
– Od kiedy przyszedłem do ministerstwa, dość jednoznacznie podkreślam, że nie ma takiego scenariusza, w którym węgla w polskim miksie energetycznym miałoby nie być – mówi Wojciech Balczun. Minister aktywów państwowych w wywiadzie dla Zero.pl ocenia, że „czas naiwności się skończył”, a dawne dogmaty „legły w gruzach w świetle obecnych zagrożeń”. To właśnie z perspektywy zmieniającego się świata MAP patrzy dziś na spółki kluczowe dla bezpieczeństwa Polski – Orlen, JSW, Pocztę Polską i banki.
- – Węgiel musi pozostać częścią miksu energetycznego – mówi Wojciech Balczun, minister aktywów państwowych, w wywiadzie dla Zero.pl. Zarazem podkreśla, że restrukturyzacja górnictwa jest konieczna.
- Szef MAP wskazuje na możliwości zwiększenia potencjału wydobywczego Bogdanki. Wyraża też nadzieję, że to polskie kopalnie będą w największym stopniu zaopatrywać krajową energetykę i ciepłownictwo.
- Minister liczy na poprawę sytuacji w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. – Światowe kryzysy w łańcuchach dostaw podnoszą ceny węgla i JSW to odczuje – zapowiada.
- Rząd jest gotowy na „zdecydowany dialog z Brukselą” w sprawie przedłużenia wsparcia z rynku mocy dla bloków węglowych klasy 200 MW – zapewnia Wojciech Balczun.
- – Głęboko wierzę, że winni wcześniej czy później zostaną osądzeni – tak minister komentuje sprawę OTS, spółki zależnej Orlenu, która straciła miliony dolarów zaliczek na ropę z Wenezueli.
- – Bardzo zależy mi na tym, aby Poczta Polska przejęła Orlen Paczkę – przyznaje, dodając, że rozmowy na temat pozyskania finansowania przebiegają pomyślnie.
- Wojciech Balczun mówi nam także m.in. o próbach przecięcia impasu w kwestii budowy „małego atomu” przez Orlen Synthos Green Energy, zmianach w akcjonariacie Polskiej Grupy Zbrojeniowej i Ukrainie jako naturalnym kierunku ekspansji dla polskich firm.
Katarzyna Dybińska, Zero.pl: Panie ministrze, mam wrażenie, że wojna na Bliskim Wschodzie wpłynęła na stosunek pana i innych rządowych decydentów do węgla. Będzie rewizja umowy społecznej i harmonogramu zamykania kopalń?
Wojciech Balczun, minister aktywów państwowych: Ta rewizja już nastąpiła w praktyce i wszystkie strony mają tego świadomość. Umowa społeczna została swego czasu podpisana z horyzontem obowiązywania do 2049 r., ale te procesy wygaszania kopalń po prostu samoistnie przyspieszyły w ubiegłych latach. Chodzi m.in. o kopalnię Bobrek. Wiemy to w ministerstwie i wiedzą to przedstawiciele związków zawodowych, z którymi mam kontakt prawie codziennie.
Zbliżamy się do czerwonej linii. Jeśli rząd zaciśnie pasa, odczujemy to w portfelach
To ja zacytuję pańskie słowa z ubiegłego tygodnia, które padły na Targach Górnictwa Przyszłości: „Bezpieczeństwo energetyczne Polski musi uwzględniać komponent węglowy, a ten rok pokazał, że ten komponent musi być czy też ma szansę być większy, niż się spodziewaliśmy”.
Tu dochodzimy do roli węgla w polskim miksie energetycznym. Od kiedy przyszedłem do ministerstwa, dość jednoznacznie podkreślam, że nie ma takiego scenariusza, w którym tego węgla w tym miksie miałoby nie być. To jest tylko kwestia tego, ile go ma być – i jak ma być wydobywany, to znaczy: jak mają funkcjonować spółki węglowe i które kopalnie mają docelowo funkcjonować w systemie, a które, zgodnie z umową społeczną i planem zmniejszania skali górnictwa w Polsce, będą zlikwidowane.
To, jak bardzo rozchwiany jest teraz świat, rewiduje w sposób naturalny nasze założenia i nie możemy od tego abstrahować. Tocząca się obecnie dyskusja o systemie ETS czy o niezależności gospodarczej, surowcowej i kompetencyjnej Unii Europejskiej jest efektem tego, że uświadomiliśmy sobie, iż ten powszechny dobrobyt wynikający z globalizacji jest w jakimś stopniu iluzją, a gospodarka to narzędzie w rękach mocarstw, które walczą o dominację. Pokazuje to aktualna sytuacja na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza w cieśninie Ormuz, czy niedawny atak na rurociąg Wschód–Zachód będący alternatywą dla przesyłu ropy w kierunku Morza Czerwonego, ale nie tylko to. Ta batalia przybiera różne, często brutalne formy. Pokazuje to agresja Rosji na Ukrainę, będąca próbą odbudowy jej imperialnych ambicji i bezpośrednim zagrożeniem dla całej Unii Europejskiej.
