Reklama
Kultura

Wydawcy ruszyli na ratunek czytelnikom przed cenami... które sami ustalają

Część polskich wydawców ruszyła z kampanią przeciwko planowanej reformie rynku książki i ostrzega, że czytelnicy zapłacą więcej, jeśli znikną gigantyczne rabaty na nowości. Problem w tym, że nikt nie widział pełnego projektu ustawy, a jej przeciwnicy już wiedzą, ile będzie nas kosztować. Godna podziwu zdolność przewidywania przyszłości, zwłaszcza w branży, która zawodowo zajmuje się czytaniem.

Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Opinia autorstwa: Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Dzisiaj 09:15
13 min
Kampania wydawców „Nie podnoście Polakom cen książek” ostrzega przed drożyzną, choć pełnego projektu ustawy o ochronie rynku książki wciąż nie opublikowano (fot. Getty Images)
TYLKO NA

Kiedy kilka dni temu ogłoszono wyniki konkursu na Ulubioną Księgarnię Warszawy, pomyślałam, że organizatorzy wykazali się nie lada przezornością. Przyznali bowiem nagrody w czterech kategoriach, do tego dorzucili wyróżnienia. Jeszcze trochę, a każdy warszawski księgarz dostałby dyplom za samo otwarcie lokalu, zwłaszcza że małe księgarnie znikają z miejskiego krajobrazu szybciej, niż pojawiają się w nim kolejne Żabki.

Oczywiście przesadzam. Według miejskich szacunków w Warszawie działa około 100 niezależnych księgarń i antykwariatów. Tyle że antykwariat, choćby najwspanialszy, nie jest księgarnią sprzedającą nowe książki. A różnica ma znaczenie nie tylko statystyczne. O ile przy sprzedaży nowego egzemplarza autor może liczyć na wynagrodzenie, o tyle przy jego kolejnej odsprzedaży nie dostaje już ani grosza. Można więc powiedzieć, że antykwariaty kochamy miłością bezinteresowną i to dosłownie.

To jednak smutna konstatacja, bo kiedy próbuję wymienić z pamięci miejsca, w których można wejść między regały, przejrzeć nowości, porozmawiać z księgarzem i wyjść z książką, której wcale nie zamierzało się kupić, moja lista robi się niepokojąco krótka. Pierwszy przykład z brzegu? Niedawno po 35 latach działalności zamknęła się księgarnia Liber przy Uniwersytecie Warszawskim. Jedno z tych miejsc, które wydawały się równie trwałym elementem Krakowskiego Przedmieścia jak sam uniwersytet czy pomnik Adama Mickiewicza.

Zostawcie dzieciom książki, nie kartkówki. Tak ma wyglądać nowa podstawa programowa

Reklama
Reklama

I właśnie w takim momencie część czołowych polskich wydawców postanowiła wjechać na białym koniu i ratować czytelnictwo. Dokładnie 21 października ruszyła bowiem kampania „Nie podnoście Polakom cen książek”. Jest w niej wszystko, czego potrzeba do skutecznej akcji społecznej: troska o obywateli, koniecznie Polaków, widmo drożyzny, dramatyczne prognozy i sugestia, że ktoś zaraz odbierze im ostatnią przyjemność, na jaką ich jeszcze stać. Brakuje tylko zdjęcia zapłakanego dziecka stojącego przed półką z „Kicią Kocią”, któremu mama odmawia zakupu kolejnej części, bo przygody dzielnej kotki kosztują już 100 zł. Biada!

Z czym właściwie wydawcy walczą? Otóż Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego od ponad roku zapowiada ustawę o ochronie rynku książki. Ale nie wypominajmy resortowi tego drobnego poślizgu, wszak czytelnictwo nie jest najważniejszą rzeczą na świecie, czyż nie? A wracając do kampanii, jednym z głównych założeń ustawy jest wprowadzenie jednolitej ceny nowości wydawniczych przez pierwsze 12 miesięcy sprzedaży. W praktyce oznaczałoby to, że książka nie mogłaby już w dniu premiery trafiać do wielkich księgarń internetowych z kilkudziesięcioprocentowym rabatem.

