Reklama
Reklama
Reklama

Geniusze, dziwacy, hazardziści. Legendy polskich szachów

TYLKO NA
decydujacy-ruch-rozszerzony
Przed II wojną światową polscy szachiści, tacy jak Akiba Rubinstein, Dawid Janowski i Ksawery Tartakower, należeli do światowej czołówki (fot. Getty Images)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Perypetie legendarnych polskich szachistów stanowią materiał na niezgorszy serial. W ich życiorysach znajdziemy właściwie wszystko – tułaczkę po świecie, uczestnictwo w wojnach światowych, wielkie osobiste dramaty, destrukcyjne uzależnienia, choroby psychiczne, niecodzienne zwyczaje. Spektakularne triumfy i dotkliwe klęski.

Tekst ukazał się w Magazynie Zero#3.

Współczesną polską scenę szachową kojarzy się powszechnie przede wszystkim z osobą Jana-Krzysztofa Dudy, choć doceniać należy również dokonania takich graczy, jak Radosław Wojtaszek czy Michał Krasenkow. Jednak to czasy poprzedzające II wojnę światową określa się niekiedy w literaturze „złotą erą polskich szachów”. I trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę nadzwyczajne sukcesy, jakie na arenie międzynarodowej odnosili wówczas Akiba Rubinstein, Dawid Janowski czy Ksawery Tartakower.

Cofnijmy się zatem do XIX wieku, gdy próżno było szukać suwerennej Polski na mapie Europy, jednak szachiści polskiego pochodzenia robili na świecie prawdziwą furorę.

Znaleźli dowody na hipotezę sprzed 100 lat. Odsłaniają mroczną tajemnicę Egiptu

Reklama
Reklama

Akiba Rubinstein – artysta wśród szachistów

Kiedy dokładnie przyszedł na świat Akiba Rubinstein? Tego akurat nie wiemy, jego biografowie wciąż nie doszli w tej sprawie do porozumienia. Źródła wskazują na dwie daty – 1 grudnia 1880 lub 12 grudnia 1882 r. Z całą pewnością urodził się w miejscowości Stawiski, położonej w dzisiejszym województwie podlaskim. Możemy też stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że należy go zaliczać do ścisłego grona najwybitniejszych szachistów epoki.

Akiba Rubinstein (z prawej) i Emanuel Lasker podczas turnieju w Petersburgu w 1909 r. (fot. ullstein bild Dtl. / Getty Images)

Rubinstein dość szybko porzucił naukę w szkole talmudycznej i już jako nastolatek skoncentrował się na szachach. Miał zresztą sporo szczęścia, że udało mu się w ogóle przeżyć dzieciństwo. Jego rodzinę zdziesiątkowała gruźlica – straszliwa choroba, nazywana niegdyś suchotami. Odebrała życie ojcu Akiby, a także aż dziesięciorgu z jego rodzeństwa. Najmłodszy z Rubinsteinów cudem uniknął jednak śmierci i w ekspresowym tempie zapracował na status regionalnej, a później również kontynentalnej i światowej gwiazdy szachów. Już w 1903 r. zaimponował wszystkim podczas wszechrosyjskiego turnieju szachowego w Kijowie, ucierając nosa wielu znakomitym szachistom z Cesarstwa Rosyjskiego. A to były dopiero początki jego popisów.

Reklama
Reklama

Idzie śladem Haalanda. Piłkarski mistrz świata wszedł w nowy biznes

W 1912 r. Rubinstein znalazł się u szczytu swych szachowych mocy. Zatriumfował w pięciu międzynarodowych turniejach z rzędu i w zasadzie wszyscy publicyści zajmujący się królewską grą dostrzegali w nim potencjał na kolejnego mistrza świata. Problem w tym, że namówienie posiadacza tytułu mistrzowskiego, by w ogóle zgodził się przystąpić do rywalizacji z pretendentem, wymagało wtedy niebagatelnych nakładów finansowych. Rubinstein takimi środkami nie dysponował, a nie stali też za nim możni mecenasi, którzy mogliby sfinansować jego pojedynek o tytuł. Dlatego Emanuel Lasker, który zasiadał na szachowym tronie w latach 1894–1921, mógł swobodnie unikać konfrontacji z tak niebezpiecznym oponentem.