Jak się zdaje, mamy do czynienia z próbą stworzenia nowego porządku geopolitycznego świata i dla Unii Europejskiej to ostatni moment na reakcję. Był czas, gdy Unia uznała, że będziemy się zazieleniali, korzystając jednocześnie z nieograniczonego i bezpiecznego dostępu do potrzebnych nam surowców i produktów. Dziś refleksja nad takim sposobem myślenia jest już dosyć powszechna.
To widać – coraz częściej mówi się o konieczności ochrony krajowych spółek strategicznych. Jak z tej perspektywy patrzy pan na przyszłość polskiego przemysłu i zaplecza surowcowego?
Przede wszystkim przez pryzmat bezpieczeństwa. Nieprzypadkowo ratujemy Grupę Azoty, gdyż wiemy, że jest ona jednym z kluczowych elementów bezpieczeństwa żywnościowego nie tylko Polski, ale całej Unii Europejskiej. Lista europejskich zakładów produkujących nawozy jest przecież bardzo krótka. Są na niej nasze Azoty, czeski Agrofert, norweski Yara International – a mówimy o fundamentalnej suwerenności, jaką jest suwerenność produkcji rolniczej.
Kolejna istotna dla nas kwestia to polski węgiel koksujący. Przyszłość tego surowca wiąże się bezpośrednio z sektorem hutniczym i stalowym oraz bezpieczeństwem strategicznego łańcucha dostaw. Myśląc o miedzi, spoglądamy w kierunku Amerykanów, którzy wpisali ją na listę surowców strategicznych. Musimy bronić naszych kompetencji w tej dziedzinie, a tu akurat mamy bardzo dużo do powiedzenia, bo KGHM jest absolutnym liderem w produkcji miedzi w Europie. Tak pojęte bezpieczeństwo to nasz własny interes.
I tu, po tym szerokim łuku, wracam do węgla. Analizując sytuację spółek górniczych w dialogu ze stroną społeczną, uważam, że węgiel musi pozostać częścią miksu energetycznego. Najprawdopodobniej będzie go więcej niż niektórzy wieszczyli parę lat temu – OZE, atom i gaz nie zastąpią go całkowicie. Zwłaszcza sytuacja na rynku gazu pokazuje, że nie możemy się całkowicie od niego uzależnić.
To nie zatrzymuje procesów inwestycyjnych – czeka nas dekada z bilionem złotych na energetykę. Równocześnie chcemy jednak ustabilizować górnictwo i przywrócić balans między nim a energetyką: górnictwo zostało z problemami i koniecznością restrukturyzacji, podczas gdy energetyka zyskała. Ten proces stabilizacji górnictwa realizujemy w dialogu z Komisją Europejską. Materia jest skomplikowana, ale jestem umiarkowanym optymistą. Górnictwo musi się zrestrukturyzować, bo pod względem kosztów wydobycia nasz węgiel jest najdroższy na świecie. Ale ten węgiel będzie, bo to nasze bezpieczeństwo.
Czy ten plan na rzecz bezpieczeństwa energetycznego nie powinien śmielej uwzględniać Lubelskiego Zagłębia Węglowego, może nawet otwierania tam nowych kopalń? Warunki geologiczne są tam dosyć sprzyjające, co widać w wynikach Bogdanki.
Naszym priorytetem jest ustabilizowanie sytuacji Bogdanki. Zawieranie aneksów i kontraktowanie węgla po stawkach niższych od poziomów wynegocjowanych pod koniec 2022 r. na 2023 r. doprowadziło do perturbacji finansowych i zwiastuje potencjalne kłopoty płynnościowe, stąd też kluczowym zadaniem jest poprawa rentowności sprzedaży.
Ale, faktycznie – niespełna dwa tygodnie temu rozmawiałem z prezesem Bogdanki i prezesami innych spółek górniczych i wniosek z tych rozmów jest taki, że Bogdanka ma naprawdę duży potencjał, jeśli chodzi o zwiększenie wydobycia. Jeśli szukalibyśmy najprostszych do uruchomienia rezerw – i najbardziej optymalnych z punktu widzenia kosztów wydobycia – to Bogdanka jest na pierwszym miejscu. Oczywiście, pamiętajmy, że budowa nowego szybu oznacza zawsze bardzo duże koszty i wymaga czasu.
