Znikają dziesiątki obowiązkowych, opasłych tomów. Z dotychczasowego, przeładowanego kanonu lektur w polskich szkołach ponadpodstawowych zostają zaledwie cztery pozycje do przeczytania w całości. Polską szkołę czeka jedna z najbardziej rewolucyjnych zmian od dekad. I choć projekt nowej podstawy programowej, przygotowany przez ekspertów Instytutu Badań Edukacyjnych, przeszedł już gęste sito recenzji i poprawek, a przed nim „tylko” konsultacje społeczne oraz ostateczny stempel Ministerstwa Edukacji Narodowej, w powietrzu wyraźnie czuć już zapach politycznej bitwy. W Polsce nawet próba uratowania czytelnictwa potrafi błyskawicznie przepoczwarzyć się w wojnę o narodową tożsamość.
Są bohaterami czy mistrzami minimum? Dwie twarze polskiego nauczyciela
Polska rzeczywistość
„Wyście sobie, a my sobie. Każden sobie rzepkę skrobie” – ten cytat z Wesela Stanisława Wyspiańskiego od ponad stulecia bezbłędnie diagnozuje polską rzeczywistość.
Mam dziewiętnaście lat. Zaledwie kilka miesięcy temu odłożyłem długopis po maturze i zamknąłem za sobą drzwi liceum, by rozpocząć studia. Ponad dekada spędzona w trybach polskiego systemu edukacji to dla mnie nie abstrakcyjna teoria z podręczników ani temat do akademickich debat, lecz świeże, wyryte w pamięci doświadczenie. Znam ten system od środka i wiem, jak głębokie pęknięcia skrywa pod lśniącą warstwą programowych deklaracji.
Bądźmy ze sobą bezwzględnie szczerzy, odrzucając nowomowę i polityczną poprawność: dzieci i młodzież w Polsce po prostu nie czytają książek. A lektur szkolnych nie czytają już wcale.
I trudno im się dziwić.
Przez lata szkolny kanon pęczniał od tytułów, które dla większości uczniów stawały się nie zaproszeniem do świata literatury, lecz kolejnym przykrym obowiązkiem do odhaczenia. Język całkowicie odklejony od ich codzienności, szkolna analiza pozbawiona jakiejkolwiek iskry, niekończąca się tresura szczegółów. System, który miał rozbudzać ciekawość, uczył przede wszystkim jednego: jak przetrwać do następnej kartkówki.
„Mówili »wycofać ekrany«, dają pracownie AI”. Burza wokół nowego programu MEN
Zamiast rozwijać wyobraźnię, empatię i umiejętność krytycznego myślenia, szkoła wyhodowała mechanizm przypominający tresurę. Uczeń ma zapamiętać, odtworzyć i bezrefleksyjnie trafić w klucz. Nie musi zrozumieć. Nie ma prawa się nie zgodzić. Najważniejsze, by wiedział, co wpisać w odpowiednią rubrykę.
W dzisiejszej szkole często mniej liczy się to, czy uczeń pojął tragizm ludzkiego losu, uniwersalność cierpienia czy moralne rozterki bohaterów, niż to, czy sprawnie wyrecytuje kolor sukienki na balu albo szczegółowy opis ubioru postaci z trzeciego planu. Wielka literatura, zamiast otwierać przestrzeń do rozmowy o człowieku, zostaje zamknięta w sztywnych ramach kontrolnych pytań.
To nie jest edukacja humanistyczna. To kartkówkowy absurd, który skutecznie potrafi obrzydzić nawet najświetniejsze arcydzieła.
Efekt? Opasły kanon, który w rzeczywistości funkcjonuje jako wielka biblioteka książek nieczytanych. Uczniowie zdobywają piątki, zdają maturę i z gracją poruszają się po egzaminacyjnych schematach, żonglując streszczeniami, opracowaniami z sieci, a dziś coraz częściej także promptami generowanymi przez sztuczną inteligencję. Da się zaliczyć każdy sprawdzian, nie otworzywszy książki nawet na moment. Można wręcz wykręcić genialny wynik na maturze, nie nawiązując z tekstem absolutnie żadnej relacji.
