: energia z węgla była tańsza niż ta z gazu, i to mimo kosztów uprawnień do emisji CO2.

Rząd przeprosi się z węglem? Padły ważne słowa o bezpieczeństwie Polski

– Komisja Europejska ma tego świadomość, bo rozmawiamy o specyfice naszego systemu od lat – zapewnia Tomaszewski. – Kluczowe będzie wykazanie w analizach, jaka baza bloków węglowych jest nam niezbędna, i znalezienie rozwiązania, które zapewni jej odpowiednie wynagrodzenie z mechanizmu wsparcia. W te rozmowy zaangażowane jest Ministerstwo Energii. Brukseli nie zależy przecież na wystąpieniu blackoutu w Polsce, a my musimy mieć narzędzia, by bronić stabilności systemu.

W ostatnich miesiącach węgiel łagodził skutki kryzysu gazowego wywołanego blokadą cieśniny Ormuz. Według PSE, w lipcu produkcja energii z węgla kamiennego wzrosła rok do roku o 6 proc., a w sierpniu aż o 20,7 proc. Od stycznia do sierpnia elektrownie węglowe wyprodukowały 48,1 TWh, więcej o 10,6 proc. rok do roku.

Reklama
Reklama

Jak zamiary Polski mają się do unijnej polityki klimatycznej, zobowiązującej nas do dekarbonizacji? Przedstawiciel PSE podkreśla, że kluczowe jest przede wszystkim to, by prądu nie zabrakło.

– Dopóki nie będziemy mieli elektrowni jądrowych, gazowych i wielkoskalowych magazynów na poziomie dającym komfort decyzyjny, będziemy szukali kompromisu zapewniającego bezpieczeństwo – mówi Robert Tomaszewski.

Jaki mechanizm wsparcia dla węgla?

Kształt tego kompromisu dopiero się wykluwa. Rynek mocy, który ma zapewniać stabilność systemu w okresach szczytowego popytu na prąd, polega na tym, że wytwórcy energii są „wynagradzani” za samą gotowość do jej dostarczania. Muszą więc utrzymywać swoje jednostki w gotowości.

Jak to działa, można było zobaczyć w sierpniu, kiedy PSE – z powodu wysokiego zapotrzebowania na prąd spowodowanego upałami – dwukrotnie ogłaszały okresy tzw. przywołania na rynku mocy. Czy ten mechanizm będzie przedłużony?

– To decyzja na poziomie regulacyjnym – mówi Robert Tomaszewski. – Na naszym rynku mocy z 2017 r. wzorują się dziś inne państwa europejskie. To, że byliśmy pionierami tego rynku, pozwala nam rozmawiać z Komisją Europejską na innych warunkach. Przewidzieliśmy problem bilansowy i znaleźliśmy narzędzie. Pytanie, czy przy rosnącej roli magazynów, gazu i OZE ta konstrukcja będzie kopiowalna na kolejne lata? To temat do ustaleń między rządem a Komisją, w czym jako operator pomagamy.

Reklama
Reklama

W ocenie przedstawiciela PSE na tę chwilę mechanizm wynagradzania za gotowość do dostarczenia mocy jest „absolutnie konieczny”.

– Chcieliśmy wprowadzić koszyki technologiczne i różnicować to wynagrodzenie już prawie 10 lat temu, ale wtedy się nie udało. Dziś, bogatsi o te doświadczenia, uważamy, że powrót do koszyków jest właściwy. Podobne rozróżnienia wdrażają już Francja czy Niemcy, a KE się na nie zgadza. Rynek mocy powinien więc trwać, ale w sposób wydobywający z każdej technologii to, co najlepsze.

Kryzys na rynku LNG zrewidował też podejście do gazu jako paliwa przejściowego na drodze od węgla do atomu. Polska rozbudowuje źródła gazowe, ale, jak przekonuje Robert Tomaszewski, „nie robimy tego po to, by zużywać miliardy metrów sześciennych drogiego gazu”.

– Kryzysy energetyczne będą się powtarzać w kolejnych odcinkach tego geopolitycznego serialu – zauważa. – Gaz ma być narzędziem obrony, z którego chcemy korzystać jak najmniej: tylko wtedy, gdy inne źródła zawiodą. Pragmatyzm w transformacji oznacza dywersyfikację. Im więcej koszyków, w które włożymy jajka, tym lepiej. Przez lata mieliśmy wszystkie jajka w jednym koszyku węglowym. Teraz rozkładamy je tak, by w razie wywrócenia jednego, reszta nas ratowała.

Reklama
Reklama

Przyszłość węgla

A jaka przyszłość czeka polski węgiel w dalszej perspektywie? – Jestem w stanie wyobrazić sobie, że nawet w latach 40. część węglowych bloków będzie istnieć, ale już nie na rynku komercyjnym – odpowiada Robert Tomaszewski. – Nie będą sprzedawać energii jak dziś, będą przywoływane tylko w momentach zagrożenia bilansu.

– Jaworzno, Opole, Kozienice, czy najnowszy blok w Turowie mają szansę na utrzymanie się dłużej – wylicza. – Potem mogą przejść na stronę usług systemowych albo ustąpić miejsca nowym źródłom, które przyłączą się w tej samej lokalizacji. Będziemy tę infrastrukturę maksymalnie zagospodarowywać, tak żeby dalej działała dla bezpieczeństwa systemowego.

Zdaniem Tomaszewskiego, „jakiś węgiel pod względem mocy zainstalowanej w systemie przetrwa, jako zimna lub strategiczna rezerwa”. – Popyt na energię będzie rósł przez szybką elektryfikację centrów danych, transportu, ciepłownictwa i przemysłu. Będziemy potrzebować dziesiątek dodatkowych terawatogodzin. Dlatego najnowocześniejsze bloki węglowe, które posiadamy, najprawdopodobniej dalej będą stały w gotowości.

A co ze starymi blokami? Czy będziemy je modernizować, by spełniały unijne normy emisyjności? I czy jeszcze potrafimy to robić po upadłości spółki Rafako, która w takich inwestycjach się specjalizowała?

Reklama
Reklama

– Przy części bloków takie prace mogą okazać się niezbędne, by przedłużyć ich życie, ale nie mówimy tu o perspektywie dekad, lecz najwyżej kilku lat – ocenia Robert Tomaszewski. – Chodzi o utrzymanie bezpieczeństwa, a nie podtrzymywanie technologii, która jest schodząca. Technologii węglowych nie będziemy już rozwijać, bo nie dają takich efektów jak elektrownie jądrowe czy odnawialne. Mają one niższe koszty operacyjne, są lepiej rozwinięte i dają większą stabilność bez uzależniania się od paliwa, którego nie mamy już skąd wydobywać w takich ilościach.

Pożegnanie z węglem odłożone. Rząd zmienia kurs, patrzy na wschód Polski

Rozmowy o wydłużeniu wsparcia dla bloków węglowych wchodzą w kluczową fazę. Nowa ustawa o rynku mocy powinna zostać przyjęta przez rząd do końca 2026 r.

– Liczymy na to, że Bruksela wykaże się elastycznością i nie postawi nas w trudnej sytuacji bilansowej, która mogłaby skutkować pojawieniem się dziury mocowej w 2030 r. i później. Zakładałbym tutaj dobrą wolę i uzgodnienie strategicznego rozwiązania – podsumowuje Robert Tomaszewski.

Reklama
Reklama