Akiba Rubinstein to największy artysta wśród szachistów.

Richard Réti

Lasker miał zresztą powody, by nie palić się do gry o tytuł z Rubinsteinem. Ich słynne starcie, do którego doszło w 1909 r. na turnieju w Sankt Petersburgu, zakończyło się efektownym triumfem polskiego szachisty. Podczas tych samych zawodów Akiba pokonał również między innymi Rudolfa Spielmanna. – Akiba, gdybyś żył w średniowieczu, spłonąłbyś za to na stosie. To, co wyprawiasz w końcówkach wieżowych, to muszą być czary – skwitował zdumiony Spielmann.

Reklama
Reklama

110 miliardów powodów, by wątpić. Co fuzja Paramountu z Warnerem oznacza dla kina i mediów?

I rzeczywiście, dokonania Rubinsteina w tak zwanej grze końcowej do dziś są podziwiane i rozkładane na czynniki pierwsze przez szachowych teoretyków. Szansa na zdetronizowanie Laskera wydawała się już wtedy bliska materializacji, lecz wybuch I wojny światowej znowu oddalił od niej Polaka. Rubinstein utracił bowiem wówczas wszystkie oszczędności.

Po wojnie błyskotliwy szachista zatracił dawny impet. Wprawdzie wciąż potrafił zaprezentować się z kapitalnej strony – na przykład w 1930 r. w Hamburgu, gdy powiódł reprezentację Polski do triumfu podczas 3. Olimpiady Szachowej – ale naprawdę udane występy przeplatał z okresami kompletnej posuchy. Zadziwiał też swoim zachowaniem podczas turniejów. Niegdyś jego drobne wybryki traktowano jak niegroźne dziwactwa, typowe dla wielu genialnych ekscentryków, lecz w latach 30. XX stulecia Rubinstein ewidentnie przestawał nad sobą panować. Pogrążał się w nerwicach. Przede wszystkim dręczyła go antropofobia – lęk przed ludźmi.

Akiba bał się kontaktu z publicznością, z organizatorami zawodów, a nawet z przeciwnikami. Doszło wreszcie do tego, że po wykonaniu swojego posunięcia na szachownicy Rubinstein w pośpiechu oddalał się od stolika i stawał gdzieś w kącie sali, odwrócony twarzą do ściany. Tam cierpliwie czekał na ruch rywala, a układ bierek analizował rzecz jasna w pamięci.

– Akiba nie lubił patrzeć na swoich oponentów – opowiadał arcymistrz Giennadij Sosonko, wybitny znawca historii królewskiej gry. – Ale jeszcze bardziej irytowało go, gdy naprzeciw niego stało puste krzesło. Często na jego życzenie organizatorzy umieszczali więc na stole lusterko, by Rubinstein mógł spoglądać jedynie na odbicie swojego przeciwnika. I być może również zerkać na samego siebie. Nawet w czasie swoich największych triumfów wielki Akiba najchętniej usadawiał się w pozycji częściowo odwróconej od szachownicy. Jak gdyby izolował się od rywala i próbował traktować partię szachów niczym rozgrywkę z samym sobą.

Reklama
Reklama

Rubinstein regularnie narzekał również na to, że wokół szachownicy krąży natrętnie bzycząca mucha, która utrudnia mu koncentrację. Dźwięki wydawane przez owada słyszał jednak wyłącznie on. W 1932 r. Polak został ostatecznie zmuszony do przerwania kariery i stopniowo odciął się od świata zewnętrznego. – Mogą państwo wstąpić, ale tylko na chwileczkę. Inaczej mąż ucieknie przez okno – takim ostrzeżeniem żona Akiby zwykła podobno witać gości.