Zapowiadane są również: ograniczenie rabatów hurtowych do 45 proc., większa przejrzystość danych o sprzedaży oraz minimalne wynagrodzenia dla autorów i tłumaczy. Wszystko to ma uporządkować rynek, na którym wielcy dystrybutorzy od lat dyktują warunki, a małe księgarnie coraz trudniej radzą sobie z konkurencją. Ale czy rzeczywiście uporządkuje? Tego najstarsi górale nie wiedzą, zwłaszcza że na razie znamy tylko ministerialne założenia, a nie pełny tekst projektu, który dorobił się już przydomka „ustawa Yeti” – wszyscy o niej mówią, a nikt nie widział.

Reklama
Reklama

Nobel dla Anne Carson. Czy wielka literatura musi się podobać?

Wróćmy jednak do kampanii wydawców i kilku absurdów, którymi – pardon my French – sami się trochę podłożyli. Absurd numer jeden? Ceny książek, przed których wzrostem ostrzegają, ustalają przecież sami wydawcy. Weźmy książkę, która ma na okładce cenę 59,90 zł. W dniu premiery trafia do internetowej księgarni na przykład za 35,90 zł. Czytelnik jest szczęśliwy, bo zaoszczędził 24 zł, księgarnia skacze pod niebiosa, bo sprzedała książkę. Wydawca, miejmy nadzieję, też jest szczęśliwy, bo jego książka znalazła nabywcę.

To teraz proszę mi powiedzieć: czym właściwie jest te 59,90 zł? Ceną książki czy stemplem potrzebnym do potwierdzenia faktu: „Ależ pan dzisiaj zaoszczędził”? Oczywiście wiem, że cena okładkowa nie jest prostą sumą kosztów papieru, druku i autorskiego honorarium. Są jeszcze marże, rabaty hurtowe, koszty dystrybucji i cała ekonomia rynku. Ale skoro książka może być sprzedawana od pierwszego dnia z rabatem sięgającym kilkudziesięciu procent, to może warto wreszcie porozmawiać o tym, jak powstaje jej cena, zamiast straszyć czytelników, że ktoś każe im zapłacić pełną kwotę z okładki.

Bo to właśnie jest największy intelektualny fikołek tej kampanii. Wydawcy przedstawiają scenariusz, w którym po wprowadzeniu jednolitej ceny książki czytelnik będzie płacił więcej, ponieważ znikną wysokie rabaty. A skąd pewność, że ceny okładkowe pozostaną takie same? Czy zostały wyryte w kamieniu albo spadły z nieba wraz z tablicami Mojżesza? Czy może jednak ktoś po prostu je ustala i może je również zmieniać?

Nie twierdzę, że wystarczy obniżyć cenę na okładce o 40 proc. i problem zniknie, bo tak po prostu nie działa ekonomia. Twierdzę jedynie, że przedstawianie dzisiejszej ceny okładkowej jako wielkości niezmiennej, a dzisiejszego rabatu jako bezinteresownego prezentu dla czytelnika wymaga sporej fantazji i, co tu dużo gadać, odrobiny tupetu. Zwłaszcza od ludzi, którzy zawodowo zajmują się sprzedawaniem książek i doskonale wiedzą, że działalność wydawnicza, obok całej swojej misji kulturalnej, jest również biznesem.

Reklama
Reklama

Tylko może nie trzeba od razu przedstawiać własnego interesu ekonomicznego jako narodowej akcji ratowania czytelniczych portfeli?

Za a nawet przeciw

Absurd numer dwa. Polska Izba Książki, jedna z najważniejszych organizacji reprezentujących branżę wydawniczą, od lat uczestniczy w pracach nad uporządkowaniem rynku książki. Jej przedstawiciele brali udział w pracach nad założeniami obecnej reformy. Co więcej, Izba zamówiła analizę ekonomiczną, opublikowaną w lutym tego roku, której autorem jest dr hab. Michał Bernardelli, profesor Szkoły Głównej Handlowej. Z symulacji wynika, że przy odpowiednim dostosowaniu cen okładkowych i rabatów handlowych wprowadzenie jednolitej ceny nie musi oznaczać istotnego wzrostu cen płaconych przez czytelników.

To oczywiście jeden z możliwych scenariuszy, a nie gwarancja, że książki nie podrożeją.

„Lalka” kontra „Lalka”. Podobno film jest lepszy od serialu. Podobno film jest gorszy od serialu

Czyli, mówiąc po ludzku, ceny nie są dane raz na zawsze, a dokładnie ten szczegół wydawcy uczestniczący w kampanii zdają się pomijać. Ale teraz idzie najlepsze: oto wśród jej uczestników pojawia się Rebis, wydawnictwo należące do Polskiej Izby Książki!

