Reklama
Nauka

Tak koalicja traci pokolenie, które dało jej zwycięstwo

Nie wystarczyło odwołać Przemysława Czarnka. Młodzi wyborcy oczekiwali prawdziwej zmiany w szkole, a nie jedynie wymiany ministra. Jeśli rząd nie zacznie traktować edukacji jak priorytetu, pokolenie, które pomogło wygrać wybory w 2023 roku, może za rok wystawić władzy surową ocenę.

Paweł Mrozek
Opinia autorstwa: Paweł Mrozek
Wczoraj 05:55
12 min
Pokolenie, które pomogło wygrać wybory w 2023 roku, może za rok wystawić władzy surową ocenę za stan polskiej edukacji. (fot. Getty Images)
TYLKO NA

Koalicja 15 października może przegrać wybory w 2027 roku przez Barbarę Nowacką. Brzmi ostro? Powinno. Nie dlatego, że minister edukacji odpowiada za wszystkie problemy polskiej szkoły. Nie odpowiada. Odpowiada jednak za coś znacznie ważniejszego: za wiarygodność obietnicy zmiany, która dla młodego pokolenia była jednym z powodów politycznego przełomu w 2023 roku.

Młodzi nie poszli wtedy do urn tylko po to, żeby wymienić tabliczkę na drzwiach ministerstwa. Poszli po państwo, które przestanie urządzać ich życie według jednej politycznej wizji, po szkołę wolną od kolejnej wojny kulturowej i instytucje, które będą ich słuchać, zamiast mówić im, jak mają żyć.

Więcej niż fotel

Barbara Nowacka dostała więc coś więcej niż ministerialny fotel. Dostała ogromny kredyt zaufania od pokolenia, które wcześniej miało niewiele powodów, żeby ufać politykom. I właśnie dlatego dziś nie wystarczy powiedzieć: „przynajmniej nie ma już Czarnka”.

Przemysław Czarnek był symbolem szkoły podporządkowanej konkretnej wizji politycznej i światopoglądowej. Jego odejście było warunkiem zmiany, ale samo w sobie zmianą nie było. Nowacka miała stworzyć szkołę, która nie będzie zakładnikiem wojen politycznych, tylko instytucją odpowiadającą na rzeczywiste problemy uczniów, nauczycieli i rodziców.

Reklama
Reklama

Czytaj także: MEN zatonie jak Titanic? Mrozek: Pod pokładem woda już wdziera się do środka

W dniu rozpoczęcia roku szkolnego politycy znów pojawią się przed szkołami. Będą mówić o przyszłości Polski, nauczycielach, uczniach i znaczeniu edukacji. Będą zdjęcia, mikrofony, uściski dłoni i kilka zdań o tym, jak ważna jest młodzież. Potem wrócą do Warszawy, gdzie zacznie się kolejny dzień „prawdziwej polityki”.

Tyle że prawdziwa polityka dzieje się właśnie wtedy, gdy politycy wychodzą ze szkoły. Dzieje się w ławce ucznia, który nie ma dostępu do psychologa, w domu rodziny, której nie stać na korepetycje, na przystanku dziecka, które nie może dojechać do wymarzonej szkoły, w stołówce ucznia, który siedzi z pustym żołądkiem, i w głowie nastolatka, który przez kilkanaście lat słyszy przede wszystkim: naucz się, zalicz, zdaj, zapamiętaj, a potem wchodzi w dorosłość i odkrywa, że szkoła nie przygotowała go wystarczająco dobrze do życia.

Sprawdź również: We wtorek nowy rok szkolny. Akcja Uczniowska domaga się dymisji Nowackiej

Problemy nie zniknęły

Rok szkolny 2026/2027 zaczyna się w szczególnym momencie. Za rok obecna większość będzie musiała wejść w kampanię wyborczą i odpowiedzieć nie tylko za sukcesy, ale także za zaniechania. Młodzi, którzy stali się symbolem politycznej zmiany, będą mogli zadać proste pytanie: „Skoro już mieliście władzę, to co właściwie z nią zrobiliście?”. To pytanie będzie dotyczyło szczególnie edukacji.