Właściwie nie jest do końca jasne, w jaki sposób Rubinsteinowi udało się przeżyć Holokaust. Wybuch II wojny światowej zastał go na terenie Belgii. Jedna z wersji tej historii głosi, że niemieccy żołnierze odnaleźli dawnego szachowego wirtuoza w szpitalu psychiatrycznym Jean Titeca w Schaerbeek i zapytali, czy czuje się tam szczęśliwy. Gdy Rubinstein przecząco pokręcił głową, naziści zaproponowali mu pracę ku chwale III Rzeszy. Rozpromieniony Akiba zgodził się natychmiast, co prawdopodobnie przekonało okupantów, że mają do czynienia z człowiekiem kompletnie oderwanym od rzeczywistości. Dali więc sobie z Rubinsteinem spokój.

Nike dogoniła Twardocha. Dlaczego dopiero teraz?

Polak zmarł w 1961 r. „Po wojnie marniał w belgijskich przytułkach, żyjąc w opłakanych warunkach. Odszedł w 1961 r., ale tak naprawdę dusza uleciała z niego znacznie wcześniej” – ze smutkiem pisał arcymistrz Max Euwe. W podobne tony uderzał R.E. Fauber: „Reszta historii jest smutna. Po 1932 r. Rubinstein nie rozmawiał już z nikim poza najbliższą rodziną. Po śmierci żony przestał się myć i ścinać włosy oraz brodę. […] Nawet esesmańscy goryle czuli podziw dla człowieka tak bosko lub piekielnie szalonego. Ostatnich 30 lat życia Rubinstein spędził w milczeniu”.

Reklama
Reklama

Z drugiej strony, polski dziennikarz Władysław Litmanowicz zapewniał w swych barwnych wspomnieniach, że odwiedził Rubinsteina na kilka lat przed jego śmiercią i zapamiętał go jako zadbanego, wciąż rzutkiego, choć być może faktycznie odrobinę zdziwaczałego jegomościa.

Był nadzwyczaj spokojnym i opanowanym człowiekiem. Łatwo było się nim opiekować. Bardzo silny fizycznie i zdrowy jak na swój wiek. Ale od czasu do czasu zachowywał się dziwnie. Całymi dniami potrafił nie opuszczać pokoju nawet na krótkie spacery. Albo nie chciał położyć się do łóżka wieczorem. Siadał w fotelu i rozmyślał nad czymś głęboko, przesuwając w skupieniu figury po swojej kieszonkowej szachownicy.

Madame C. Rubin-Zimmer, pielęgniarka

Szachy były dla niego wszystkim. A to trochę za mało, by wypełnić życie.

Salomon, młodszy syn Akiby

Dawid Janowski – król kawiarnianych partyjek

Losy Dawida Janowskiego były być może jeszcze bardziej burzliwe i skomplikowane. Choć akurat on dostąpił zaszczytu zmierzenia się z Emanuelem Laskerem o szachowe mistrzostwo globu.

Podobnie jak Rubinstein, Janowski urodził się na terenie dawnego Cesarstwa Rosyjskiego. A konkretnie – w Wołkowysku nieopodal Grodna, czyli w miejscowości znajdującej się w granicach dzisiejszej Białorusi. Dokładna data jego narodzin także pozostaje spowita mgiełką tajemnicy. Historykom udało się jednak ustalić ponad wszelką wątpliwość, że Janowski przyszedł na świat w 1868 r. w rodzinie polskich Żydów. Wiemy także, iż wziętym szachistą był jego starszy brat – Chaim (Chajkel), prezes Łódzkiego Towarzystwa Zwolenników Gry Szachowej.

Dawid Janowski (z lewej) i Emanuel Lasker w meczu o tytuł mistrza świata w Berlinie w 1910 r. (fot. ullstein bild Dtl. / Getty Images)

Amerykanie nie dawali mu szans. Tak powstał pierwszy Bond

Reklama
Reklama

Po śmierci tego ostatniego przedwojenny dziennik „Nasz Przegląd” pisał tak:

„Chajkel Janowski, który zmarł w stolicy Japonii, z dala od przyjaciół i znajomych, był dziwnym, niecodziennym typem. Będąc z zawodu kupcem i przemysłowcem, cieszącym się dużym mirem wśród sfer przemysłowo-handlowych, był on równocześnie miłośnikiem muzyki, kompozytorem i mecenasem młodych talentów. […] Wśród kupców – świetny kalkulator i towarzysz; dyrygent orkiestry i chóru, znawca śpiewu liturgicznego, wytrawny szachista, a przede wszystkim nieomylny wprost odkrywca młodych i wartościowych talentów. […] On to odkrył genialnego szachistę mistrza Akibę Rubinsteina, który pod jego pieczą moralną i materialną pracował i rozwijał się, osiągając z czasem jeden z najwyższych szczebli w hierarchii elity szachowej świata”.

