
– Rzeczywista tragedia zamieniła się w serial telewizyjny z sali sądowej, który pełni funkcję rozrywkową, bo apeluje przede wszystkim do ludzkiej ciekawości. Amerykanie ochoczo zajmują się tym teatrem, podczas gdy powinni raczej zapłakać nad stanem własnego społeczeństwa – mówi psychiatra dr Jacek Dębiec w rozmowie o procesie Lindsay Clancy, która zabiła trójkę swoich dzieci.
Z dr. Jackiem Dębcem, psychiatrą, psychoterapeutą, neurobiologiem i filozofem, rozmawia Dominika Soszyńska.
Dominika Soszyńska, Zero.pl: W lipcu 2026 r. rozpoczął się proces Lindsay Clancy, zabójczyni trójki własnych dzieci. Ława przysięgłych wkrótce zdecyduje, czy w czasie popełnienia morderstwa kobieta była w pełni poczytalna. Sprawą żyła cała Ameryka, a wokół pojawia się mnóstwo skrajnych emocji, dezinformacji, teorii spiskowych..
Jacek Dębiec: Od czasu rozprawy o zniesławienie, wytoczonej przez Johnny'ego Deppa byłej żonie Amber Heard w 2022 r., żadna inna sądowa rozprawa nie wywoływała tylu dyskusji i komentarzy w amerykańskich mediach i wśród opinii publicznej. Każdy gest wykonany na sali sądowej, jak reakcja oskarżonej czy świadków, pytanie obrońcy lub prokuratora, jest szczegółowo analizowany. W tym skupieniu na dramaturgii wydarzeń gubi się tragedia trójki małych dzieci, ich matki-zabójczyni, ojca i najbliższej rodziny. Zamienia się ona wręcz w serial telewizyjny z sali sądowej, który pełni funkcję rozrywkową, bo apeluje przede wszystkim do ludzkiej ciekawości. Duża część Amerykanów spekuluje na temat możliwego werdyktu ławy przysięgłych, podczas gdy powinna raczej zapłakać nad stanem własnego społeczeństwa, bo ten proces obnaża różne choroby Ameryki.
Zacznijmy jednak od tego, co tak naprawdę się wydarzyło.
Przede wszystkim jest to bardzo tragiczna historia. 24 stycznia 2023 r. Lindsay Clancy, używając taśmy treningowej, udusiła trójkę swoich dzieci: 5-letnią Corę, 3-letniego Dawsona i 8-miesięcznego Callana. Po czym podcięła sobie gardło i skoczyła głową w dół z drugiego piętra, co doprowadziło do uszkodzenia rdzenia kręgowego i trwałego paraliżu jej ciała od pasa w dół. Czyn Clansey nosi znamiona próby tzw. rozszerzonego samobójstwa, kiedy osoba targająca się na swoje życie zabija również najbliższe sobie osoby. Co ważne, Clancy, z zawodu pielęgniarka, przez kilka miesięcy przed zabójstwem – użyję określenia, które padło na sali sądowej – „rozpaczliwie błagała o pomoc”.
Czytaj także: Tragiczna cena futbolu. Wyniki badań o uszkodzeniach mózgu u graczy NFL
Przez kilka miesięcy przed zabójstwem dzieci i próbą samobójczą kobieta była świadoma, że znajduje się w poważnym kryzysie psychicznym. Leczyła się psychiatrycznie.
Żaden ze specjalistów leczących Clancy nie rozpoznał jednak stanów psychotycznych. Stawiano diagnozę depresji poporodowej, rozważano diagnozę choroby afektywnej dwubiegunowej. Obu zaburzeniom mogą towarzyszyć stany psychotyczne. Psychoza poporodowa występuje u matek 1–2 razy na 1000 urodzeń. Depresja poporodowa jest znacznie częstsza. Występuje u 10–15 proc. kobiet w okresie okołoporodowym, zaś objawy choroby afektywnej dwubiegunowej u około 3 proc.
Niektórzy specjaliści zastanawiają się czy pacjentka nie cierpiała aby na psychozę polekową. W ciągu zaledwie czterech miesięcy lekarze przepisywali jej łącznie 13 różnych leków psychotropowych.