I właśnie w tym tkwi największy paradoks: stworzyliśmy system, który bezustannie deklaruje miłość do literatury, z pasją robiąc wszystko, by do niej zniechęcić.
Eksperci postanowili wreszcie powiedzieć: dość.
Wywrócić edukacyjny stolik
Przygotowywana na wrzesień reforma wywraca dotychczasową logikę nauczania języka polskiego do góry nogami. Zamiast morderczego, chronologicznego marszu przez historię literatury, od epoki do epoki, od nazwiska do nazwiska, stawia na rozumienie tekstów, żywą dyskusję, szlifowanie kompetencji i interpretację współczesnego świata. Literatura ma przestać być zbiorem obowiązkowych pozycji do odhaczenia, a na nowo stać się tym, do czego stworzono sztukę: pretekstem do poznawania człowieka.
Co się dzieje z polską szkołą? „Tyrają po 60 godzin, a my mówimy: płatki śniegu”
Na czym konkretnie polega ta zmiana?
- Cztery lektury obowiązkowe w całości. Na poziomie podstawowym w liceum z dotychczasowego tasiemca zostają zaledwie cztery wskazane imiennie pozycje, które trzeba przeczytać od deski do deski: Bogurodzica, Pan Tadeusz, Lalka i Wesele. To one mają stanowić fundament obowiązkowej lektury w pełnym wymiarze.
- Polscy nobliści zostają, ale to nauczyciel zyskuje wybór. Twórczość polskich laureatów Nagrody Nobla nadal będzie obecna na lekcjach. Zmienia się jednak architektura zajęć: nauczyciel dostaje wolną rękę w doborze utworów i sam zadecyduje, czy klasa zmierzy się z całym dziełem, czy skupi się na kluczowych fragmentach. Dotyczy to m.in. Henryka Sienkiewicza, Władysława Reymonta, Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej i Olgi Tokarczuk.
- Epoki, motywy i gatunki zamiast sztywnego rejestru tytułów. Nowa podstawa programowa porzuca odgórny dyktat konkretnych książek na rzecz poznawania tradycji literackich, motywów i form. Biblia, mitologia czy dzieła Jana Kochanowskiego będą analizowane we fragmentach. Nauczyciel wspólnie z uczniami zyska prawo wyboru – sięgnie np. po dramat Williama Szekspira, polski dramat romantyczny, utwór dramatyczny z XX wieku, tekst z kręgu kultury pozaeuropejskiej lub północnoamerykańskiej, a także poezję XIX, XX i XXI wieku. Podobna elastyczność ma objąć literaturę wojenną, okupacyjną i totalitarną. Zamiast jednego, narzuconego z góry tomu, klasa dostanie wybór: Inny świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Medaliony Zofii Nałkowskiej, opowiadania Tadeusza Borowskiego albo prozę Idy Fink.
Przekleństwo nauczycielskiego etatu, czyli klątwa osiemnastu godzin
- Minimalne limity zamiast przeładowanego programu. Każdy licealista będzie musiał przeczytać co najmniej cztery dłuższe teksty rocznie na poziomie podstawowym lub sześć na rozszerzonym. Do tego dojdą formy krótsze oraz poezja. Nie chodzi więc o kapitulację przed literaturą, lecz o ścięcie nadmiaru i wywalczenie przestrzeni na autentyczną, niespieszną lekturę.
- Literatura współczesna już od pierwszej klasy. Uczniowie zaczną od tekstów współczesnych i ich dialogu z tradycją. W pierwszej klasie mają poznać co najmniej trzy takie pozycje (z czego minimum dwie powstałe po 1989 r.), zderzając je z filarami kultury, m.in. z mitologią i Biblią. Obok klasyków i noblistów wreszcie pojawią się proza popularna, reportaż i literatura faktu, reprezentowane choćby przez Andrzeja Sapkowskiego, Filipa Springera czy Ziemowita Szczerka.