Możemy się zatem domyślać, że to właśnie po przeprowadzce do Łodzi – i najpewniej pod czujnym okiem Chajkela – swój szachowy potencjał uwolnił również młodszy z Janowskich.

Dawida kojarzy się jednak przede wszystkim z Paryżem, w którym zamieszkał w 1890 r. Został bowiem mistrzem kultowej kawiarni szachowej Café de la Régence, od dziesięcioleci uchodzącej za jeden z najważniejszych punktów na mapie Francji, a właściwie to całej Europy, z perspektywy miłośników królewskiej gry. To właśnie tam genialny Paul Morphy pokonał ośmiu oponentów w pokazowej symultanie, którą – dla lepszego efektu – rozegrał z przepaską na oczach. Natomiast François-Marie Arouet – powszechnie znany jako Wolter – chadzał do tejże kawiarni, by przy stoliku planować kolejne ruchy swoich korespondencyjnych partii z Fryderykiem II Wielkim.

Triumfy odnoszone w Café de la Régence przyniosły zatem Janowskiemu – który w szachowych turniejach reprezentował już wtedy Francję – dużą rozpoznawalność. Grał bardzo agresywnie, posunięcia wykonywał szybko, a zremisowane partie doskwierały mu niemal tak samo jak porażki. Analitycy szachowi podkreślają też jego nadzwyczajne przywiązanie do… gońców. Janowski najbardziej lubił doprowadzać na szachownicy do takich pozycji, w których para jego laufrów mogła swobodnie i bez najmniejszych skrupułów przecinać defensywną strukturę oponenta.

Reklama
Reklama

Czekanie nie leży w mojej naturze.

Dawid Janowski

Z dużym respektem o agresywnej grze Janowskiego wypowiadał się między innymi José Raúl Capablanca, trzeci mistrz świata w szachach. – Szczyt swojej formy osiągnął około 1902 r. Kiedy był w najwyższej dyspozycji, należał do szachistów budzących największy lęk wśród rywali.

Porywcza postawa Janowskiego przy szachownicy niekiedy stawała się jednak jego słabością. Nie było bowiem żadnym sekretem dla jego przeciwników, że Dawid (czy też: David) – będący w tym względzie całkowitym przeciwieństwem Akiby Rubinsteina – wprost nie znosi gry końcowej. Sądzono, że zwyczajnie nie ma do niej cierpliwości. Że bezwzględna precyzja ruchów, tak ważna przy wyrównanych końcówkach, stoi w sprzeczności z jego zamiłowaniem do brawurowych zagrań. Inną teorię na ten temat przedstawiał jednak w swoich publikacjach (przytaczanych przez Edwarda Wintera) Fred Reinfeld, amerykański pisarz: Takie wyjaśnienia to bzdury. Gra w szachy jest przyjemna, ale wygrywanie jest jeszcze przyjemniejsze. Prawdziwym powodem, dla którego Janowski wypuszczał wygrane z rąk, było to, że bał się kryzysu. Tego okropnego momentu, gdy losy partii wiszą na włosku. Choć Janowski wydawał się odważny, musiała w nim tkwić jakaś nutka bojaźliwości. Dlatego cofał się przed decyzjami, których – raz podjętych – nie można było już odwrócić.

Reklama
Reklama

Tołstoj, Proust, Joyce. Żaden nie dostał Nobla. Kto więc wybiera „najlepszych” pisarzy?