Problemy, z którymi uczniowie mierzyli się wcześniej, nie zniknęły wraz z odejściem Czarnka. Polska szkoła nadal zbyt często przygotowuje ucznia do zdania egzaminu, a zbyt rzadko do życia po jego zakończeniu. Uczeń może znać dziesiątki definicji, wzorów i dat, a jednocześnie nie wiedzieć, jak czytać umowę, zarządzać budżetem, wypełnić PIT, rozpoznawać dezinformację czy zadbać o własne zdrowie.

Reklama
Reklama

Nie chodzi o wyrzucenie historii, matematyki czy biologii. Chodzi o zmianę sposobu nauczania. Szkoła powinna dawać wiedzę, ale także uczyć, jak z niej korzystać: argumentować, sprawdzać źródła, rozwiązywać problemy i samodzielnie myśleć. Tymczasem system ma tendencję do dokładania kolejnych treści i wymagań. Potem wszyscy są zdziwieni, że uczniowie są przemęczeni, nauczyciele przeciążeni, a lekcje stają się wyścigiem z podstawą programową. Jeżeli wszystkiego jest za dużo, w praktyce niczego nie uczymy wystarczająco dobrze.

Polecamy także: Idzie szkoła, idzie bieda. Portfele rodziców cierpią przez korepetycje

Zawód sprowadzony na dno

Pamiętajmy jednak, że na końcu tego systemu jest nauczyciel – człowiek, od którego oczekujemy, że będzie wychowywał, inspirował i uczył młodych ludzi odpowiedzialności za własne życie. Tymczasem jego zawód od lat jest sprowadzany na dno – coraz więcej obowiązków, coraz mniej szacunku i pensje, które potrafią wyglądać żałośnie przy stawkach, jakie za korepetycje bierze dwudziestolatka. Państwo chce, żeby nauczyciel przygotował młodych do dorosłego życia, samo nie zapewniając mu nawet poczucia zawodowej i finansowej stabilności. Skoro nauczyciel nie ma z czego żyć, to jak ma uczyć swoich uczniów, jak żyć?

Reklama
Reklama

Może Cię zainteresować: MEN jak niesforny uczeń: wszystko zostawia na ostatnią chwilę

Największym i najbardziej odczuwalnym problemem w polskiej szkole są nierówności. Korepetycje stały się prywatnym systemem edukacji działającym obok szkoły publicznej. Rodzic, którego stać na dodatkowe lekcje, może kupić dziecku czas, uwagę nauczyciela i przewagę nad innymi. Rodzic, którego na to nie stać, musi liczyć przede wszystkim na szkołę.

Państwo nie musi walczyć z rynkiem korepetycji. Powinno jednak stworzyć bezpłatną publiczną alternatywę: zajęcia wyrównawcze, konsultacje i koła przedmiotowe. Jeśli państwo mówi o wyrównywaniu szans, dziecko nie powinno potrzebować bogatych rodziców, aby dostać dodatkową pomoc.

Kryzysu nie zakażemy

Jest też zdrowie psychiczne. W setkach gmin w Polsce nie ma ani jednego psychologa. Możemy debatować o telefonach komórkowych i tworzyć kolejne zakazy. Nie możemy jednak zakazać kryzysu psychicznego. Możemy natomiast zapewnić uczniowi człowieka, do którego pójdzie po pomoc. Obecnie młody człowiek w kryzysie słyszy od systemu: „poczekaj w kolejce parę miesięcy”. Zamiast realnych pieniędzy na etaty i psychiatrię dziecięcą ministerstwo proponuje kolejne nic niewnoszące debaty, szczycąc się, że dba o dobrostan dzieci i młodzieży.

Reklama
Reklama

Sprawdź także: Ponad 17 tys. ofert pracy w szkołach. MEN podał nowe dane

Tak samo elementarnym obowiązkiem państwa powinno być zapewnienie dzieciom jedzenia. W Polsce 364 tysiące dzieci żyje w skrajnym ubóstwie, a co czwarte dziecko przychodzi do szkoły bez drugiego śniadania. Tak, dobrze państwo przeczytali. Mamy głód w Polsce, w 21. gospodarce świata. Dlatego propozycja bezpłatnego, ciepłego i zbilansowanego posiłku dla każdego ucznia zasługuje na wprowadzenie w cywilizowanym kraju.