Lindsay Clancy była leczona dużą liczbą leków, zazwyczaj kilkoma naraz, które często zmieniano na inne. Przepisywano jej substancje przeciwdepresyjne, przeciwpsychotyczne, stabilizujące nastrój, nasenne, uspokajające. Wiele środków psychotropowych, szczególnie w połączeniu z innymi, może zaburzać nastrój, sen, myślenie, wywoływać stany pobudzenia psychomotorycznego, a nawet powodować delirium lub psychozę. Pytania o możliwy szkodliwy wpływ stosowanych leków są więc uzasadnione.
Sprawdź również: Prezydent zatrzymał „lex szarlatan”. Pacjenci zostali bez ochrony
Oskarżona opowiadała rodzinie o poczuciu, że tabletki „niszczą jej mózg”.
Tak, mimo tego, że zażywała przepisywane leki, miała poczucie, że to jej szkodzi.
Z dokumentów, które zostały ujawnione opinii publicznej w trakcie przesłuchań sądowych, wynika, że negatywnie reagowała na niektóre z nich.
Kiedy stan pacjentki tylko się pogarszał jej była teściowa (małżeństwo Clancych rozpadło się niedługo po śmierci ich dzieci), z zawodu również pielęgniarka, skontaktowała Lindsay z kliniką, w której pracowała jej znajoma. Clancy trafiła do centrum specjalizującego się w pomocy kobietom w okresie okołoporodowym. Została tam zbadana przez nurse practitioner, czyli pielęgniarkę przepisującą leki. Mimo udokumentowanej negatywnej reakcji na pierwszy lek, przepisano inny lek z tej samej grupy.
Warto wspomnieć, że nurse practitioners nie przechodzą specjalistycznego szkolenia w zakresie leczenia zaburzeń psychicznych.
Tak. Aby zostać psychiatrą w Stanach Zjednoczonych, trzeba odbyć średnio 15 tys. godzin zajęć i praktyki klinicznej. Psychiatryczny nurse practitioner uzyskuje uprawnienia do wypisywania leków już po około 500 godzinach zajęć klinicznych.
Problem polega na tym, że kolejne osoby, u których Clancy szukała pomocy, jedynie zmieniały jej leki. A każdy ze specjalistów miał bardzo wycinkowy obraz tego, co tak naprawdę się dzieje. Oni nie komunikowali się między sobą, nie przekazywali sobie swoich doświadczeń w leczeniu Clancy. Nie postawiono na zwiększenie jakości i intensywności opieki. Ta opieka była od początku do końca fragmentaryczna. Stan pacjentki się pogarsza? Reagujemy zmianą leków.
A ona czuła się tylko gorzej.
Do tego stopnia, że na początku listopada zadzwoniła pod numer telefonu dla osób w kryzysie suicydalnym. Odmówiono jej pomocy, gdyż nie spełniała określonych standardów: co prawda zgłaszała myśli samobójcze, ale nie zgłaszała planu, w jaki sposób chce odebrać sobie życie. Dwa tygodnie później ponownie zadzwoniła pod ten numer. I ponownie – z tego samego powodu – odmówiono jej pomocy.
Dwa tygodnie później ponownie zadzwoniła pod ten numer. I ponownie – z tego samego powodu – odmówiono jej pomocy.
Później pojawiła się na izbie przyjęć Massachusetts General Hospital, gdzie zresztą sama była zatrudniona jako pielęgniarka położnicza, ale stamtąd również odesłano ją do domu. To szpital afiliowany przy Uniwersytecie Harvarda, znany z leczenia i badań nad psychozą poporodową.
Dopiero kiedy przyjechała tam kolejnym razem, gdy jej stan już wyraźnie się pogorszył, zaproponowano jej program dziennego pobytu, specjalizujący się w pomocy kobietom w okresie okołoporodowym w sąsiednim stanie Rhode Island.
Przyjęto ją, ale szybko wypisano.
Lekarze doszli do wniosku, że głównym problemem jest tzw. overmedication, czyli stosowanie zbyt dużej ilości leków, więc powinna być w innym miejscu.
Polecamy też: Skandal w samorządzie lekarskim. Tytoniowy lobbysta powołany na prestiżowe stanowisko
Po nieudanych interwencjach Lindsay Clancy została przyjęta do szpitala McLean, ośrodka klinicznego Harvarda.
Warto podkreślić, że ten szpital w rankingach prezentowany jest jako najlepszy szpital psychiatryczny w Stanach Zjednoczonych, a może nawet i na świecie.
Clancy trafiła tam 30 grudnia i już po pięciu dniach została wypisana. Mówi się, że sama tego chciała, dlatego że zbliżały się urodziny jej najstarszej córki. Ale z drugiej strony nie została wypisana wbrew rekomendacji lekarzy. Specjaliści mogli przecież zgodzić się jedynie na przepustkę, nalegając na kontynuowanie leczenia szpitalnego.
Pacjentka była tam badana głównie przez lekarzy rezydentów, ale też przez jedną lekarkę w randze nauczycielki akademickiej. Co ciekawe, kiedy na sali sądowej zapytano ją o doświadczenie zawodowe, powiedziała, że przez 20 lat pracy leczyła wiele osób z depresją poporodową, ale nie leczyła żadnej osoby z psychozą poporodową.
To tragiczne, że idziemy do najlepszego szpitala, do którego kieruje się pacjentki praktycznie z całych Stanów Zjednoczonych, jesteśmy badani przez doświadczonego lekarza, ale on akurat nigdy nie spotkał się z przypadkiem zaburzenia, w leczeniu i diagnozowaniu którego jest specjalistą.
Może Cię zainteresować: Tragedia na A1. Są ofiary, wielu poszkodowanych
Dla lekarza to sprawia ogromną różnicę: wiedza teoretyczna a doświadczenie?
Oczywiście, bo ludzie w różny sposób przechodzą przez zaburzenia psychiczne. W psychiatrii doświadczenie leczącego, który z tymi różnymi formami depresji lub psychozy poporodowej się spotkał, jest jeszcze bardziej istotne niż w innych specjalnościach medycznych.
Tutaj ujawnia się szerszy problem – kształcenia psychiatrów. Widzimy, jak bardzo fragmentaryczny charakter miała opieka nad Lindsay Clancy. A to wynika z tego, że samo kształcenie psychiatrów jest fragmentaryczne. Mamy jakiś wycinek pewnego doświadczenia, resztę dopełniamy teorią i jesteśmy przekonani, że wiemy, jak leczyć.
W amerykańskiej psychiatrii dominuje dziś właśnie fragmentaryczność?
Oraz wiara w półśrodki, w zaleczanie problemów, zamiast zajęcie się nimi u źródeł – w tym wypadku można było próbować stworzyć takie środowisko, w którym nie generuje się więcej stresu dla tej matki. Autorytety psychiatryczne wmawiają dziś ludziom, że leki uratują im życie. Gdyby tak właśnie było, życie tej kobiety i jej dzieci powinno w ciągu tych czterech miesięcy zostać uratowane 13 razy.
Jej były mąż był świadom tego, że miała mordercze myśli wobec dzieci?
Tak. Podczas przesłuchania opowiadał, że nawet w dniu, który poprzedzał morderstwo, rozmawiali i zapytał ją o to. Ona potwierdziła, ale on to zignorował, bo na jego oko wyglądało jednak, że dobrze sobie radzi.
Przeciwko większości osób, które leczyły oskarżoną, zostały wytoczone postępowania cywilne. Czy wśród specjalistów zdrowia psychicznego dyskutuje się dziś temat pogarszających się standardów opieki psychiatrycznej?
Na zamkniętych forach dla psychiatrów toczą się bardzo żywe dyskusje. Wiele lekarek i lekarzy bardzo empatycznie podchodzi do swoich kolegów po fachu. Szczególnie młodej lekarki Jennifer Tufts, ostro przesłuchiwanej przez obrońcę oskarżonej, który wyciągał jej notatki z wizyt, pokazując brak konsekwencji w dokumentacji lub leczeniu. Jemu oczywiście nie chodziło o to, żeby zaatakować tę lekarkę. Raczej o to, żeby ława przysięgłych miała obraz pacjentki, której stan się pogarszał. Ale działo się to kosztem obnażenia wszystkich słabości: zarówno samego procesu leczenia, jak i prowadzenia dokumentacji medycznej. Więc jeżeli o to chodzi, wielu psychiatrów po prostu jest przestraszonych.
Wyobrażają sobie, że mógłby ich spotkać podobny los?
Większość lekarzy zdaje sobie sprawę, że postąpiłaby dokładnie tak samo: podaję lek, zwiększam dawkę, ewentualnie zmieniam lek i staram się to udokumentować. W akademicko-korporacyjnym systemie zdrowia duży nacisk kładzie się właśnie na dokumentację. Wielu psychiatrów na to narzeka. Bo jeśli lekarz rzeczywiście miałby się w pełni w to zaangażować, na szczerą rozmowę z pacjentem zostaje mu już niewiele czasu. W dodatku pacjent nie otworzy się przed kimś, kto będzie tylko odhaczał różne problemy na kartce papieru lub ekranie i przepisywał kolejne leki…
…ale jeżeli każda notatka może wylądować na sali sądowej…
…wtedy właściwie dokumentujemy wszystko. Również zastrzeżenia typu: „Spytałem się, czy pacjentka ma myśli samobójcze. Odpowiedziała, że nie ma”. Sytuacja, w której lekarz zaczyna się skupiać bardziej na swoim bezpieczeństwie niż na trosce o pacjenta, ma nawet swoją nazwę: defensive psychiatry, czyli psychiatria obronna.
Sprawdź również: Zabójstwo Tupaca Shakura. Ława przysięgłych zadecydowała po 30 latach
Może ta tragedia będzie jednak jakimś przełomem?
Chciałbym, żeby tak się stało, ale mam spore wątpliwości. Z jednej strony w Ameryce to właśnie sprawy sądowe wymuszają większe zmiany. Choć obawiam się, że pierwszą reakcją będzie jednak reakcja obronna – lekarze w poczuciu zagrożenia będą myśleć przede wszystkim o własnym bezpieczeństwie. To już obserwujemy.
Jeśli psychiatrzy pogrążą się w papierologii, opieka nad pacjentem się pogorszy?
To na pewno. Jednym ze skutków może być także to, że psychiatrzy będą odmawiać opieki nad tzw. złożonymi lub ryzykownymi przypadkami. Dziś większość lekarzy w Stanach Zjednoczonych pracuje w korporacyjnych systemach opieki zdrowotnej. To menedżerowie tych placówek określają standardy leczenia. Oni będą kierować się prostym rachunkiem ekonomicznym: czy opłaca nam się przyjmować pacjentów o zwiększonym ryzyku, czy lepiej powiedzieć, że my się specjalizujemy w czymś innym?
Warto przeczytać: Rośnie liczba ofiar lawiny w Nepalu. Ponad tysiąc ofiar
Z drugiej strony, to właśnie lekarz w prywatnym gabinecie czy małej przychodni może najbardziej się bać konsekwencji prawnych.
Weźmy taką powszechną sytuację. Mamy pacjentkę w ciąży, która zażywa antydepresanty. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zaleca, że nawet w czasie ciąży powinno się kontynuować przepisywanie leków. Można zmienić substancję na taką, która jest potencjalnie mniej szkodliwa, ale ryzyko uszkodzenia płodu, choć ogólnie niewielkie, wciąż jest statystycznie większe, niż gdyby pacjentka nie przyjmowała leków. Jeżeli dojdzie do tragedii, a rodzina pacjentki wytoczy proces, dla takiego osamotnionego lekarza w praktyce może to oznaczać koniec kariery. Siłą rzeczy lepiej odsyłać takich pacjentów do dużych korporacyjnych szpitali, które mają całą armię własnych prawników. Problem w tym, że taka opieka nie będzie dostępna dla każdego. Nie każdy Amerykanin mieszka w dużym mieście.
Dlaczego akurat w tej historii możemy jak w soczewce zobaczyć problemy społeczne Amerykanów?
Widzimy tu nie tylko stan amerykańskiej psychiatrii, ale również stan społeczeństwa, w którym hołduje się profesjonalizacji, ale bardzo wycinkowej profesjonalizacji, która gubi złożoność zjawisk. Widzimy, jak indywidualizacja prowadzi nas do utraty więzi i odpowiedzialności wobec drugiej osoby. Korzenie tego kryzysu są bardzo głębokie.
W gruncie rzeczy chodzi o to, jak rozumiemy problemy psychiczne czy jak podchodzimy do kwestii macierzyństwa?