- Sztuczna inteligencja, media społecznościowe i krytyczne myślenie. Program wreszcie zauważa świat za oknem. Uczniowie będą analizować treści generowane przez AI, weryfikować fake newsy, rozkładać na czynniki pierwsze wpisy w mediach społecznościowych i krótkie wideo, z rolkami na TikToku włącznie. Polski ma uczyć nie tylko obcowania z klasyką, lecz także trzeźwego poruszania się w rzeczywistości, w której informacja jest wszędzie, a manipulacja nakłada wyjątkowo atrakcyjne maski.
To nie jest plan zaorania edukacji humanistycznej. To zdeterminowana próba odpowiedzi na pytanie: co zrobić, by humanistyka w ogóle miała jeszcze szansę dotrzeć do młodych ludzi?
Szczegóły tych zmian poznałem bezpośrednio u źródła – od autorki i autora nowej podstawy programowej języka polskiego oraz nowego kanonu lektur. W anonimowych rozmowach nie kryli pozytywnych emocji i mówili o „wywróceniu edukacyjnego stolika, które jest jedyną drogą, by w ogóle uratować czytelnictwo”.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się kolejny rozdział tej historii – znacznie mniej optymistyczny.
Presja opinii publicznej
Choć propozycje te wyszły z rąk zespołu dydaktyków i ekspertów, z korytarzy Ministerstwa Edukacji Narodowej docierają do mnie nieoficjalne, budzące niepokój sygnały. Zamiast merytorycznej dyskusji o jakości kształcenia i wnioskach z badań, w rządowych gabinetach znów króluje kalkulacja: czy reforma przetrwa presję opinii publicznej? Czy przejdzie w całości, czy też politycy po raz kolejny zrejterują pod naporem krytyki, medialnego szumu i krzyku obrońców status quo?
Jeśli o losie reformy znów ma przesądzić nie jej merytoryczna wartość, lecz głośność protestów, będzie to kompromitacja nie tylko samego resortu, ale i całego państwa.
Piątka już nie znaczy „bardzo dobry”. Szkolne oceny tracą sens
To wręcz niedorzeczne. Dokładnie rok temu ministra edukacji Barbara Nowacka po pierwszej fali krytyki wycofała się z dobrych, odważnych propozycji, wyrzucając dorobek ekspertów na aut. Dziś znów potykamy się o ten sam kamień: strach przed nagłówkami i chwilowym spadkiem poparcia okazuje się silniejszy niż odważna decyzja o przeprowadzeniu niezbędnej zmiany.
A przecież dokładnie tak powinna wyglądać dojrzała polityka: eksperci stawiają diagnozę, praktycy projektują rozwiązania, a politycy biorą na siebie odpowiedzialność za ich wdrożenie. Nigdy odwrotnie. Państwo nie może działać jak zastraszony zakładnik medialnych nastrojów, w którym byle głośniejsza awantura wystarczy, by wyrzucić do kosza miesiące rzetelnej pracy.
Za chwilę rozkręci się więc doskonale znany cyrk. Prawica zacznie grzmieć o „odmóżdżaniu”, „zamachu na polskość” i „destrukcji kodu kulturowego”. Lewica odpowie swoimi wyświechtanymi frazesami, a spór o program szkolny po raz kolejny stanie się tanią benzyną dolewaną do pieca polaryzacji. Zamiast rozmawiać o tym, jak sprawić, by młodzi naprawdę zaczęli czytać, przez kolejne tygodnie będziemy okładać się ideologicznymi pałkami.
Pięć problemów nauczycieli i dziesięć decyzji do podjęcia natychmiast
Polska ma bowiem niezwykłą wręcz zdolność do masowej produkcji „ekspertów od edukacji”. Wystarczy, że ktoś kiedyś siedział w szkolnej ławce, by od razu nadał sobie tytuł wybitnego specjalisty od potrzeb współczesnej młodzieży. Nie trzeba czytać badań, rozmawiać z nauczycielami ani zastanawiać się, dlaczego kolejne roczniki traktują lektury jak zło konieczne. Wystarczy mieć opinię. Najlepiej donośną.