Być może właśnie dlatego wspomniany Emanuel Lasker, który tak starannie dobierał przecież swoich przeciwników jako posiadacz tytułu mistrza świata w szachach, w 1910 r. zgodził się na pojedynek rangi mistrzowskiej z Janowskim. Niespodzianki nie było – Lasker wręcz zdeklasował pretendenta, nie przegrywając z nim ani jednej partii w meczu toczonym do ośmiu zwycięstw.

Mimo tej klęski Janowski nadal uważał się za gracza mistrzowskiego formatu. – Na świecie jest tylko trzech prawdziwych mistrzów. Lasker, Capablanca i trzeci, którego przez skromność nie wymienię z nazwiska – mawiał z typową dla siebie swadą i nutką arogancji.

Janowski powiedział kiedyś, że jego gra jest jak Maria I, królowa Szkotów – piękna, ale pechowa.

Andrew Soltis

Prawda jest jednak taka, że Janowski nie był w stanie utrzymać się w czołówce najlepszych szachistów globu. Wszystko wskazuje na to, że był głęboko uzależniony od hazardu i regularnie trwonił w kasynach lub przy grze w karty pieniądze zarobione wcześniej przy szachownicy. Edward Lasker – daleki krewny Emanuela, również doskonały szachista – wspominał: – Zamiast przyznać, że [zamiast skoncentrować się na walce o mistrzostwo świata] spędza całe noce przy ruletce, David powiedział mi pewnego dnia: „Nie sądzę, żeby udało mi się wygrać choćby jedną partię w tym meczu. Emanuel gra tak głupio, że nie chce mi się nawet patrzeć w kierunku szachownicy”.

Niedługo po wybuchu I wojny światowej Janowski przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie spędził blisko dekadę. W 1925 r. powrócił do Francji i tam też dwa lata później zmarł z powodu gruźlicy. Oczywiście – jak to hazardzista – nie przywiózł zza oceanu żadnych oszczędności, był zupełnie spłukany, lecz nie zapomnieli o nim starzy druhowie i sponsorzy z czasów jego szachowej świetności. Na ostatnim etapie życia zagwarantowano mu więc pierwszorzędną opiekę.

Reklama
Reklama

Choć wyniszczony przez chorobę i nałogi, Dawid Janowski wciąż był przecież tym samym człowiekiem, który kilkadziesiąt lat wcześniej czarował przy stolikach Café de la Régence.

Ksawery Tartakower – mistrz szachów i słowa

Jakim właściwie imieniem najlepiej się posługiwać, chcąc opowiedzieć o fenomenie Ksawerego (?) Tartakowera? Wbrew pozorom – niełatwo odpowiedzieć na tak postawione pytanie.

Tartakower urodził się w 1887 r. w Rostowie nad Donem, w rodzinie austriacko-polskich Żydów, i przez pierwsze lata życia posługiwał się wyłącznie imieniem Sawielij (Szaweł). Stąd w większości anglojęzycznych opracowań przedstawia się go dziś jako Savielly’ego. Aczkolwiek szachista nosił też katolickie imię Ksawery, pod którym najszerzej znany jest w Polsce, a także we Francji (tam – jako Xavier). Zatem do wyboru, do koloru. Ale to dopiero początek kłopotów, jakich nastręczają próby ustalenia kluczowych faktów dotyczących bujnego życiorysu tego szachisty.

Ksawery Tartakower w partii z Isaakiem Kashdanem podczas turnieju o Puchar Hamiltona-Russella. Pierwszego dnia zawodów Polak pokonał sensacyjnie mistrza świata Aleksandra Alechina. (fot. Hulton Deutsch / Getty Images)

„Gangsterskie państwo” w okupowanej Polsce. Odkryto pamiętnik niemieckiego urzędnika

Reklama
Reklama

Sam Tartakower nie ułatwia zresztą historykom sprawy – w jednej ze swoich książek zapewniał na przykład, że pierwszą styczność z królewską grą miał jako dwunastolatek, usadzony przed szachownicą przez tatę, ale inne z jego lakonicznych wspomnień zdają się temu przeczyć. Jest natomiast pewne, że znaczną część młodych lat spędził w Genewie oraz Wiedniu. Jego ojciec był wystarczająco zamożnym przedsiębiorcą, by opłacić mu studia na tamtejszych uniwersytetach. Tartakower został więc z wykształcenia prawnikiem, zrobił nawet doktorat, choć nigdy nie traktował tego do końca poważnie. Mawiano, że bawił się prawem, a studiował szachy.