Nie oznacza to oczywiście, że Rebis popierał wszystkie rekomendacje Izby ani że każdy jej członek musi zgadzać się z każdym stanowiskiem organizacji. Ale trudno nie docenić groteskowego uroku tej sytuacji. Jedna część branży przez lata pracuje nad koncepcją regulacji, druga ostrzega przed jej konsekwencjami, a niektóre podmioty spotykają się w obu tych światach.

Reklama
Reklama

Najwyraźniej polski rynek książki osiągnął już taki poziom skomplikowania, że wydawcy muszą bronić czytelników również przed pomysłami własnego środowiska.

Diabeł tkwi w szczegółach

Jest zresztą w tej historii kolejny szczegół, który czyni całą awanturę szczególnie osobliwą, o czym wspomniałam na początku felietonu. Otóż ustawy, przeciwko której właśnie organizuje się kampanię, opinia publiczna wciąż nie miała okazji przeczytać. Znamy jej założenia, ministerialne komunikaty i zapowiedzi. Samego projektu, z konkretnymi artykułami, definicjami i wyjątkami, nadal próżno szukać.

A przecież definicje i wyjątki są tutaj kluczowe. Weźmy chociażby zapowiadany 45-procentowy limit rabatu hurtowego. Brzmi jak rozwiązanie, które ma ukrócić dyktat największych dystrybutorów, tyle że maksymalny rabat nie oznacza jednakowych warunków dla wszystkich. Wielka sieć może wynegocjować pełne 45 proc., podczas gdy niewielka księgarnia otrzyma znacznie mniej. Obie będą sprzedawały książkę za tę samą cenę, ale niekoniecznie będą na niej tyle samo zarabiały. Czy projekt przewiduje mechanizmy, które rzeczywiście ograniczą tę nierówność? Tego właśnie chcielibyśmy się dowiedzieć.

Olga Tokarczuk i pytania zakazane. Wywiad, którego nie przeczytacie

Reklama
Reklama

Tymczasem zamiast dyskutować o konkretnych przepisach, których nadal nie możemy przeczytać, urządzamy ogólnopolską awanturę o skutki, których skali nie potrafimy jeszcze wiarygodnie oszacować. Trzeba przyznać, że jak na środowisko zawodowo zajmujące się publikowaniem tekstów, jest to dość osobliwy sposób prowadzenia debaty.

Co więcej, jednolita cena książki nie jest wynalazkiem polskim. We Francji funkcjonuje od 1981 r., w Niemczech obowiązuje ustawowa regulacja, a podobne rozwiązania istnieją również w innych europejskich krajach. Ich celem jest między innymi ochrona różnorodności rynku i ograniczenie przewagi największych sprzedawców, którzy mogą konkurować rabatami niedostępnymi dla małych księgarń.

Nie znaczy to, że francuską ustawę można przepisać na polski grunt i oczekiwać cudu. Nie znaczy również, że każdy przepis obecnego projektu jest dobry. Ale po kilkudziesięciu latach europejskich doświadczeń przedstawianie jednolitej ceny książki jako ekonomicznego eksperymentu na polskich czytelnikach wymaga już pewnej odwagi połączonej z tupetem i, proszę wybaczyć, ale odważę się użyć tego słowa, tanim populizmem.

Inne rozwiązania?

To oczywiste, że sama jednolita cena nie rozwiąże wszystkich problemów. Można zasadnie pytać, czy ograniczenie swobody ustalania cen detalicznych przy jednoczesnym dopuszczeniu wysokich rabatów handlowych rzeczywiście wyrówna szanse małych i dużych graczy. Kluczowe jest, czy największe sieci nie zachowają przewagi dzięki swojej sile negocjacyjnej, czy regulacja cen jest najlepszym sposobem wspierania księgarń albo czy wreszcie może należałoby również stworzyć skuteczniejsze mechanizmy finansowania twórczości, lokalnych inicjatyw literackich i bibliotek.

Reklama
Reklama

To są poważne pytania, na które warto szukać odpowiedzi. Podobnie jak warto dyskutować o zapisach projektu dotyczących przejrzystości danych sprzedażowych i wynagrodzeń autorów.

Tylko że do takiej dyskusji potrzeba argumentów, a nie kampanii reklamowej, w której cała skomplikowana ekonomia rynku książki zostaje sprowadzona do dramatycznego ostrzeżenia, że Kowalskiemu zabraknie na trzeci tom ulubionej serii i że będzie płacił – o zgrozo – PODATEK od czytania (oryginalne hasło z kampanii).