Chociaż dużo mówimy o roku 2049 jako dacie wygaszenia górnictwa węgla energetycznego, to znacznie bliższym i ważniejszym horyzontem wydaje się jednak rok 2028, kiedy wygasa rynek mocy dla starych bloków energetycznych klasy 200 MW. Tymczasem to one wciąż stabilizują nasz system energetyczny i chronią przed blackoutem. Jak przebiega dialog z Komisją Europejską w sprawie przedłużenia dla nich wsparcia?
Stanowisko Ministerstwa Aktywów Państwowych jest tutaj jasne: najważniejsze to nie wylać dziecka z kąpielą. Jak już powiedziałem, świadomość Komisji Europejskiej się zmienia, co pozwala nam myśleć bardziej pragmatycznie i we własnym interesie. Nie wiem, jakie decyzje ostatecznie zapadną, ale sam fakt, że o znaczeniu bloków 200 MW dla stabilności systemu mówią dziś prezesi spółek energetycznych – a przecież jeszcze niedawno hasło likwidacji tych jednostek było na sztandarach – dowodzi zmiany percepcji. Jesteśmy gotowi na zdecydowany dialog z Brukselą. W świetle obecnych zagrożeń geopolitycznych i przemian w skali tak globalnej, jak i europejskiej, dysponujemy naprawdę mocnymi argumentami.
Czas na organizację aukcji mocowej na 2031 r. kurczy się – jeśli przyjąć, że aukcja główna miałaby odbyć się według dotychczasowego modelu, a więc w grudniu tego roku. Jak widać, już jesteśmy spóźnieni, a młyny Komisji Europejskiej mielą powoli. Czy realny jest scenariusz, w którym na początku kolejnej dekady stabilność dostaw energii będzie zagrożona?
Nie dopuszczam takiej myśli. Chcę przez to powiedzieć, że jesteśmy w stanie podjąć takie kroki, żeby działać w interesie polskiej gospodarki i naszego systemu, bo na destabilizację systemu elektroenergetycznego nie możemy sobie pozwolić. Jako menedżer i przedsiębiorca doskonale rozumiem, jak kluczowe są koszty energii, ciągłość jej dostaw i unikanie blackoutów. O tych wyzwaniach dyskutujemy na najwyższym szczeblu: rozmawiałem o tym nawet w tym tygodniu z ministrem energii. Spotykamy się też w szerszym gronie, m.in. z prezesami Urzędu Regulacji Energetyki i Polskich Sieci Elektroenergetycznych, analizując także kwestie dotąd pomijane. Stabilność systemu jest absolutnym priorytetem. Jesteśmy gotowi podjąć to wyzwanie, nawet jeśli będzie ono wymagało trudnych rozmów lub poniesienia konsekwencji ze strony Komisji Europejskiej.
À propos prezesa PSE Grzegorza Onichimowskiego – na niedawnym Energy Day w Brukseli wypowiedział on znamienne słowa: „Nie możemy sobie pozwolić na utratę kolejnych megawatów, czy będą z węgla, czy czegokolwiek innego. Musimy je mieć, by uniknąć blackoutu, bo wtedy władzę przejmą populiści. Nie możemy z tego zrezygnować w imię polityki, która udaje religię. ETS zjada swój ogon”. Czy podpisałby się pan pod taką wypowiedzią?
Uważam, że wypowiedź prezesa Onichimowskiego to efekt naszych bieżących dyskusji. Są one merytoryczne, propaństwowe i absolutnie pragmatyczne, bo czas naiwności się skończył. Dawne, wyniesione na piedestał dogmaty legły w gruzach w świetle obecnych zagrożeń. Kto kilka lat temu pomyślałby, że będziemy żyli w obliczu ryzyka regularnej wojny, że rosyjskie drony będą spadać na nasze przejścia graniczne, czy że będziemy wyławiać je z Bałtyku? To wszystko całkowicie zmienia podejście. Powtórzę: jestem umiarkowanym optymistą – choć unijne młyny mielą powoli, to w Komisji Europejskiej widać już rosnącą świadomość, że musimy zmienić dotychczasowy kurs.
Ale to dogmatyczne podejście cały czas się utrzymuje, np. w stosunku do węgla koksującego. Jest to o tyle paradoksalne, że węgiel koksowy to stal, a bez stali nie ma ani przemysłu obronnego, ani transformacji energetycznej, czyli dwóch rzeczy, na które stawia teraz Europa. Tymczasem prezes JSW Bogusław Oleksy mówi, że przez obecne ratingi środowiskowe jego spółka jest praktycznie odcięta od finansowania na rynkach europejskich. Czy Bruksela zmieni tutaj swoją percepcję?