Równie ważny jest transport. Dla ucznia z małej miejscowości brak autobusu może oznaczać brak realnego wyboru szkoły. Możemy mówić o prawie do wyboru liceum czy technikum, ale ta wolność jest fikcją, jeśli rodzina nie ma samochodu, a komunikacja publiczna praktycznie nie istnieje. Co z tego, że państwo powie dziecku: „możesz wybrać swoją drogę”, skoro ta droga kończy się na przystanku?

I właśnie tutaj pojawia się największy problem polityczny Barbary Nowackiej: coraz trudniej tłumaczyć wszystkie te problemy poprzednią władzą. Jako inicjatywa „Akcja Uczniowska” od ponad półtora roku zabiegamy o rozmowę z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Nie przychodzimy z pustymi rękami. Mamy ze sobą Raport Edukacyjny, który powstał na bazie ogólnopolskiego objazdu szkół i tysięcy rozmów ze środowiskiem szkolnym.

Reklama
Reklama

Zawiera dokładnie 50 merytorycznych propozycji zmian w systemie edukacji. Nie twierdzimy, że ministerstwo ma obowiązek przyjąć każdy postulat. Część może być zbyt kosztowna, część wymaga zmian ustawowych, część korekty. Ale propozycje wyrastają z realnych problemów, dlatego odpowiedzią powinien być dialog. Jeżeli jakiś postulat jest nierealny – pokażcie dlaczego. Jeżeli jest zbyt drogi – przedstawcie koszt. Jeżeli wymaga ustawy – powiedzcie jakiej. Jeżeli macie lepsze rozwiązanie – przedstawcie je. Najgorszą odpowiedzią jest cisza.

Czytaj również: Pensje nauczycieli poszły w górę. Ale to nadal może nie wystarczyć

Do własnych celów

Dialog z młodymi nie polega na tym, że minister spotyka się z uczniami, robi zdjęcie i słyszy pytania, na które można wygodnie odpowiedzieć. Dialog zaczyna się wtedy, kiedy uczeń mówi: „Nie zgadzam się z panią”. Jeżeli młodzież jest zapraszana przede wszystkim po to, żeby potwierdzić wcześniej ustaloną narrację, nie jest partnerem, tylko publicznością. Niestety, Barbara Nowacka zwycięża nad większością polityków w uprawianiu youthwashingu, czyli wykorzystywaniu młodych dla własnych celów.

Najlepszym przykładem na nieudolność jej rządów jest edukacja zdrowotna. Miała być jednym z symboli zmiany: praktyczna wiedza o zdrowiu fizycznym i psychicznym, profilaktyce, uzależnieniach, bezpieczeństwie, higienie, relacjach, pierwszej pomocy i zdrowiu seksualnym. Tymczasem niemal natychmiast stała się kolejnym frontem wojny politycznej. Prawica zaczęła straszyć rodziców, Kościół rozpoczął kampanię sprzeciwu, a rząd zaczął szukać kompromisu. I właśnie tutaj minister edukacji powinna była postawić granicę.

Reklama
Reklama

Polecamy także: Minister od mundurków i amnestii. Jak Roman Giertych wstrząsnął polską szkołą

Publiczna szkoła powinna uczyć wiedzy opartej na faktach. Program powinien wynikać z wiedzy naukowej, potrzeb uczniów i odpowiedzialności państwa za ich bezpieczeństwo. Nie powinien być pisany pod dyktando partii, Kościoła, grup nacisku ani sondażu. Episkopat ma prawo krytykować program. Prawica ma prawo protestować. Rodzice mają prawo wyrażać obawy. Ale żadna z tych grup nie powinna mieć prawa weta wobec wiedzy, której potrzebują młodzi. Jeżeli szkoła nie przekaże rzetelnej wiedzy o zdrowiu, młodzi nie przestaną jej szukać. Poszukają jej w internecie, mediach społecznościowych i u influencerów. Tam również znajdą odpowiedzi. Tyle że niekoniecznie prawdziwe. Nie bójmy się jako społeczeństwo wiedzy. Bójmy się jej braku.