Dlatego odpowiedzmy wszystkim krzykaczom krótko: nie, ograniczenie liczby lektur obowiązkowych nie oznacza odarcia młodego pokolenia z kodu kulturowego. Nie, nie równa się to zniszczeniu narodowego dziedzictwa.
To dyżurne straszaki, które brzmią efektownie w telewizyjnym pyskobiciu, ale rozsypują się w pył w konfrontacji z faktami. Filar polskiej i światowej tradycji literackiej zostaje na swoim miejscu. Fundamenty nie znikają. Zmienia się jedynie droga, jaką uczniowie mają do nich dotrzeć, oraz zakres swobody w dobieraniu dzieł, przez które poznają kolejne epoki, gatunki i dylematy.
I właśnie w tym tkwi przepaść między nowoczesną edukacją a odklepaniem zadania z programu.
Polska w edukacyjnej czołówce? Co czwarty uczeń nie zna podstaw matematyki
Przykry obowiązek
Sto razy lepiej, by uczeń przeczytał kilka książek naprawdę, ze zrozumieniem, emocjami i przestrzenią na własną opinię, niż żeby prześlizgnął się po kilkunastu opasłych tomach, znając je wyłącznie z internetowych streszczeń. Lepiej, by jedna powieść stała się punktem wyjścia do rozmowy o miłości, samotności, ambicji czy nierównościach społecznych, niż żeby dziesięć kolejnych zlepiło się w pamięci w bezkształtną masę nazwisk i dat.
Dając nauczycielom i uczniom wolną rękę, oddajemy im sprawczość. A sprawczość to absolutny fundament autentycznego zaangażowania. Trudno rozbudzić w kimś pasję tam, gdzie wszystko zostało z góry zdekretowane, każda myśl musi zmieścić się w szablonie odpowiedzi, a jedynym celem staje się przeskoczenie kolejnego płotka.
Gdy w programie pojawi się więcej współczesnej prozy, reportażu i książek dotykających problemów tu i teraz, łatwiej będzie przerzucić most między szkolną polonistyką a życiem uczniów. Nie ma oczywiście gwarancji, że samo poszerzenie wyboru z dnia na dzień wywoła czytelniczy boom. Jest jednak twardy powód, by sądzić, że szansa na złapanie bakcyla rośnie wtedy, gdy przymus ustępuje miejsca ciekawości, a zaliczanie stron prawdziwemu spotkaniu z książką.
Czy to oznacza, że młodzież całkowicie odrzuca ambitną literaturę i karmi się wyłącznie popkulturą? Absolutnie nie. To wygodny mit, powtarzany chętnie przez tych, którzy od dekad nie próbowali porozmawiać z nastolatkiem bez protekcjonalnego, wyższościowego tonu.
Młodzi ludzie nie uciekają od trudnych książek. Uciekają od opresyjnego sposobu, w jaki szkoła im je serwuje: jako przykry obowiązek, sprawdzian pamięciówki i zestaw dat do wykucia na piątek. Wystarczy zdjąć z literatury ciężkie odium egzaminacyjnego klucza, by te same teksty do nich przemówiły. Wielkie książki naprawdę nie potrzebują pałki przymusu, by opowiadać o rzeczach fundamentalnych. Potrzebują po prostu kogoś, kto pomoże je odkryć.
Doskonałym przykładem jest Lalka Bolesława Prusa. Wystarczy przestać traktować ją jak zakurzoną cegłę z epoki realizmu, by odsłoniła swoje prawdziwe oblicze: bezlitosną, przejmującą historię toksycznej miłości, odrzucenia i zderzenia ideałów z cynizmem elit. Wokulski to przecież żaden nudny pomnik z podręcznika. To facet, który dla uczucia gotów jest wywrócić cały swój świat do góry nogami, a i tak przegrywa w starciu z rzeczywistością, której nie potrafi zaakceptować.
Zmiany tuż przed pierwszym dzwonkiem? Tak nie da się zarządzać szkołą
To także brutalna powieść o barierach społecznych, niespełnionych ambicjach i lęku przed jutrem. O próbie wywalczenia własnego miejsca w świecie, który nie nagradza wysiłku i drwi z marzeń. Czy naprawdę trzeba długo przekonywać dziewiętnastolatka, że to są pytania o jego własne życie? Przecież nieprzypadkowo pomagają w tym dziś nawet popkulturowe adaptacje, dzięki którym dzieło Prusa wymyka się z ram szkolnej nudy.
Podobnie jest z Przedwiośniem Stefana Żeromskiego. Perypetie Cezarego Baryki to nie tylko chłodny zapis narodzin II RP. To przede wszystkim duszna historia burzliwego dojrzewania, szarpaniny z własną tożsamością i bolesnego zderzenia naiwnych wyobrażeń z twardym brukiem rzeczywistości. Cezary miota się, próbując pojąć świat dorosłych, polityczne mrzonki i społeczeństwo, które rozczarowuje go na każdym kroku. Czy to naprawdę tak odległe od doświadczeń młodych ludzi, którzy dziś sami próbują nawigować w gąszczu ideologicznych wojen i wielkich haseł bez pokrycia?
Zbrodnia i kara Fiodora Dostojewskiego czy Dżuma Alberta Camusa potrafią z kolei wciągnąć dzisiejszego nastolatka z siłą najlepszego thrillera psychologicznego. Stawiają pytania, które palą do dzisiaj: gdzie przebiega granica moralności? Czy wyższy cel usprawiedliwia zło? Jak zachować godność w świecie, który rozpada się na naszych oczach? I co właściwie jesteśmy winni drugiemu człowiekowi?
„Lalka” kontra „Lalka”. Podobno film jest lepszy od serialu. Podobno film jest gorszy od serialu
To nie są abstrakcyjne dywagacje XIX-wiecznych filozofów pod maturalny klucz. To dylematy, z którymi każdy z nas zderza się niezależnie od epoki. Młody czytelnik odnajdzie w tych książkach nie odtwórczy obowiązek, lecz potężny ładunek emocjonalny i pytania, na które sam wciąż szuka odpowiedzi.
Nie inaczej rzecz się ma z Rokiem 1984 George’a Orwella, powieścią, która od lat rezonuje wśród licealistów jak mało co. Wizja totalnej kontroli, permanentnej manipulacji informacją i języka sprasowanego na potrzeby władzy zyskuje przerażająco świeży kontekst w erze algorytmów, mediów społecznościowych i cyfrowego nadzoru. Młodych nie trzeba zmuszać do refleksji nad tym, kto kontroluje ich strumień informacji. Oni w tej rzeczywistości po prostu żyją.
Krytyczne myślenie
Młodzi chcą czytać o autentycznych uczuciach, namiętnościach, złamanych sercach, skrajnych emocjach i moralnych pęknięciach. Chcą widzieć w bohaterach własne odbicie: swoje lęki, wybujałe ambicje, pragnienie bliskości i poszukiwanie własnego „ja”. Chcą zrozumieć swój własny bunt przeciwko niesprawiedliwości i głupocie. Nie oznacza to, że każda lektura ma być łatwa, lekka i przyjemna. Oznacza jedynie, że trzeba im wreszcie pokazać, dlaczego ta trudna literatura ma dla nich jakiekolwiek znaczenie.
Nie potrzebujemy kolejnego rocznika uczniów, którzy wyrecytują z pamięci schematyczną interpretację z portalu dla maturzystów, ale nie będą potrafili powiedzieć, co sami poczuli po odłożeniu książki. Potrzebujemy ludzi myślących krytycznie, zadających niewygodne pytania, wyczulonych na fałsz i samodzielnych. Także, a może przede wszystkim wtedy, gdy lektura stawia ich przed trudnymi odpowiedziami.