W 1911 r. rodzice Tartakowera zostali zamordowani podczas napadu rabunkowego, co de facto zakończyło jego związki z Imperium Rosyjskim. W trakcie I wojny światowej Ksawery służył natomiast w armii austro-węgierskiej (podobnie jak jego brat, który zginął na froncie) i został nawet poważnie ranny w trakcie jednej z potyczek, ale zdołano w porę przetransportować go do szpitala garnizonowego. Czechosłowacki arcymistrz Salomon Flohr uważa, że wszystkie te przeżycia odcisnęły głębokie piętno na psychice Tartakowera.

– Nigdy nie widziałem, by śmiał się do rozpuku. On się tylko – od czasu do czasu – lekko uśmiechał. Był sceptycznie nastawiony do rzeczywistości. W młodości życie musiało go jakoś obrazić, zranić. […] Trudno nawet powiedzieć, by był kiedykolwiek szczęśliwym człowiekiem. Nigdzie nie czuł się jak w domu. Rodzinny komfort i szczęście go ominęły. Nie był mizoginem, ale nie odważył się na małżeństwo.

Reklama
Reklama

Zawód: wiedźmin, adres: Polska. „Dziki Gon” znów w galopie

Tartakower był bardzo popularny, wszyscy go kochali i szanowali. Mimo to żył jak wiecznie samotny, porzucony w ogromnym świecie szachów.

Salomon Flohr

W podobny sposób zapamiętał Tartakowera szachowy dziennikarz Hans Kmoch. – Toczył żywot samotnego wilka. Nikomu nie pozwolił na zostanie swoim przyjacielem. Z sarkazmem i dumą trzymał ludzi na dystans, uważając ich za swoich rywali. Nikomu nie ufał i przywykł do ukrywania się za tarczą złożoną z powiedzonek, które – przy całym ich cynizmie i humorze – przedstawiały go jako człowieka zgorzkniałego, a nawet okrutnego. W rzeczywistości miał w sobie jednak wiele ciepła dla ludzi. I kochał poezję. Pisanie i tłumaczenie wierszy stało się jego sekretną pasją.

Po wojnie Tartakower przyjął obywatelstwo II Rzeczypospolitej i – choć słabo mówił po polsku – zaczął reprezentować ten właśnie kraj na turniejach szachowych. Był członkiem wspomnianej już drużyny, która – z Akibą Rubinsteinem na czele – zatriumfowała podczas 3. Olimpiady Szachowej w 1930 r. Rok później Biało-Czerwoni zakończyli zresztą te zawody na drugim miejscu. Tartakower przywoził też do Polski medale z olimpiad zorganizowanych w 1935, 1937 i 1939 r.

Czy naprawdę czuł się Polakiem? Zdaniem historyka Stefana Gawlikowskiego na tym etapie życia był on już raczej obywatelem świata, nieczującym przywiązania do konkretnego państwa, ale po porażce potrafił zakrzyknąć wojowniczo: „jeszcze Polska nie zginęła!”.

Reklama
Reklama

Uchodził za błyskotliwego, agresywnego gracza, choć dziś jego wkład w rozwój teorii szachów doceniany jest znacznie bardziej niż jego własne dokonania przy 64-polowej planszy. Tartakower był bowiem niezwykle płodnym pisarzem i publicystą – pozostawił po sobie mnóstwo artykułów, książek i wszelkiego rodzaju analiz, podanych na ogół z charakterystycznym dlań dowcipem i przekąsem. Wykreowane przez Ksawerego aforyzmy zwykło się określać „tartakoweryzmami”.

Oto niektóre z jego pamiętnych stwierdzeń:

  • „Zawsze istnieje właściwe posunięcie. Trzeba je tylko znaleźć”.
  • „Moralne zwycięstwa się nie liczą”.
  • „Nikt jeszcze nie wygrał partii przez jej poddanie”.
  • „Każda partia ma trzy fazy. W pierwszej ma się nadzieję, że stoi się lepiej. W drugiej się wierzy, że stoi się lepiej. W trzeciej się widzi, że pozycja jest przegrana”.
  • „Partia szachów to opowieść tysiąca i jednego błędu”.
  • „Spokojne posunięcia niekiedy działają jak trzęsienie ziemi”.
  • „W szachach istnieje tylko jeden rodzaj błędu: przesadne mniemanie o swoim rywalu”.
  • „Zdarzają się niefortunne zwycięstwa i wielkie porażki”.

Ogłoszono Nagrodę Nobla z medycyny. Trzech laureatów

Wybuch II wojny światowej zastał Tartakowera w Buenos Aires. Rozsądnie byłoby zatem przeczekać tam wojenną zawieruchę, ale szachista nie chciał o tym słyszeć. Przedostał się do Francji i zaciągnął do armii pod nazwiskiem Cartier. Po latach wyjaśniał swój wybór na łamach miesięcznika „Tidskrift főr Schack”, co cytuje „Szachowa Vistula”:

Reklama
Reklama

– Wróciłem, mimo że mój argentyński przyjaciel gwarantował mi możliwości dziennikarskiej i szachowej działalności, i pomimo faktu, że mój wiek (52 lata) usprawiedliwiłby moją nieobecność w teatrze działań wojennych. Ponieważ jestem z pochodzenia Żydem, uważałem, że moim moralnym obowiązkiem, nawet z tą małą siłą, którą dysponowałem, jest przyczynić się do walki z mordercami Żydów. Patrząc obiektywnie, mój powrót do Europy był zupełnie błędny […]. W Paryżu pytano mnie często: „Co ma pan tutaj do roboty w całym tym bezsensie? Siedzieć godzinami w schronie podczas alarmu lotniczego? Po to pan wrócił?”. Ponieważ byłem za stary, więc nie mogłem wstąpić do Armii Polskiej, którą generał Sikorski reorganizował we Francji. Z wielkim trudem udało mi się w lutym 1940 r. wstąpić do francuskiej Legii Cudzoziemskiej i otrzymać stopień porucznika.

Szachiści egzystują na innym wymiarze, z dala od realnego świata.

Ksawery Tartakower

Tartakower – jak przystało na szachowego wirtuoza – słynął z ekscentrycznych zachowań. Zwykł na przykład wozić ze sobą na zawody okropny, wyświechtany kapelusz, który zakładał jedynie przy okazji decydujących partii, zapewniając, że przyniesie mu to szczęście. Na ostatnim etapie życia coraz mocniej przemawiało jednak przez niego swego rodzaju zgorzknienie. „Oto człowiek, który powinien być dobrym lekarzem lub prawnikiem, a został przeciętnym arcymistrzem” – pisał o sobie.

Reklama
Reklama

Wszyscy rozliczają Wiecha. A kto rozliczy tych, którzy przepuścili jego doktorat?

Zmarł w 1956 r. w Paryżu, w samotności i bez grosza przy duszy. – To był człowiek czynu. Gestów i słów – opowiadał Max Euwe. – Posiadał w sobie wszelkie pokłady dobra, ale i trochę negatywnych cech. Bywał kłótliwy, wywoływał kontrowersje. Najchętniej jednak pozostawał w cieniu. […] Niezwykle interesujący człowiek. Chodzący paradoks.

Wojna zburzyła polską potęgę szachową

Nie sposób byłoby nie wspomnieć również nazwiska Mieczysława Najdorfa, który zresztą z dumą wymieniał Ksawerego Tartakowera w gronie swoich szachowych nauczycieli. Wprawdzie Najdorf – poza Polską znany raczej pod imieniem Miguel, ponieważ lwią część życia spędził w Argentynie, gdzie dorobił się zresztą pokaźnego majątku na biznesie ubezpieczeniowym – szczytową formę osiągnął dopiero w latach 40. XX wieku, ale już wcześniej, w okresie międzywojennym, dokładał ważne cegiełki między innymi do sukcesów reprezentacji Polski na szachowych olimpiadach.

„Wariant Najdorfa” w obronie sycylijskiej do dziś cieszy się uznaniem również wśród topowych szachistów.

Atak hitlerowskich Niemiec na Polskę zastał go – podobnie jak Tartakowera – w Buenos Aires, gdzie odbywała się akurat 8. olimpiada. Najdorf nie zdecydował się na powrót do Europy. – Wojny nie przeżył nikt z moich bliskich. Zginęli wszyscy: żona, dziecko, czterech braci, ojciec – opowiadał.

Stefan Gawlikowski – autor książki „Arcymistrzowie” – uzupełnia na łamach Sportowych Faktów: – Rodzinę Najdorfa zamknięto w getcie warszawskim. Żona, córka, krewni, przyjaciele, w sumie około trzystu osób, które znał. Próbował dać im znać, że żyje, dając pokazy gry symultanicznej na ślepo. Czyli bez patrzenia na szachownicę grał jednocześnie na ponad czterdziestu szachownicach. Wiedział, że jest to tak nieprawdopodobne, że prasa o tym napisze. Miał nadzieję, że ta informacja dotrze do jego rodziny. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest pół roku po powstaniu w getcie i Żydzi zostali wymordowani, a jego rodziny już nie ma.

Reklama
Reklama

Ofiarą nazistów padł także Dawid Przepiórka – kolejny z uczestników pamiętnej, zwycięskiej olimpiady z 1930 r. Został schwytany w styczniu 1940 r. w Warszawie i rozstrzelany w ramach zbiorowych egzekucji przeprowadzanych przez Niemców w Palmirach. Swój ostatni wykład szachowy wygłosił w Areszcie Centralnym przy ul. Daniłowiczowskiej, gdzie zamknięto go wraz z grupą innych miłośników gry królewskiej. Ci o żydowskim pochodzeniu nie przeżyli.

Niesamowite odkrycie naukowców na Śląsku. „Unikat w skali świata”

W 1936 r. Przepiórka został pierwszym w historii Polakiem, który otrzymał tytuł Honorowego Członka Międzynarodowej Federacji Szachowej. Był też w tamtym okresie jednym ze sponsorów… Niemieckiego Związku Szachowego. Dlatego prasa w III Rzeszy kłamliwie poinformowała o jego śmierci dopiero po roku, przekonując, że zmarł nieszczęśliwie w Ameryce Południowej.

– Wielu innych naszych szachistów – szczególnie pochodzenia żydowskiego – zostało wymordowanych. Albo w komorach gazowych, albo zmarło z głodu czy z powodu chorób w gettach – tłumaczył Stefan Gawlikowski. – [Podczas II wojny światowej] zostaliśmy pozbawieni nie tylko całej czołówki żydowskiej, ale i polskiej. Zostało zniszczone całe szachowe życie.

Źródła: ChessHistory.com – archiwa Edwarda Wintera, Felietony Szachowej Vistuli, Władysław Litmanowicz – „Dykteryjki i ciekawostki szachowe”, R.E. Fauber – „Impact of Genius”, Jerzy Konikowski, Jacek Gajewski – „Akiba Rubinstein”, Giennadij Sosonko – „Russian Silhouettes”, Richard Reti – „Modern Ideas in Chess”, Fred Reinfeld – „Why You Lose at Chess”, Andrew Soltis – „Why Lasker Matters”, Siergiej Woronkow – „Tajemnica śmierci rodziców Tartakowera”, David Lovejoy – „Moral victories: the story of Savielly Tartakower”, Dariusz Dobek – „Wielki mistrz postradał zmysły. Kazał wyrwać sobie wszystkie zęby”, Marek Wawrzynowski – „Stefan Gawlikowski: Polska była światową potęgą, wojna wszystko zniszczyła”
Michał Kołkowski
Michał KołkowskiDziennikarz Weszło
Reklama
Reklama