Widzę konieczność takiej zmiany. Oby nastąpiła jak najszybciej. Presja narasta także ze strony innych członków UE. Niemcy dyskutują o powrocie do węgla i odbudowie produkcji stali. Inne kraje wydłużają horyzont pracy elektrowni jądrowych, choć plany – warunkowane właśnie unijnymi dogmatami – zakładały co innego. Węgiel koksowy zyskał status strategicznego surowca, ale za tym muszą iść kolejne kroki.
Jeśli chodzi o JSW, to mamy świadomość tego, z czym się mierzymy. Ostatnie lata głębokiej zapaści rynkowej doprowadziły spółkę na granicę utraty płynności. Aby pomóc jej przetrwać, uruchomiliśmy 1,9 mld zł pożyczek z budżetu państwa poprzez Agencję Rozwoju Przemysłu. Objęliśmy też JSW ustawą okołogórniczą, dzięki czemu możemy zmniejszać zatrudnienie w spółce, wysyłając ludzi na urlopy górnicze i oferując im jednorazowe odprawy pieniężne (tzw. JOP). W tym roku z całego sektora górnictwa odejdzie ponad 7 tys. osób. To też jest proces, którym musimy zarządzić po to, żeby nie zgubić po drodze kluczowych kompetencji.
JSW analizujemy tutaj w szerszym kontekście całego sektora górnictwa węgla energetycznego, bo spółka ta wydobywa węgiel koksowy, ale też właśnie węgiel energetyczny – i może zapełniać lukę w zakresie aktualnego zapotrzebowania rynku na ten surowiec po odpowiednim wymieszaniu. Chcielibyśmy, żeby to właśnie polskie górnictwo zaspokajało w największym stopniu energetykę i ciepłownictwo w Polsce, bo chociaż na poziomie strategicznych spółek Skarbu Państwa import węgla jest jedynie kontrolowanym uzupełnieniem, celem przygotowywania optymalnych mieszanek, to na poziomie mniejszych elektrociepłowni ten import już odgrywa większą rolę. Wolelibyśmy, żeby tak nie było – to też element naszego programu Local Content.
Mówi pan o potrzebie obrony europejskiego przemysłu stalowego. Jak w takim razie ocenia pan perspektywy produkcji stali w Polsce, chociażby w kontekście kłopotów Huty Częstochowa czy ArcelorMittal, i co to oznacza dla popytu na węgiel koksujący z JSW?
Ruszyliśmy do przodu, bo przywrócenie do pracy Huty Częstochowa to jest konkret. Co prawda ten zakład akurat potrzebuje wsadu w postaci złomu, ale tu też mamy plan dotyczący konsolidacji na rynku i pozyskania stałego źródła złomu do przeróbki w Częstochowie. Pracuje też ArcelorMittal. Sama JSW ma stabilnych klientów w Europie, jak
Voestalpine. Światowe kryzysy w łańcuchach dostaw podnoszą ceny węgla i JSW to odczuje, choć – przez system waloryzacji kontraktów – z kilkumiesięcznym opóźnieniem.
Gdy w 2022 r. wybuchła wojna w Ukrainie, JSW stała się beneficjentem wzrostu cen, bo Ukraina, która zajmowała silną pozycję na rynku węgla koksowego i stali, przez rosyjską agresję wypadła z rynku. Żal tylko, że rząd PiS ściągnął wtedy z JSW 1,6 mld zł daniny solidarnościowej, a zarząd przed wyborami w 2023 r. podpisał ze związkami aż 10-letnie gwarancje płac, choć same związki przyszły z postulatem 5-letnich gwarancji. Zrobiono to dla celów politycznych, kosztem stabilności firmy.
JSW podlega silnej cykliczności – po tłustych latach zawsze przychodzi kryzys. Powtarzam stronie społecznej na Śląsku: nawet jeśli koniunktura drastycznie się poprawi, nie wolno nam spocząć na laurach. Musimy skutecznie dokończyć restrukturyzację i zbudować efektywne górnictwo, by firma była odporna na kolejne załamania rynku.
Czy ta restrukturyzacja obejmuje wydzielenie kopalni Knurów–Szczygłowice z JSW? Ostatnio odebrałam dużo alarmujących informacji od górników na ten temat. Moi rozmówcy podnosili, że nie rozumieją tej decyzji, bo w tej kopalni jest bardzo dobry węgiel energetyczny. Przypominam sobie, że pan faktycznie mówił, że spółka będzie szukać rozwiązań dla północnych kopalń.
Mogę powiedzieć tyle, że były i są analizowane różne scenariusze i nie mamy tutaj doktrynalnego podejścia. Po konsultacjach z zarządem uznaliśmy, że w świetle aktualnego zapotrzebowania pozostawienie tych kopalń w strukturach JSW ma większy sens niż przenoszenie ich do innej spółki. Wydzielenie ich skutkowałoby zbyt dużą utratą przychodów. Podchodzimy do tematu racjonalnie, opierając się na twardych danych. Nie powtórzymy dawnych błędów politycznych, kiedy bezsensownie zlikwidowano świetnie zainwestowaną kopalnię Krupiński tylko po to, by ratować inne zakłady z powodów partykularnych interesów politycznych.
Związkowcy na pewno się cieszą, bo po ewentualnym przejęciu Knurowa przez Polską Grupę Górniczą górnicy zarabialiby mniej. Emocje strony społecznej też braliście pod uwagę?
To prawda, że PGG ma największe doświadczenie w sprawnym przeprowadzaniu takich procesów. Łączy wydobycie z inwestycjami, a jednocześnie realizuje planową likwidację. Na ten moment optymalnym rozwiązaniem jest jednak pozostawienie tych aktywów w JSW. Nie przesądzam docelowego modelu, jednak wszyscy zgadzają się, że część kopalń JSW będzie wygaszana – pytanie brzmi: według jakiego harmonogramu?
Może ten harmonogram i inne kwestie to zadania dla pełnomocnika do spraw górnictwa i energetyki, którego powołanie zaproponował wiceminister energii Marian Zmarzły? Pańskim zdaniem to dobry pomysł, czy też wszystko jest w ustawie o działach i nie ma co tworzyć kolejnego stanowiska?
Doświadczenia z pełnomocnikami bywają różne, co pokazały ostatnie tygodnie, dlatego nie jestem zwolennikiem mnożenia bytów ponad miarę. Rozmawiałem z ministrem Zmarzłym i, jak rozumiem, ta propozycja to element długofalowego programu jego zaplecza politycznego. Ja skupiam się na tym, co tu i teraz – a obecnie współpraca międzyresortowa przebiega wzorowo. Ministerstwo Aktywów Państwowych sprawuje nadzór właścicielski i biznesowy nad spółkami górniczymi, natomiast Ministerstwo Energii odpowiada za wymiar strategiczny i politykę energetyczną państwa.
Przejdźmy do spółek, które zapewne w mniejszym stopniu spędzają sen z powiek ministra. Taką spółką jest niewątpliwie Orlen. Wielu dziennikarzy pyta pana i pańskich kolegów o rozliczanie błędnych decyzji Daniela Obajtka. A ja zapytam przewrotnie – czy w obecnej sytuacji geopolitycznej cieszy się pan, że w Rafinerii Gdańskiej jest taki globalny gracz jak Saudi Aramco? Wiemy, że Europa cierpi na deficyt własnych mocy rafineryjnych i to też wpływa dziś na ceny paliw.
Trudno mi jednoznacznie ocenić, na ile sytuacja geopolityczna podniosła znaczenie rafinerii gdańskiej dla Saudi Aramco – dotychczas nie był to ich główny biznes. Z kolei, patrząc na strategię Orlenu, widzimy, że koncern sam dąży do dywersyfikacji źródeł i zabezpieczenia przetwórstwa surowca. Nie chcę oceniać tamtych decyzji, choć akurat na kwestie dotyczące Lotosu zapatruję się zdecydowanie negatywnie. Mam świadomość, że wiele ówczesnych działań intencjonalnie być może miało uzasadnienie, ale wykonano je tak fatalnie, tak nieprofesjonalnie, generując tak wiele kłopotów, że ostatecznie przyćmiło to pierwotny zamiar dotyczący – być może – szukania jakichś połączeń, synergii itp.
Weźmy projekt Polimery Police w Grupie Azoty, który w spółkę wpięto z powodów politycznych – wyssał on z niej aż 18 mld zł płynności i niebywale ją zadłużył. Instalacja do dziś nie ruszyła komercyjnie, a próby jej technicznego uruchomienia kończyły się fiaskiem, nie mówiąc o wielokrotnym przekroczeniu budżetu. Podobne problemy widzimy w JSW Koks, gdzie niedokończona bateria koksownicza wciąż pochłania od 400 do 500 mln zł rocznie. I tak można wymieniać bez końca. Wracając do Orlenu – przecież całkiem niedawno zarząd zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przy umowie dotyczącej projektu Olefiny III. Wpisano do niej kary umowne sięgające 1,2 mld dol., mimo że wszyscy na poziomie zarządu i rady nadzorczej wiedzieli, iż terminy są nierealne i te kary będą potencjalnie do zapłacenia. Rozumiem, że Orlen to wielkie imperium, które śpi na pieniądzach, ale tu granice przyzwoitości zostały przekroczone.
Granice przyzwoitości zostały też chyba przekroczone w przypadku utraconych zaliczek Orlenu na ropę naftową z Wenezueli za prezesury Daniela Obajtka, na kwotę 1,6 mld zł. Orlen informował o tym odpisie już w kwietniu 2024 r. Jak pan skomentuje to, że główny podejrzany w tej sprawie – Samer A. – wciąż wymyka się polskiemu wymiarowi sprawiedliwości?
Sprawa OTS to niebywały skandal na globalną skalę, o czym świadczy choćby artykuł opublikowany na pierwszej stronie „Financial Times”. W ramach nadzoru właścicielskiego robimy we współpracy z Orlenem wszystko, aby pomóc prokuraturze. W Orlenie działa specjalny pełnomocnik zajmujący się m.in. tą sprawą. Sprawa jest wielowątkowa i skomplikowana, ale głęboko wierzę, że winni wcześniej czy później zostaną osądzeni.
Czytaj także: Tusk pokazał artykuł o Orlenie. „Wstyd na cały świat”
Pozostając przy Orlenie – wiemy już, że projektu Olefiny III w pierwotnie zakładanym kształcie nie będzie, a tu jeszcze grozi nam, że kolejny wielki projekt z czasów Daniela Obajtka, czyli budowa SMR-ów przez Orlen Synthos Green Energy, też się wywróci…
Jako aktywny właściciel próbuję przeciąć błędne koło, w którym się znaleźliśmy. Postawiłem sprawę jasno: jeśli inwestycja nie ma sensu, przerwijmy ją; jeśli ma uzasadnienie i przyniesie korzyści Orlenowi, zacznijmy ją konsekwentnie realizować, zamiast bez końca dyskutować i dosypywać pieniędzy. Partner Orlenu w OSGE również musi dołożyć swój kapitał. Mówimy o technologii SMR, która nie ma jeszcze komercyjnego zastosowania. Projekt posuwa się naprzód, a pierwszy reaktor na tej licencji powstaje w Kanadzie, choć harmonogram ulegnie wydłużeniu. Z perspektywy menedżerskiej utrzymywanie stanu zawieszenia, który generuje koszty i niepotrzebne emocje, jest absurdalne.
Według moich informacji trudne negocjacje biznesowe ruszyły. Nie wiadomo jeszcze, czy dołączy trzeci partner, choć Polski Fundusz Rozwoju poważnie rozważa taką opcję, co oceniam pozytywnie. Mamy świadomość, że negocjujemy z twardym zawodnikiem z prywatnego biznesu, który doskonale dba o własne interesy. Orlen to jednak nasz narodowy czempion, a naszym zadaniem jest pilnowanie jego pozycji i wspieranie go w tych rozmowach. Mam nadzieję, że najbliższe tygodnie przyniosą odpowiedź i pójdziemy do przodu.
A jaki udział w Orlen Synthos Green Energy objąłby Polski Fundusz Rozwoju? Czy te 33 proc., o których mówił minister energii Miłosz Motyka, faktycznie leży na stole? Partner Orlenu w spółce chyba tanio skóry nie sprzeda.
Pamiętajmy, że projekt SMR-owy ma długą historię – został zainicjowany jeszcze za czasów prezesa Obajtka, kiedy to w wielu przedsięwzięciach dochodziło do zaburzenia relacji między partnerami. Nie twierdzę, że tak samo jest w tym przypadku, ale choć rozmowy wymagają wysiłku, oceniam je jako konstruktywne.
Tak czy inaczej, pieniądze z PFR będą potrzebne. Potrzebne też będą Poczcie Polskiej, jeśli ta ma przejąć Orlen Paczkę. Poprzedni prezes Poczty, Sebastian Mikosz, jeszcze w lutym mówił, że Poczta Polska nie jest w stanie sfinansować takiej inwestycji. Rozumiem, że teraz są – albo przynajmniej jest pomysł, skąd je wziąć?
Jestem w stałym kontakcie z panią prezes Magdaleną Gaj. Poczta Polska bardzo intensywnie współpracuje z instytucjami finansowymi i sytuacja wcale nie jest tak dramatyczna, jak zapowiadał prezes Mikosz – istnieje pełna gotowość do uruchomienia odpowiedniego finansowania. Bardzo zależy mi na tym, aby Poczta Polska przejęła Orlen Paczkę i powróciła na rynek KEP (kurier, ekspres, paczka), czyli tam, gdzie jej miejsce. Jeśli połączymy to z planem strategicznym utworzenia Narodowego Operatora Logistycznego na bazie Poczty Polskiej, cały ten projekt układa się w logiczną całość.
Nie chcę ujawniać szczegółów rozmów z instytucjami finansowymi, ale przebiegają one pomyślnie. Poczta nie brałaby udziału w trwającym wciąż postępowaniu, gdyby nie miała pewności, że otrzyma te środki. Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach – finansowanie może mieć różny charakter i zostać rozłożone na etapy – jednak wszystko wskazuje na to, że spółka będzie w pełni gotowa do tej transakcji i zamierza doprowadzić ją do finału.
Użył pan sformułowania „Narodowy Operator Logistyczny” – ja tutaj widzę szerszą emanację koncepcji local content, której, nie ma co ukrywać, jest pan chyba wielkim orędownikiem?
Polski wkład, czyli local content, to absolutny priorytet rządu i fundament naszego programu gospodarczego. To projekt na dekady, niezależny od barw politycznych. Wymaga on zmiany systemu zamówień publicznych. Dotąd, realizując wielkie kontrakty, w tym te z funduszy unijnych, przez kryterium najniższej ceny lub wygórowane warunki gwarancyjne promowaliśmy głównie firmy zagraniczne. Przyjrzeliśmy się praktykom w innych krajach UE. Działamy w tym samym środowisku prawnym, dlatego zamiast sztywnych ustaw wdrażamy kodeks dobrych praktyk i miękkie rekomendacje. To proces, który wymaga zmiany mentalnej u menedżerów i urzędników, dotychczas zasłaniających się wyłącznie argumentem najniższej ceny z obawy przed tym, że ktoś zapuka do ich drzwi o tej przysłowiowej szóstej rano.
Z analiz PKO BP wynika, że wzrost udziału krajowych dostawców o 10 proc. może zwiększyć PKB o 3,6 proc. i przynieść budżetowi ok. 30 mld zł. To jest skala tego, czym local content może być dla polskiej gospodarki, zwłaszcza w obliczu dekady największych inwestycji w historii: biliona złotych na energetykę w dekadę i blisko 400 mld zł (czyli środki budżetowe
na ten rok i program SAFE) – na obronność. Beneficjentami tych środków muszą być polskie firmy. Buduje to nie tylko odporność gospodarki, ale i bezpieczeństwo państwa. Lokując kompetencje na miejscu i dbając o transfer technologii przy zakupach wojskowych, nie uzależniamy się od dostawców oddalonych o tysiące kilometrów i zyskujemy niezależność serwisową.
Przykładem takiego podejścia jest Poczta Polska, która dysponuje infrastrukturą krytyczną i ma bezpośredni dostęp do milionów obywateli. Z punktu widzenia obrony cywilnej to spółka strategiczna. Jeśli uda nam się odbudować jej potencjał i przywrócić nowoczesne usługi kurierskie do jej głównej działalności, uzyskamy local content w czystej postaci.
Padło tu odwołanie do inwestycji w obronność, a więc kolejny strategiczny obszar. Zapowiedział pan uporządkowanie akcjonariatu Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Czy wejście jednej lub kilku spółek Skarbu Państwa do jej akcjonariatu faktycznie przysłuży się PGZ? I w jaki sposób? Proszę o konkretne przykłady. A może bardziej chodzi o zasilenie budżetu państwa zastrzykiem kapitału z takiej transakcji? Wiemy, jaki jest stan finansów publicznych…
Jak zawsze są różne perspektywy. Ale wyobraźmy sobie np. wejście potężnej instytucji finansowej do akcjonariatu PGZ. To zdecydowanie wzmocniłoby grupę, np. w zakresie pozyskiwania finansowania z rynku. Finansowanie państwowe nie będzie przecież trwało wiecznie, a PGZ musi budować swoją pozycję długofalowo na arenie międzynarodowej. Silny partner finansowy daje tu ogromny handicap. Istnieją też inne podmioty, które oprócz skali wnoszą cenne synergie biznesowe. Produkcja materiałów wybuchowych, biznes chemiczny czy petrochemiczny mocno się zazębiają. Niedawno przyglądałem się zagranicznym holdingom, gdzie finanse, wielka chemia, sektor obronny i przemysł motoryzacyjny są połączone.
