Reklama
Kraj

Rezerwat dla wszy? Ochrona zwierząt w Polsce zabrnęła w ślepą uliczkę

Setki gatunków zwierząt w Polsce są objęte ochroną, ale nie wszystkie na niej zyskują. Jedne giną mimo prawnych zakazów, inne stają się coraz liczniejsze i wchodzą w konflikt z człowiekiem. Państwu brakuje spójnego systemu, który pozwalałby skutecznie reagować w obu sytuacjach.

Dariusz J. Gwiazdowicz
Opinia autorstwa: Dariusz J. Gwiazdowicz
Dzisiaj 09:52
7 min
Rosnąca liczebność wilków w Polsce prowadzi do coraz częstszych sytuacji konfliktowych z ludźmi i zwierzętami gospodarskimi (fot. DamianKuzdak / Getty Images)
TYLKO NA
  • Polska obejmuje ochroną ścisłą blisko 600 gatunków zwierząt, a częściową ponad 200. Liczba gatunków na liście nie przekłada się na skuteczność ich ochrony.
  • Do 1927 roku opiekę nad zagrożonymi gatunkami łownymi (m.in. żubrami i kozicami) w czynie społecznym sprawowali myśliwi – bez kosztów dla podatnika.
  • Rosnąca liczebność wilków i niedźwiedzi prowadzi do coraz częstszych ataków na ludzi i zwierzęta gospodarskie, a resort klimatu i środowiska reaguje głównie kampaniami wizerunkowymi.

Są w naszym kraju gatunki zagrożone wyginięciem, jak na przykład wesz łonowa, nazywana także mendoweszką czy mendą. Spadek liczebności tego gatunku jest związany z depilacją miejsc intymnych oraz wyższym poziomem higieny w ostatnich dziesięcioleciach. Czy będziemy zatem walczyli o ochronę tego gatunku i tworzyli „rezerwaty”? Oczywiście, że nie.

Gdzie zatem przebiega granica pomiędzy tym, co powinniśmy chronić, a tym, czego chronić nie ma potrzeby? Z przyrodniczego punktu widzenia każdy gatunek jest niezmiernie cenny, gdyż niesie w sobie jedyną i niepowtarzalną informację genetyczną.

W przyrodzie nie ma gatunków dobrych i złych, więc wszystkie zasługują na ochronę. Ponieważ jednak ochronę realizuje Homo sapiens, wprowadził on określone zasady, które nie zawsze są zrozumiałe, logiczne i akceptowalne. Generalna zasada, obowiązująca niemal we wszystkich krajach, dotyczy ochrony rzadkich i zagrożonych gatunków grzybów, roślin i zwierząt. Nie chroni się jednak gatunków stanowiących zagrożenie dla życia czy zdrowia człowieka, czyli pasożytów oraz organizmów przenoszących chorobotwórcze bakterie i wirusy. Zobaczmy zatem, jak to wygląda obecnie w naszym kraju.

Reklama
Reklama

W Beskidach rozpoczęło się rykowisko. Słychać już pierwsze jelenie

Nieskuteczne prawo

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości już w 1919 roku ukazało się rozporządzenie Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego o ochronie niektórych zabytków przyrody, w którym wyszczególniono 10 gatunków zwierząt (5 ssaków, 4 ptaki, 1 rybę) zasługujących na ochronę. Po II wojnie światowej pierwsze rozporządzenie dotyczące ochrony gatunkowej zwierząt ukazało się w 1952 roku i wyszczególniono w nim 128 gatunków, wśród których były także bezkręgowce (10 gatunków owadów i jeden gatunek mięczaka). Dziś mamy objętych ochroną ścisłą blisko 600 gatunków zwierząt, a ochroną częściową ponad 200.

Rodzi się zatem pytanie: na ile poszerzanie listy gatunków chronionych podnosi skuteczność ich ochrony? Ile jest osób w Polsce, które potrafią rozpoznawać wszystkie gatunki chronione? Ile osób wie, jak wygląda kilkumilimetrowy ślimak Caseolus calculus, który nie ma nawet polskiej nazwy? Można odnieść wrażenie, że stworzyliśmy prawo, które jest nieskuteczne, gdyż wiele osób nie rozróżnia sarny od jelenia, a co dopiero trudniej rozpoznawalne gatunki. W rozporządzeniu ministra środowiska z 2016 roku wyszczególniono ponad 130 gatunków, które wymagają ochrony czynnej, czyli naszej aktywności.

Ile zatem z tych gatunków posiada program ochrony, który jest wdrażany? Kto wykonuje prace przyczyniające się do skuteczniejszej ochrony? Czy państwo radzi sobie z tym problemem? Zdecydowanie nie, bo nie mamy rozwiązań systemowych i w efekcie wiele gatunków będących na liście zwierząt chronionych notuje spadek liczebności. Gdyby nie krytykowani powszechnie w mediach leśnicy i myśliwi, już dawno nie mielibyśmy w naszym kraju głuszców czy cietrzewi, a na niebie nie latałyby sokoły wędrowne.

Reklama
Reklama

Gatunki pod ochroną

Wspomniane rozporządzenie z 1919 roku nie spełniało wszystkich oczekiwań, gdyż nie chroniło skutecznie wielu gatunków zwierząt, dlatego w 1927 roku ukazało się Rozporządzenie Prezydenta RP o prawie łowieckim. W rozporządzeniu tym na listę zwierząt łownych wpisano m.in. żubry, kozice, świstaki i wiele innych rzadkich i zagrożonych gatunków. W art. 48 zabroniono jednak na nie polować. O co zatem chodziło? Rzecz w tym, że gatunki zagrożone wyginięciem wymagają opieki, wsparcia, poprawy warunków środowiskowych, bazy lęgowej, ograniczania presji wrogów naturalnych, walki z kłusownictwem, monitorowania liczebności i te wszystkie zadania musi ktoś wykonywać.

Ary głodzą najmłodsze pisklęta. Badaczka podrzuca je dzikim „przybranym rodzicom”

W imieniu państwa zadania te wykonywali w czynie społecznym myśliwi, podatnik nie musiał za to płacić, a rzadkie gatunki przetrwały do dziś. Chodziło o to, by każdy gatunek miał określony status prawny, a spod prawa wyłączono jedynie szkodniki, np. myszy i szczury, które każdy mógł zwalczać w dowolny sposób. I taki model ochrony zwierząt obowiązywał do ubiegłego roku, kiedy to w imię ideologicznej walki z myśliwymi pięć gatunków ptaków wyłączono z listy zwierząt łownych. Ponieważ nie było merytorycznych argumentów, by wpisać je na listę gatunków chronionych, mają one obecnie taki sam status prawny jak wspomniane myszy i szczury. Czy to spowoduje skuteczniejszą ich ochronę? Oczywiście, że nie, ale celem nie jest ochrona, a zaspokajanie ideologicznych oczekiwań aktywistów.

Reklama
Reklama

Włączamy dobry klimat

Wzrost liczebności niektórych gatunków chronionych może generować problemy i niezadowolenie społeczne. Takim przykładem mogą być kormorany zjadające ryby, szpaki niszczące zbiory w sadach czy żurawie niszczące zasiewy kukurydzy, jednak najbardziej konfliktowymi gatunkami są obecnie niedźwiedzie i wilki. Konsekwencją dynamicznego wzrostu liczebności tych drapieżników są ataki na ludzi oraz zwierzęta gospodarskie, a liczba takich niebezpiecznych sytuacji z roku na rok wzrasta. Przedstawiciele bieszczadzkich gmin regularnie rejestrują wszystkie sytuacje konfliktowe i zgłaszają takie problemy, jednak resort klimatu i środowiska przyjął zasadę nicnierobienia.

Co prawda pojawiły się ostatnio patrole, które gumowymi kulami mają odstraszać niedźwiedzie, ale już dziś wiadomo, że są to rozwiązania pozorne. Ministerstwo, w obawie, że niezadowoleni mieszkańcy wsi, którzy czują się zagrożeni, mogą domagać się większej aktywności oraz wypracowania rozwiązań systemowych, zaproponowało kampanię „#WłączamyDobryKlimat”. Kampania dotyczyła odpowiedzi na pytanie „Czego nie mówić”. Dowiedzieliśmy się zatem, by nie mówić „wilczy apetyt”, bo to „stygmatyzowanie zdrowej relacji z jedzeniem”, by nie mówić „człowiek człowiekowi wilkiem”, bo to „obarcza wilki odpowiedzialnością za ludzkie zachowania”.

Reklama
Reklama

Można zatem odnieść wrażenie, że słowa Jezusa Chrystusa, który mówił „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki”, są co najmniej niewłaściwe. Pytanie tylko, czy na tym powinna polegać aktywność Ministerstwa Klimatu i Środowiska? Oczywiście, że nie, a pieniądze podatników powinny być wydatkowane na przykład na opracowanie strategii zarządzania gatunkami konfliktowymi, by ludzie byli bezpieczni, a drapieżniki utrzymywane na określonym poziomie liczebności. Jeśli się tego nie zrobi, to można spodziewać się rozwoju kłusownictwa oraz niekontrolowanej walki z wilkami i niedźwiedziami, na przykład za pomocą zatrutej przynęty.

„Piekło tam jest”. Prokuratura przedłuża śledztwo ws. schroniska dla zwierząt

Podsumowując, można powiedzieć, że obecnie w naszym kraju nie mamy systemowych rozwiązań pozwalających na skuteczną ochronę gatunków zagrożonych wyginięciem. Nie mamy także strategii zarządzania gatunkami chronionymi, których wzrost liczebności stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia człowieka. Oddolne inicjatywy niektórych grup społecznych są chwalebne, ale nie rozwiążą tych problemów. Nadszedł zatem czas na piętnowanie niekompetencji rządzących i ich arogancji, która ma zasłonić kompromitującą niewiedzę.

Źródło: Zero.pl
Dariusz J. Gwiazdowicz
Dariusz J. GwiazdowiczProf. dr hab., członek rady klimatu i ochrony środowiska przy Prezydencie RP, stały doradca sejmowej komisji ochrony środowiska zasobów naturalnych i leśnictwa - autor zewnętrzny.
Reklama
Reklama