Reklama
Kraj

Horna-Cieślak przesadziła, Wałęsa nie napisał, a Kacprzyk ma to gdzieś. Podsumowanie tygodnia

Dzisiaj wybory w Krakowie, więc – jak ustawodawca nakazał – nie napiszę o nich nic. I dobrze, bo i tak jest wiele ciekawszych rzeczy do opisania: od Moniki Hornej-Cieślak i weekendowych spotkań na komendzie, przez Dawida Kacprzyka i jego d…, po Lecha Wałęsę i problemy z poezją. Oto (prawie) cotygodniowy, subiektywny przegląd wydarzeń.

Kasjan Owsianko
Opinia autorstwa: Kasjan Owsianko
Dzisiaj 08:59
9 min
Mogło być gorzej. Horna-Cieślak przesadziła, Wałęsa nie przeczytał, a Kacprzyk ma to gdzieś. Podsumowanie tygodnia (fot. Shutterstock / Kanał Zero)
TYLKO NA

Nie od dziś wiadomo, że „obrabianie komuś d…” nie jest cechą nazbyt pożądaną. Jasne, każdemu z nas czasem zdarzy się chwilkę poplotkować czy powiedzieć o jedno zdanie za dużo, ale co do zasady – nie jest to najlepiej odbierane. 

Co innego, kiedy ktoś otwarcie o swojej d… mówi. Wtedy „obrabianie” jest jak najbardziej na miejscu. A jeżeli jeszcze ten ktoś jest głównym bohaterem jednej z największych afer ostatnich miesięcy, to tym bardziej nie ma co się krępować. Porozmawiajmy więc o d… Dawida Kacprzyka.

Kacprzyk. Ceny paliw mogą przerazić

Niesławny lekarz-milioner, już niewschodząca gwiazda Koalicji Obywatelskiej i człowiek, który jak mało kto przyczynił się do postępów w reformie opieki zdrowotnej, w ostatnich dniach ponownie mógł cieszyć się z występu przed kamerą. Fakt – w momencie występowania o tym nie wiedział, ale jestem pewien, że by się cieszył. Wszak występ miał naprawdę udany.

Reklama
Reklama

Tak się zdarzyło, że nasz kolega z pracy potrzebował pomocy lekarskiej. Zdarzyło się również, że lekarzem przyjmującym w najbliższej przychodni był Kacprzyk, oraz że podczas wizyty naszemu koledze przypadkowo włączyła się kamera, która zarejestrowała słowo w słowo wszystko, co z ust lekarza padło.

A padło wiele – m.in. że całą aferę „ma w d…”, a jego największym problemem jest to, że teraz swoim Porsche Panamerą jeździć nie może, bo by „takie poruszenie na wsi było”, że by się funkcjonować nie dało.

Czytaj również: Słowik w gorzkich słowach o nagraniu Kacprzyka. „Muszę przyznać, że podziwiam go za jedno”

Trzeba przyznać, że to nagranie to niemały sukces. Od kilku miesięcy wszyscy czekają, aż prokuratura przesłucha Kacprzyka – no, prawie wszyscy, wyłączając samych śledczych – a że przesłuchania ani widu, ani słychu, to chociaż rozmowę Kanału Zero mamy. Szkoda tylko, że i w niej sam zainteresowany skłamał.

Przemyślmy jeszcze raz, dokładnie, co powiedział: że aferę ma w d…, ale przez nią jeździć swoją Panamerą nie może. Przecież to się nie klei. Trzeba wybrać jedno – albo ma aferę w d…, albo przez nią Porsche stoi w garażu.

Dla mnie odpowiedź jest jasna: powód unikania przezeń wyjazdów jest zupełnie inny. Doskonale nawet wiem jaki, a jeśli wy się jeszcze zastanawiacie, to spójrzcie na ostatni paragon ze stacji paliw.

Reklama
Reklama

Nie dajmy się więc zwieść, że Kacprzyka interesuje, jakie by poruszenie we wsi było. Przecież i tak wszyscy możemy iść i cmoknąć go w „cztery litery”.

Wałęsa. Tajny współpracownik lub wtórny analfabeta

Mniej więcej takie samo podejście może mieć do oponentów Lech Wałęsa po tym, jak prokuratura ogłosiła, że umorzyła prowadzone wokół niego postępowanie dotyczące podejrzenia o składanie fałszywych zeznań ws. „teczek Kiszczaka”. Teczki te zawierały domniemane dowody na współpracę legendy „Solidarności” ze Służbą Bezpieczeństwa, w tym m.in. donosy i pokwitowanie odbioru pieniędzy.

Jednym z argumentów prokuratury było stwierdzenie, że były prezydent nie mógł być autorem donosów, ponieważ w momencie ich powstania był „wtórnym analfabetą, nie posługiwał się pismem i słabo czytał, a dokumenty, które podpisywał jako przewodniczący Związku Zawodowego »Solidarność«, były pisane dla niego przez inne osoby”.

Jak nietrudno się domyślić, argument ten poniósł się szerokim echem – w końcu, jak stwierdziła prokuratura, człowiek stojący na czele ruchu, który doprowadził do obalenia komunizmu, na kilkanaście lat przed zwycięstwem w wyborach prezydenckich miał tak wielkie problemy z pisaniem i czytaniem, że szczytem jego możliwości było składanie podpisów na dokumentach przygotowanych przez współpracowników.

Reklama
Reklama

Czytaj również: Putin szykuje Rosję na kolejny ruch. Czy Polska ma się czego obawiać?