Dokładnie. Proszę sobie wyobrazić, że w Stanach Zjednoczonych w wielu miejscach pracy nie ma urlopu poporodowego. Kiedy urodził się mój syn, dostałem dwa dni wolnego. I to pracując jako psychiatra rezydent, czyli w zawodzie, w którym teoretycznie jesteśmy uczeni społecznej empatii. Jedną kwestią jest to, jak Ameryka te swoje problemy rozwiąże. A myślę, że ich nie rozwiąże, że będą się one tylko pogłębiać. Natomiast sprawa Lindsay Clancy powinna nieść też wiadomość dla świata: zobaczcie, w jakim głębokim kryzysie jest Ameryka.
Tylko dlaczego mnie, Polkę, ma w ogóle obchodzić amerykański kryzys?
Stany Zjednoczone wciąż wypracowują standardy, za którymi podąża cały świat. Na przykład w psychiatrii: na depresję przepisujemy lek, a jeśli nie działa, przepisujemy inny. Jeżeli dwa różne leki nie działają, diagnozuje się tak zwaną depresję lekooporną i szuka kolejnych terapii, na przykład ketaminą lub psychodelikami. Czyli skupiamy się głównie na przepisywaniu środków psychotropowych, czy – należałoby powiedzieć – usuwaniu lub łagodzeniu objawów, bo ciężko to nawet nazwać leczeniem. A nie na tym, że wypracowuje się standardy życia, które sprzyjają zdrowieniu.
Te zalecenia powielane są w innych krajach, często w dobrej wierze, bo przecież amerykańskie standardy są poparte autorytetem kosztownych badań i wielkich nazwisk. Rzadziej mówi się o tym, jak mocno amerykańska psychiatria uwikłana jest w ten korporacyjny system, który skraca czas opieki nad pacjentem i pod wpływem nacisków ekonomicznych wymusza powszechne przepisywanie leków.
Uważa pan, że amerykańska psychiatria nie powinna proponować standardów opieki reszcie świata?
Nie powinna. Naprawdę warto patrzeć z pewnym dystansem na to, co dziś przychodzi do Polski zza oceanu. Może kiedyś Ameryka była wzorem do naśladowania, ale dziś pod wieloma względami – zarówno jeżeli chodzi o korupcję życia publicznego, upadek instytucji demokratycznych i rządów prawa, brak obrony dzieci przed szkodliwymi dla psychiki algorytmami platform społecznościowych, ale też właśnie nadmierną medykalizacją i „zaleczaniem” medykamentami problemów społecznych – powinna być raczej przestrogą.
Jeżeli reszta świata nie uświadomi sobie zagrożeń płynących z Ameryki, będzie popełniać podobne błędy i doświadczać podobnych tragedii jak rodzina Clancy z Massachusetts.
Polecamy również: Zerwali rozmowy z USA. „Jesteśmy panami we własnym domu”
Dr Jacek Dębiec – polsko-amerykański psychiatra, psychoterapeuta, neurobiolog i filozof. Jego prace ukazały się w czołowych pismach naukowych, takich jak „Nature”, „Nature Neuroscience”, „Proceedings of the National Academy of Sciences of the USA”, „Trends in Cognitive Sciences”, „Biological Psychiatry” i innych. Był stypendystą Fulbrighta, wizytującym profesorem na Uniwersytecie Nowojorskim i stypendystą Herdera na Uniwersytecie Wiedeńskim. Przez 12 lat pracował jako profesor psychiatrii i neurobiologii na Uniwersytecie Michigan.
Gdzie szukać pomocy?
Jeśli doświadczasz problemów emocjonalnych i chciałbyś uzyskać poradę lub wsparcie, skontaktuj się z którąś z organizacji oferujących profesjonalną pomoc. W sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia zadzwoń na numer 997 lub 112.
Całodobowe i bezpłatne numery:
116 123 – Kryzysowy telefon zaufania dla dorosłych w kryzysie emocjonalnym. Czynny 7 dni w tygodniu.
800 70 22 22 – Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym. Pomoc psychologiczna online i telefoniczna 24/7.
116 111 – Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży (Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę). Dostępny całą dobę.
Specjalistyczne linie pomocy:
22 594 91 00 – Antydepresyjny Telefon Forum Przeciw Depresji. Dyżury w środy i czwartki w godzinach 17:00–19:00.
22 484 88 04 – Antydepresyjny telefon zaufania Fundacji „Twarze Depresji” (dostępny w wybrane dni i godziny).
112 – Ogólny numer alarmowy w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia.

