Pływanie w rzekach i jeziorach przeżywa boom, ale ulewy, awarie kanalizacji i spływ z pól rolnych mogą sprowadzić na kąpiących się poważne choroby. Eksperci w rozmowie z BBC tłumaczą, jak rozpoznać moment, gdy woda staje się niebezpieczna.

- Po intensywnych opadach rzeki miejskie bywają mikrobiologicznie niebezpieczne nawet przez 24–72 godziny – to efekt przeciążonych systemów kanalizacyjnych, które zrzucają ścieki bezpośrednio do wody.
- Oficjalne testy jakości wody (na obecność E. coli i enterokoków) pokazują trendy długoterminowe, a nie stan „tu i teraz” – wyniki bywają dostępne dopiero po 24–48 godzinach, czyli już po kąpieli.
- Najbezpieczniej ocenić ryzyko samodzielnie: unikać pływania po burzy, obserwować kolor i zapach wody, kwitnienie sinic oraz miejsca blisko wylotów ścieków i pastwisk.
Pływanie w rzekach i jeziorach zyskało w ostatnim czasie ogromną popularność. Napędzają je media społecznościowe oraz poszukiwanie tanich sposobów na poprawę samopoczucia. Badania wskazują, że kontakt z naturalną wodą wiąże się z lepszym zdrowiem psychicznym i niższym poziomem stresu, niezależnie od aktywności fizycznej czy dochodów.
Jednocześnie władze sanitarne regularnie ostrzegają przed zanieczyszczeniami i patogenami czyhającymi w rzekach i jeziorach. Rzeki takie jak Tamiza, Sekwana czy Ren, dawniej traktowane jak otwarte ścieki, dziś uchodzą za coraz czystsze – Paryż zainwestował około 1,4 mld euro w oczyszczenie Sekwany, a Londyn zbudował 25-kilometrowy „superkanał” Tideway, mieszczący 1,6 mln metrów sześciennych ścieków i wody deszczowej.
Burza potrafi zniweczyć tygodnie dobrych wyników
Mimo tych inwestycji jedna letnia nawałnica może cofnąć efekty tygodni czystych badań wody. Jak w rozmowie z BBC tłumaczy Isabel Douterelo Soler z University of Sheffield, po ulewach miejskie rzeki bywają mikrobiologicznie niebezpieczne nawet przez trzy doby – głównie z powodu przeciążonych systemów kanalizacyjnych, które w takiej sytuacji zrzucają ścieki wprost do wody, by nie zalały domów.
Badania nad zdrowiem pływaków wykazują wyraźną zależność: im więcej kontaktu z wodą, zwłaszcza jej połykania, tym większe ryzyko dolegliwości żołądkowo-jelitowych. Najbardziej narażone są osoby uprawiające surfing czy ekstremalne kajakarstwo, a wśród zwykłych pływaków – dzieci, które częściej połykają wodę.
Groźne bakterie i toksyczne glony
Większość infekcji to krótkotrwałe biegunki, ale zdarzają się poważniejsze przypadki. Leptospiroza, bakteryjna choroba przenoszona w moczu gryzoni i zwierząt hodowlanych, może prowadzić do niewydolności narządów, a nawet śmierci – notowano jej ogniska wśród triathlonistów pływających w wodach otwartych. Wolno płynące lub ciepłe odcinki rzek sprzyjają też rozwojowi cyjanobakterii (sinic), których toksyny podrażniają skórę i oczy, a rzadziej atakują wątrobę lub układ nerwowy.
Rosnącym problemem jest również antybiotykooporność – jak wskazuje Isobel Stanton z UK Centre for Ecology and Hydrology, oporne bakterie trafiają do rzek m.in. ze ścieków, co utrudnia leczenie ewentualnych infekcji.
Testy nie mówią wszystkiego
Oficjalne monitoringi, oparte na obecności E. coli i enterokoków, są zaprojektowane do śledzenia długoterminowych trendów, a nie do oceny bieżącego ryzyka. Wyniki badań bywają dostępne dopiero po 24–48 godzinach – często już po tym, jak ludzie zdążyli wejść do wody. Rzeki i jeziora są przy tym bardziej narażone na zanieczyszczenia niż wybrzeża, bo zanieczyszczenia z lądu nie rozcieńczają się tak, jak w morzu.
Jak samodzielnie ocenić ryzyko
Eksperci radzą unikać kąpieli po burzy i intensywnych opadach oraz obserwować wodę: mętność, zielonkawy lub sinawy kolor, pianę czy plamy na powierzchni, a także nieprzyjemny zapach lub ścieki mogą świadczyć o zanieczyszczeniu. Warto wybierać miejsca oddalone od wylotów kanalizacji, przystani i pastwisk, unikać połykania wody, przykrywać skaleczenia i po kąpieli wziąć prysznic. Szczególną ostrożność powinny zachować osoby z osłabioną odpornością, chore, z otwartymi ranami oraz rodzice pływający z dziećmi.