Co więcej, już po ogłoszeniu decyzji przez prokuraturę Wałęsa przyznał to osobiście. Napisał – kto wie, czy samodzielnie: „Ponad dziesięć lat nie pisałem, w praktyce, żadnych tekstów, poezji, prozy, co nie oznacza, że nie rozwijałem się intelektualnie!”.

I tak oto mamy dwie możliwości: albo Wałęsa nie współpracował ze służbami i nie potrafił pisać ani czytać, albo współpracował i te podstawowe umiejętności posiadał. W teorii obie nie stawiają byłego prezydenta w najlepszym świetle, w praktyce – decyzja nie ma najmniejszego znaczenia, bo wszyscy zainteresowani sami wybrali swoją wersję: czy wolą, żeby tym, kto obalił komunę, był wtórny analfabeta, czy nieudany tajny współpracownik.

Wybrał też sam Wałęsa, który zapewne zbyt długo się nad tym nie zastanawiał. Przemyślał wszystkie dodatnie i ujemne plusy, dokonał zwrotu o 360 stopni, po czym odpowiedział wymijająco wprost, że jest za, a nawet przeciw. Nam pozostaje ten wybór uszanować – w końcu nie można mieć pretensji do Słońca, że kręci się wokół Ziemi.

Horna-Cieślak. Trudno nie zgodzić się z sądem

Można mieć za to pretensje do rzeczniczki praw dziecka Moniki Hornej-Cieślak. Jak opisaliśmy w Zero.pl, jej ingerencja doprowadziła do umieszczenia dwojga dzieci w domu dziecka. Choć sąd ani kurator nie widzieli podstaw do natychmiastowego odebrania dzieci i umieszczenia ich w pieczy zastępczej, a podobnego zdania początkowo była policja, ostatecznie po nadzwyczajnym spotkaniu z udziałem Hornej-Cieślak oraz Komendanta Stołecznego Policji dzieci trafiły do placówki opiekuńczo-wychowawczej.

Reklama
Reklama

Czytaj również: Policja odcina się od afery z Moniką Horną-Cieślak. Odpowiadamy na oświadczenie

„Bidul” dzieci opuściły dopiero po decyzji sądu, który ocenił całokształt przebiegu zdarzeń jako „mogący nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej wobec rodziny”. „Machina państwowa i urzędowa została tu – zdaniem Sądu – bowiem uruchomiona w sposób rażąco nieproporcjonalny do zaistniałego zdarzenia” – pisał w uzasadnieniu.

Horna-Cieślak tłumaczyła, że interwencję podjęła po tym, jak zobaczyła, że matka szarpie swoje dziecko i wyzywa je od „k…”. Według wersji matki, którą opowiedziała w Kanale Zero, dziecko szarpnęła, bo wbiegało na ulicę, a od „k…” wyzywała rzeczniczkę, która – jako z jej perspektywy obca kobieta – zaczęła bez pytania i wytłumaczenia nagrywać jej dzieci.

Pojawiły się informacje, że w rodzinie wszczęta była procedura tzw. Niebieskiej Karty – zdaniem Hornej-Cieślak ze względu na przemoc w rodzinie, według matki zaś za niewystarczające warunki bytowe. Była też kwestia ojca, który kilka lat temu odsiadywał wyrok – tutaj również zupełnie dwa różne podejścia obu stron.

Nic więc dziwnego, że znalazły się dwie grupy – ci, którzy przyjęli stronę urzędniczki, oraz ci, którzy uwierzyli sądowi, kuratorowi i rodzicom. Pierwsi od kilku dni stale przywołują tragiczną historię ośmioletniego Kamila, który został zakatowany przez opiekunów, a w którego przypadku sąd ani kurator nie widzieli podstaw do ograniczenia władzy rodzicielskiej, drudzy równie tragiczną historię czteromiesięcznego Oskara, który zmarł, będąc w pieczy zastępczej.

Reklama
Reklama

Tyle że przywoływanie tych historii nie ma żadnego, ale to żadnego sensu – bo każdy dramat rodzinny jest zupełnie inny.

Chyba wiele osób nie zrozumiało, że ta sprawa tak naprawdę nie dotyczy samej historii rodziny – dotyczy zaufania do instytucji państwa. Od rzeczniczki praw dziecka spodziewamy się czegoś więcej niż od pierwszego lepszego aktywisty. Zakładamy, że będzie ona działać zgodnie z procedurami, że będzie potrafić oddzielić pracę od emocji.

Już wcześniej o działaniach Hornej-Cieślak rozpisywały się media: czy to o mobbingu w jej biurze, czy to o interwencji w lodziarni w Pszczynie, którą sama rzeczniczka cynicznie nazywa teraz pomocą. Ale jakoś nadal wielu decyduje się iść walczyć w jej imieniu, określając aferę „działaniem na polityczne zamówienie” czy „zorganizowaną maszyną hejtu”.

Podziwiam ich wiarę. Mnie jednak jest bliżej do słów sędziego, który w uzasadnieniu postanowienia, na podstawie którego dzieci wróciły do rodziców, napisał: „(…) wielką prośbą, a wręcz gorącym błaganiem Sądu jest, aby Rzecznik Praw Dziecka z taką samą żarliwością, determinacją i skutecznością zaangażowała się w realne działania na rzecz systemowej poprawy dramatycznego funkcjonowania systemu pieczy zastępczej w W., z jaką to żarliwością zaangażowała się w podejmowanie nieformalnych, poza procesowych i pospiesznych czynności (…)”.

Reklama
Reklama

Chociaż mistrzostwo Europy w siatkówkę zdobyliśmy. Zawsze mogło być gorzej.