I właśnie dlatego spór o lektury to coś o wiele poważniejszego. To fundamentalny spór o filozofię edukacji. O to, czy ufamy nauczycielom na tyle, by dać im przestrzeń do nauczania, czy traktujemy ich jak bezmyślnych taśmociągowych pracowników. O to, czy uczniowie mają być partnerami w poznawaniu świata, czy jedynie pojemnikami na wiedzę do zapamiętania i zwrócenia na teście.
Stajemy przed szansą na stworzenie szkoły bardziej otwartej, nowoczesnej i świadomej swoich zadań. Reforma kanonu to nie kosmetyka, to szansa na wyjście z edukacji pozorów, w której wszyscy głośno deklarują miłość do książek, choć w rzeczywistości nikt nie ma czasu ani warunków, by naprawdę się w nie wgłębić.
Nie wolno zmarnować tej szansy tylko dlatego, że ktoś po raz kolejny postanowił podnieść krzyk.
W najbliższych tygodniach jako organizacje pozarządowe (w tym „Akcja Uczniowska”) będziemy apelować do kierownictwa Ministerstwa Edukacji Narodowej: schowajcie polityczny strach do kieszeni. Nie przeliczajcie przyszłości polskiej szkoły na lajki, nagłówki w mediach i chwilowe wahania w sondażach. Pozwólcie ekspertom dokończyć to, co zaczęli, potraktujcie poważnie ich wiedzę, a nauczycielom i uczniom oddajcie wreszcie prawo do wyboru i myślenia.
Chodzi o to, by oceniać proponowane zmiany merytorycznie, a nie przez pryzmat partyjnego interesu. O to, by w centrum tego sporu wreszcie stanął uczeń, a nie polityczna kalkulacja, medialna zadyma czy wyobrażenie o szkole, które dawno rozsypało się w pył.
Każdy fan „Lalki” zadaje sobie to pytanie. Prus długo milczał
Jeśli naprawdę zależy nam na czytelnictwie, nie możemy bez końca udawać, że receptą jest dopisywanie kolejnych tomów do listy lektur obowiązkowych. Nie da się nakazem wyegzekwować miłości do literatury. Nie da się uratować kultury samym tylko okopywaniem się na pozycjach kanonu.
Książka w szkole nie może być karą za niewiedzę ani przeszkodą na drodze do zdania matury. Powinna być zaproszeniem do myślenia, przeżywania, podważania i odkrywania świata. A żeby tak się stało, musimy wreszcie zaufać tym, którzy uczą, i tym, którzy się uczą.
Czasem największym zagrożeniem dla tradycji nie jest zmiana, lecz bezrefleksyjne trwanie przy utartych schematach, które zamiast jednoczyć, stają się przeszkodą w działaniu. Stanisław Wyspiański w Weselu ukazuje ten problem poprzez symboliczny finał dramatu, gdy Chochoł zwraca się do Jaśka słowami: „Miałeś, chamie, złoty róg...”. Jasiek, zamiast dopilnować powierzonego mu symbolu narodowego zrywu, schyla się po czapkę z pawimi piórami, kierując się przywiązaniem do efektownych, lecz nieistotnych pozorów. W ten sposób bezpowrotnie traci szansę na poderwanie narodu do walki.
Nowe przepisy w szkołach budzą skrajne emocje. „Rodzice chcą mieć nieustający kontakt”
Wyspiański pokazuje, że wielkie idee mogą przegrać z próżnością, brakiem odpowiedzialności i niezdolnością do odróżnienia tego, co ważne, od tego, co jedynie przyciąga wzrok. Nie pozwólmy, by podobny mechanizm zniszczył szansę na odrodzenie polskiego czytelnictwa. Jeśli skupimy się na pozorach, pustych deklaracjach i przywiązaniu do przestarzałych metod, możemy utracić to, co najcenniejsze: żywe zainteresowanie książką i jej wpływ na kolejne pokolenia.
Nie czekajmy więc, aż po raz kolejny zabrzmi gorzkie: „Miałeś, chamie, złoty róg...”. Bo kiedy zmarnujemy szansę na zmianę, może nam pozostać już tylko czapka z pawimi piórami, symbol zwycięstwa pozorów nad prawdziwą wartością.