Konstrukcje te mają, oczywiście, swoje wady, których symbolem stały się koreańskie czebole. Nie chodzi nam jednak o budowanie „polskich czeboli” – takiego słowa używał chyba zresztą wspomniany już prezes Obajtek – ale o realne wzmocnienie akcjonariatu. Przyznaję, że dodatkowym, niezaprzeczalnym efektem takiego kroku byłoby wygenerowanie istotnych dochodów dla budżetu państwa.
Kiedy wspomniał pan o potężnej instytucji finansowej w akcjonariacie PGZ, od razu pomyślałam o PKO BP. A co z planami akwizycji ukraińskich banków przez naszego największego kredytodawcę? Mówiło się, że na radarze PKO są państwowe Oszczadbank i Ukreximbank.
Nie chcę wskazywać konkretnych banków, ponieważ o ewentualnej sprzedaży będzie decydował rząd w Kijowie. Nie mam jednak wątpliwości, że Ukraina to naturalny i bliski kierunek ekspansji dla PKO BP. Nasz bank ma już tam doświadczenie dzięki sprawnie działającemu, choć niewielkiemu Kredobankowi. Gdy wojna się skończy, cały świat spodziewa się gigantycznego projektu odbudowy Ukrainy, wycenianego przez Bank Światowy na 588 mld dol. – rozmawiano o tym chociażby podczas tegorocznej Konferencji na rzecz Odbudowy Ukrainy w Gdańsku. Mamy wszelkie atrybuty, by być liderem tego procesu, a posiadanie dużego banku na tamtym rynku zapewni bezpieczeństwo polskim firmom wchodzącym w projekty rekonstrukcji.
PKO BP sonduje rynek systemowo i spokojnie. Trudno o ostateczne decyzje, gdy spadają bomby, ale ukraińska gospodarka wciąż funkcjonuje i przygotowuje procesy prywatyzacyjne. Najważniejsze to utrzymać pozycję w grze i nie przegapić unikatowych szans – zwłaszcza że aktywa mają obecnie wojenne dyskonto cenowe. Nie zachęcam jednak do hurraoptymizmu tylko dlatego, że można coś kupić taniej. Zbombardowanie zakładów Cersanitu w obwodzie żytomierskim i wstrzymanie tam produkcji na pół roku pokazuje skalę realnego ryzyka. Trzeba bezsprzecznie trzymać rękę na pulsie, ale działać z pełną ostrożnością.
Chcieliśmy uszczknąć dla siebie jak największy kawałek tego tortu odbudowy Ukrainy, ale mam wrażenie, że optymizm w tej kwestii nieco zmalał. Czy pańskim zdaniem naszych planów nie pokrzyżuje wzrost napięcia politycznego na linii Warszawa–Kijów? Pan zna tamtejszy rynek i realia biznesowe, zapytam więc, czy sądzi pan, że Ukraińcy będą kierować się sentymentami – bądź też resentymentami – podczas przyznawania kontraktów firmom z zagranicy?
Przede wszystkim myślę, że Ukraińcy zorientowali się, że poszli za daleko. Obecnie odbieramy sygnały próbujące raczej uspokoić nastroje. Wicepremier Sikorski, który był w ostatnich dniach w Ukrainie, bardzo wyraźnie powiedział, że przekroczona została pewna granica. To nie tylko rzutuje na relacje polsko-ukraińskie, ale też zdecydowanie pogorszyło pozycję Kijowa w obecnych procesach geopolitycznych.
Widzę, że pojawia się tam jakaś refleksja. Nasze historyczne relacje są trudne i wymagają jednoznacznych deklaracji. Wołyń to bolesna karta, której nie da się wymazać z pamięci rodzin, które w tak brutalny sposób potraciły bliskich – to była zorganizowana, zmasowana akcja przeciwko społeczeństwu polskiemu. Toczy się o to spór semantyczny, ale ja wprost pisałem w swoich mediach społecznościowych, że było to ludobójstwo, za co zostałem zresztą zaatakowany przez ukraińskich komentatorów, bo oni często próbują to sobie inaczej tłumaczyć.
W mojej ocenie Ukraina musi przede wszystkim zrozumieć naszą perspektywę i przestać relatywizować historię. Wspólne działanie zawsze nas wzmacniało. Mądra polityka Kijowa powinna stawiać na jak najlepsze stosunki z Warszawą. Dzięki temu Polska może w pewien sposób być ambasadorem Ukrainy na świecie, a przyszła odbudowa tego kraju przyniesie wymierne korzyści obu stronom.