„Null”, czyli coś. Wojna w Ukrainie według Szczepana Twardocha

Tytułem wyjaśnienia: nie jestem komitetem poparcia dla obecnego kierownictwa Ministerstwa Kultury. Nie zamierzam też, jako członkini Unii Literackiej, bezkrytycznie zachwycać się każdą ustawą, w której pojawia się słowo „książka”. Nie chodzi o to, żeby państwo napisało jakikolwiek przepis i mogło odtrąbić sukces. Chodzi o to, żeby polski rynek książki wreszcie doczekał się reguł odpowiadających rzeczywistości XXI wieku. Bo jak na razie przypomina Dziki Zachód albo wolną amerykankę z początku lat dziewięćdziesiątych. I podobnie jak w tamtych czasach najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy dysponują największą siłą. Istne rekiny biznesu i młode wilki w jednym.

Reklama
Reklama

Literatura na wagę. Tylko czego?

To normalne, że autorzy, tłumacze, małe księgarnie i czytelnicy nie zawsze mają w tej grze te same interesy. Wydawcy również mają prawo bronić swoich. Tylko może warto byłoby robić to pod własnym szyldem, zamiast przebierać się za zajadłych obrońców portfeli polskich rodzin.

Na mój gust kampania „Nie podnoście Polakom cen książek” ma jedną zasadniczą słabość. Otóż nie odpowiada na pytanie, jak uporządkować rynek, na którym małe księgarnie przegrywają konkurencję z wielkimi platformami, autorzy od lat walczą o uczciwe zasady wynagradzania, a ceny okładkowe coraz mniej przypominają ceny rzeczywiście płacone przez czytelników.

Nie słyszę też od organizatorów kampanii szczególnie głośnych propozycji, jak poradzić sobie z inną przypadłością polskiego rynku, to jest nadprodukcją książek. Co roku na półki trafiają tysiące nowych tytułów, których przeciętny czytelnik nie byłby w stanie przeczytać, nawet gdyby porzucił pracę, rodzinę i sen. Książki ledwie zdążą pojawić się w księgarniach, a już ustępują miejsca następnym. W tej gonitwie łatwo zacząć traktować redakcję i korektę jako koszt, który należy ograniczyć, zamiast inwestycji w jakość.

Oczywiście nie dotyczy to wszystkich wydawców. Ale jeśli lekarstwem na problemy rynku ma być przede wszystkim wypuszczanie na niego kolejnych produktów i prześciganie się w rabatach, byle na koniec dnia zgadzały się rubryki w Excelu, to może warto zapytać, czy sami wydawcy nie dopisują kolejnych rozdziałów do historii jego kryzysu.

Reklama
Reklama

Troska o czytelnika nie powinna kończyć się na tym, żeby zapłacił za książkę jak najmniej. Przydałoby się jeszcze zadbać, żeby dostał książkę dobrze napisaną, porządnie zredagowaną i pozbawioną literówek. Wiem, wiem, wymagania z kosmosu, ale kto zabroni mi marzyć?

Tołstoj, Proust, Joyce. Żaden nie dostał Nobla. Kto więc wybiera „najlepszych” pisarzy?

A skoro o marzeniach mowa, na koniec powiem jeszcze o dwóch. Chciałabym, żeby za kilka lat konkurs na Ulubioną Księgarnię Warszawy nie musiał być survivalowym konkursem o przetrwanie. Żeby organizatorzy mogli wybierać spośród setek miejsc, które nie tylko sprzedają książki, ale tworzą kulturę czytania.

I żebyśmy nie musieli za każdym razem tłumaczyć, że książka to coś więcej niż produkt, który najlepiej sprzedaje się wtedy, kiedy na czerwonej etykiecie widnieje napis „minus 40 procent”. Bo jeżeli jedyną miarą zdrowia rynku książki ma być wysokość rabatu, to może rzeczywiście nie potrzebujemy księgarń, a wystarczy nam jedynie wielki baner z napisem „PROMOCJA”. Albo książki sprzedawane na kilogramy.

Źródło: Zero.pl
Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Dagmara Leszkowicz-ZaluskaDziennikarka i pisarka. Wieloletnia korespondentka agencji informacyjnej Reuters, pracowała również w think-tanku Polityka Insight oraz prowadziła anglojęzyczne serwisy Polskiej Agencji Prasowej - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama