Reklama
Reklama
Reklama

Zwyzywała rzeczniczkę praw dziecka. Chwilę później odebrano jej dzieci

TYLKO NA
Monika Horna-Cieślak
Monika Horna-Cieślak była osobiście zaangażowana w sprawę rodziny z Białołęki, po której dwoje dzieci trafiło do pieczy instytucjonalnej. Wcześniej policja i kurator nie widzieli podstaw do ich natychmiastowego odebrania. (fot. MARCIN BANASZKIEWICZ / /FOTONEWS  / NEWSPIX.PL)

Krzyknięcie na dziecko, które wbiega na ulicę i dwa zamknięte piwa w mieszkaniu – tyle wystarczy do odebrania dzieci i umieszczenia ich w domu dziecka? Tak, pod warunkiem że za tobą spaceruje akurat Rzecznik Praw Dziecka. Ujawniamy, jak dwoje dzieci trafiło do placówki, mimo że wcześniej ani policja, ani sąd, ani kurator nie widzieli podstaw do ich odebrania.

  • Rzecznik Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak była świadkiem ulicznego incydentu, podczas którego matka szarpnęła dziecko i krzyczała na nie, a następnie została przez kobietę obrażona.
  • Policja i kurator sądowy, ani sąd nie widzieli podstaw do natychmiastowego odebrania dzieci i umieszczenia ich w pieczy zastępczej.
  • Mimo to dzieci trafiły do placówki opiekuńczo-wychowawczej (domu dziecka) po decyzji policjantki podjętej podczas nadzwyczajnego spotkania z udziałem RPD i Komendanta Stołecznego Policji.
  • Sąd nakazał natychmiastowy powrót dzieci do rodziców. W uzasadnieniu, do którego dotarło Zero.pl, wskazał, że działania wobec rodziny „mogą nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej” i były „rażąco nieproporcjonalne do zaistniałego zdarzenia”.
  • Sąd miał zastrzeżenia do osobistego zaangażowania RPD, wskazując na możliwość wykorzystania autorytetu urzędu do forsowania tezy o konieczności odebrania dzieci.
  • Jednym z argumentów w sprawie były dwie butelki piwa znalezione w mieszkaniu, co sąd określił jako „całkowicie chybione i wręcz absurdalne”.

W piątek, 14 sierpnia 2026 r. rzeczniczka praw dziecka Monika Horna-Cieślak spaceruje chodnikiem na warszawskiej Białołęce. Widzi kobietę, która szarpie swoje dziecko i na nie krzyczy. Rzeczniczka zwraca jej uwagę. Kobieta odpowiada używając wulgarnych słów.

Na tym mogłaby się skończyć zwykła uliczna sprzeczka. Tym razem jednak wydarzenia potoczyły się dalej. Monika Horna-Cieślak podjęła szereg czynności, które – jak to za chwilę opiszemy – doprowadziły do przymusowego odebrania dzieci rodzicom. Bez realnego zagrożenia dla nich, co potwierdzają po kolei organy, jak również bez orzeczenia sądu.

Czytaj także: Kulisy pracy w Biurze Rzecznika Praw Dziecka i pozew młodego prawnika

Reklama
Reklama

Wieczorne telefony rzeczniczki

Ale po kolei. Zaraz po zajściu rzeczniczka zgłasza sprawę policji i informuje o sytuacji dotyczącej dzieci. W świetle ustawy o policji, w przypadku gdy dzieci znajdą się w niebezpieczeństwie, funkcjonariusze mogą wydać zakaz zbliżania się do nich i nakaz opuszczenia lokalu. Po zgłoszeniu RPD policjanci sprawdzają rodzinę, ale nie znajdują podstaw interwencji. Materiały trafiają więc do sądu rodzinnego.

Jeszcze tego samego dnia do sędziego, który ma wydać orzeczenie, dzwoni pracownik biura Rzecznika Praw Dziecka. Stara się go przekonać o konieczności odebrania małoletnich rodzicom. Jest to o tyle nietypowe, że strona zaangażowana w postępowanie nie powinna dzwonić bezpośrednio do sędziego i „wpływać”, aby wydał konkretne orzeczenie.

Sąd nie stwierdza podstaw do podjęcia takich czynności. Zleca jednak w trybie pilnym kuratorowi sądowemu przeprowadzenie wywiadu środowiskowego w rodzinie. Ten następnego dnia, 15 sierpnia, udaje się do niej i ma podobne wnioski – brak podstaw i potrzeby do natychmiastowego umieszczenia dzieci w pieczy zastępczej.

Biuro RPD się nie poddaje. Kolejny telefon do sądu z ponowną próbą przekonania sędziego o konieczności wydania orzeczenia o odebraniu dzieci. Tutaj również nie przynosi on jednak skutku. Sąd informuje, że wciąż nie ma podstaw do zastosowania takiego rozwiązania.

Reklama
Reklama

Monika Horna-Cieślak nie daje za wygraną. Mimo że jest dzień wolny od pracy, bierze udział w spotkaniu na posterunku policji. Oprócz samej rzeczniczki praw dziecka ma w niej uczestniczyć również Krzysztof Ogroński, komendant stołeczny policji i policjantka. To wtedy właśnie zapada decyzja, o którą Monika Horna-Cieślak zabiegała od piątku, od momentu kłótni na ulicy. Funkcjonariuszka policji wydaje wobec rodziców nakaz opuszczenia mieszkania i zakaz zbliżania się do dwójki dzieci (są one w wieku trzech i czterech lat). W krótkim czasie nie udało się rodzicom zabezpieczyć opieki nad dziećmi, z którymi w świetle decyzji policji nie mogli przebywać. Konieczne było więc umieszczenie małoletnich w masowej placówce opiekuńczo-wychowawczej. Mówiąc prościej – w domu dziecka.

Wszystko to stało się bez wcześniejszego orzeczenia sądu. Ten jednak w takiej sytuacji, zgodnie z przepisami, musiał ocenić zasadność zastosowania tak drastycznych środków i wszcząć postępowanie opiekuńcze z urzędu. Po przeanalizowaniu sprawy nakazał natychmiastowe wydanie dzieci rodzicom. Postanowienie takie jest wykonalne od razu, a obowiązujące wobec rodziców policyjne zakazy – w tym zakaz zbliżania się do dzieci i nakaz opuszczenia mieszkania – nie mogą stanąć na przeszkodzie jego wykonaniu.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Afera o lody za czerwony pasek. Jest tłumaczenie RPD

„Nadzwyczajne działania wobec tej jednej rodziny”

W toku wszczętego przez sąd postępowania policjantka zeznała, że w chwili podejmowania decyzji nie widziała ani dzieci, ani ich rodziców. Jednocześnie przyznała, że w swojej kilkuletniej karierze zawodowej po raz pierwszy zetknęła się z sytuacją, w której wobec jednej rodziny podjęto tak nadzwyczajne działania.

Sąd wysłuchuje również rodziców. Matka tłumaczy, że szarpnęła dziecko, ponieważ nagle weszło na jezdnię. Monika Horna-Cieślak tej wersji nie zaprzecza. Sąd ocenia więc zachowanie kobiety jako reakcję na stres i strach o dziecko, a nie dowód celowej agresji.

Przed sądem staje także sama rzeczniczka praw dziecka. Sędzia ma wątpliwości, czy powinna występować w postępowaniu, skoro była bezpośrednim świadkiem zdarzenia i jednocześnie osobiście angażowała się w dalsze działania. W uzasadnieniu pada stwierdzenie, że jej zachowanie może świadczyć o „próbie wykorzystania autorytetu piastowanego urzędu do przeforsowania z góry założonej, na podstawie osobistego poczucia obrażenia przez matkę małoletnich, tezy o konieczności zabrania jej dzieci”.

Czytaj także: Dziecko nie może znikać między urzędami i procedurami

Odebranie dzieci za dwa piwa?

Na tym nie kończą się argumenty dotyczące sytuacji rodziny. Rzeczniczka zwraca uwagę na przeszłość ojca, który był wcześniej karany, między innymi za rozbój. Sąd bierze to pod uwagę, ale nie uznaje za wystarczający powód do natychmiastowego odebrania dzieci. Mężczyzna odbył już karę, a nie był karany za przestępstwa przeciwko rodzinie, opiece ani bezpośrednio przeciwko życiu i zdrowiu dzieci. Dawna karalność – jak podkreśla sąd – nie może automatycznie dyskwalifikować kogoś jako rodzica. Dobro dzieci nie wymaga też wychowywania ich w „sterylnych laboratoryjnych warunkach”.

Reklama
Reklama

Kolejny argument to dwie butelki piwa znalezione w mieszkaniu podczas policyjnych czynności. Sąd określa go jako „całkowicie chybiony i wręcz absurdalny”. Rodziców nie zastano pod wpływem alkoholu, a podczas przeszukania, w którym wykorzystano również psa tropiącego (co również nie jest zwyczajnie stosowanym środkiem), nie znaleziono żadnych zakazanych substancji. Samo posiadanie dwóch legalnie kupionych piw nie mogło więc, zdaniem sądu, uzasadniać tak daleko idącej ingerencji w życie rodziny.

„Gdyby sąd opiekuńczy miał decydować o przymusowym umieszczaniu w pieczy zastępczej wszystkich tych dzieci, w których domach rodzinnych ujawniono legalnie posiadany alkohol, to już dziś, tylko w obrębie tego wydziału, zmuszony byłby zapewne wydać tak drastyczne decyzje w setkach, o ile nie w tysiącach toczących się spraw” – czytamy w uzasadnieniu.

„Wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej”

Sąd całokształt działań podjętych wobec rodziny ocenia krótko: „mogą nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej”, a „machina państwowa i urzędowa została tu uruchomiona w sposób rażąco nieproporcjonalny do zaistniałego zdarzenia”. Sąd przypomina, że punktem wyjścia było „co najwyżej” szarpnięcie dziecka przez matkę, jej słowa „że całe życie muszę się z Tobą męczyć” oraz wulgaryzmy wobec Moniki Horny-Cieślak.

Reklama
Reklama

Dzieci mają zaledwie trzy i cztery lata. W tym wieku rodzice – jak zauważa sąd – są dla nich „całym dotychczasowym wszechświatem”, głównym punktem odniesienia i podstawowym źródłem bezpieczeństwa. Dlatego pobyt w placówce nie był neutralnym rozwiązaniem. Każda kolejna chwila poza domem oznacza przedłużanie traumy, izolacji od najbliższych i poczucia porzucenia. Nagłe, przymusowe odseparowanie tak małych dzieci od matki i ojca może bowiem powodować „potężną, trudną do wyobrażenia traumę, której skutki psychologiczne mogą rzutować na całe ich przyszłe dorosłe życie”.

Sąd zwrócił się również z apelem do Moniki Horny-Cieślak.

„Wielką prośbą, a wręcz gorącym błaganiem sądu jest, aby Rzecznik Praw Dziecka z taką samą żarliwością, determinacją i skutecznością zaangażowała się w realne działania na rzecz systemowej poprawy dramatycznego funkcjonowania pieczy zastępczej  w Warszawie, z jaką to żarliwością zaangażowała się w podejmowanie nieformalnych, poza procesowych, i pospiesznych czynności, które  w konsekwencji doprowadziły do niepotrzebnego umieszczenia tych maleńkich dzieci na ten czas w placówce opiekuńczo-wychowawczej” – czytamy w uzasadnieniu.

Co na to Monika Horna-Cieślak? 

O to, jak patrzą na sprawę, spytaliśmy zarówno komendanta stołecznego policji, jak i RPD. Do czasu publikacji artykułu odpowiedzi otrzymaliśmy tylko z biura Moniki Horny-Cieślak. 

Reklama
Reklama

Według przesłanego do redakcji Zero.pl stanowiska, RPD była świadkiem „stosowania silnej i gwałtownej przemocy psychicznej i fizycznej wobec małych dzieci w miejscu publicznym”. Jak przekonuje nas biuro, każdy kto jest świadkiem takiego zdarzenia musi podjąć działania na rzecz ochrony dzieci. „Monika Horna-Cieślak, jako bezpośredni świadek przemocy, miała więc prawny obowiązek podjęcia działań” – czytamy. 

Urzędnicy zapewniają, że biuro podejmuje działania „stosownie do swoich ustawowych kompetencji”, a działania podjęte przez instytucję mają oparcie w „szerokim materiale dowodowym dotyczącym dzieci”. 

Pytani o stanowisko w sprawie decyzji sądu, urzędnicy odpowiadają że biuro rozstrzygnięć nie komentuje, a jeśli w jakimś przypadku się z nimi nie zgadza, „korzysta z przysługujących mu środków prawnych”. 

Z odpowiedzi dowiadujemy się też, że „nie tylko Biuro Rzecznika Praw Dziecka, ale również inne właściwe służby, podjęły i nadal podejmują działania mające na celu zabezpieczenie dzieci, gdyż ich sytuacja niezmienne wymaga ochrony. Zasadność działań podjętych przez Biuro Rzecznika Praw Dzieci oraz innych służb jednoznacznie potwierdza obecne miejsce pobytu dzieci”. 

Pełną odpowiedź BRPD publikujemy poniżej:

Odpowiedź z Biura Rzecznika Praw Dziecka na pytania Zero.pl (fot. Kanał Zero)

Jak wspomnieliśmy, do czasu publikacji tekstu nie uzyskaliśmy odpowiedzi ze strony policji.

Reklama
Reklama

Oto pytania, które im wysłaliśmy:

  1. Jaki był udział Komendanta Stołecznego Policji w spotkaniu roboczym, które miało miejsce w weekend 15/16 sierpnia, dotyczącym tej konkretnej rodziny? Kto zainicjował spotkanie i dlaczego Komendant osobiście w nim uczestniczył?
  2. Czy Komendant Stołeczny Policji często osobiście uczestniczy w spotkaniach dotyczących pojedynczych interwencji rodzinnych? Czy zdarzały się wcześniej podobne weekendowe spotkania z jego udziałem?
  3. Czy Monika Horna-Cieślak lub jej biuro kontaktowali się z Komendą Stołeczną Policji w sprawie tej rodziny przed spotkaniem? Jeśli tak, czego dotyczyły te kontakty i czy RPD postulowała odebranie dzieci rodzicom?
  4. Czy normą podczas przeszukania mieszkania rodziny, której odbiera się dzieci spod pieczy, jest angażowanie psa tropiącego? Jeśli tak, w jakich sytuacjach się go wykorzystuje i dlaczego został wykorzystany w tej sprawie?
Źródło: Zero.pl
Reklama
Reklama