Rok temu decyzja o nieobowiązkowej edukacji zdrowotnej została podjęta z myślą o polityce i trwającej wówczas kampanii prezydenckiej, gdy Rafał Trzaskowski i jego sztab postanowili sięgnąć po głosy konserwatywnych wyborców, grając va banque. Ofiarą tej gry padli uczniowie. Zamiast postawić na pierwszym miejscu dobro uczniów, Nowacka wybrała partyjnego i „Campusowego” kolegę.

Warto przeczytać: Dwie dekady spadku. Co stało się z wynagrodzeniami nauczycieli

Reklama
Reklama

Czasem trzeba powiedzieć „nie”

Szkoły nie da się reformować metodą „nie narazimy się nikomu”. Reforma z definicji oznacza konflikt z częścią interesów. Czasami trzeba powiedzieć „nie” opozycji, czasami własnej koalicji, części rodziców czy Kościołowi. Polityk, który chce reformować państwo, musi umieć ponieść polityczny koszt decyzji. Inaczej nie reformuje państwa. Zarządza nastrojami, a na pewno nie polską szkołą, która nie potrzebuje kolejnej kosmetycznej korekty, tylko planu. To wszystko kosztuje. Oczywiście, że kosztuje. Ale państwo zawsze będzie miało na coś pieniądze, a na coś innego nie. Pytanie brzmi: czy edukacja jest dla tego państwa wystarczająco ważna, żeby za nią zapłacić?

Barbara Nowacka ma więc przed sobą najważniejszy egzamin swojej kadencji. Nie przed opozycją i koalicjantami – przed młodym pokoleniem. Może zostać ministrem, który po prostu zarządza szkołą po Czarnku: zmieni język, uspokoi atmosferę i odwróci kilka decyzji poprzednika. Może też zostać ministrem, który spróbuje rzeczy trudniejszej: przebudować system.

Pierwsza droga jest politycznie bezpieczniejsza. Druga wymaga pieniędzy, konfliktów i odwagi. Ale tylko druga może zostawić po tej kadencji coś więcej niż serię konferencji i zmian w dokumentach. Jeżeli Nowacka wybierze polityczny spokój zamiast reformy, nie powinna być zaskoczona, kiedy młodzi wystawią jej rachunek.

Reklama
Reklama

Przeczytaj też: Polskiej nauki portret własny. Co wynika ze sprawy Barbary Mróz-Gorgoń?

Wtedy problem przestanie dotyczyć tylko jej. I właśnie to powinno być dla obecnej władzy najbardziej niepokojące w kontekście wyborów parlamentarnych w 2027 roku. Młody wyborca prędzej czy później przestaje głosować wyłącznie przeciwko komuś, a zaczyna głosować za czymś – dobrą szkołą, sprawnym państwem i poczuciem, że jego problemy naprawdę są ważne, a jego głos słyszalny.

Jeśli tego nie dostanie, nie pomoże żaden argument o tym, że jest lepiej niż kilka lat temu. Nie muszą przejść do PiS, żeby obecna koalicja przegrała. Wystarczy, że przestaną wierzyć, iż warto na nią głosować. Mogą zostać w domu, oddać głos na inną partię albo poszukać nowej reprezentacji.

Barbara Nowacka ma jeszcze czas, by zdecydować, jak zostanie zapamiętana. Wybór należy do niej, ale rachunek wystawią uczniowie – własnym głosem. W 2027 roku nie zapytają już tylko, czy chcą powrotu starego porządku. Zapytają, czy obecna władza wykorzystała swoją szansę. Jeśli odpowiedź będzie brzmiała: „nie”, młodzi nie muszą zagłosować przeciwko komuś. Wystarczy, że zagłosują przeciwko rozczarowaniu. A tego nie da się przykryć zdjęciem z pierwszego dnia roku szkolnego.

Źródło: Zero.pl
Paweł Mrozek
Paweł MrozekDziałacz społeczny i edukacyjny, założyciel Akcji Uczniowskiej, członek Instytutu Praw Dziecka im. Janusza Korczaka - autor zewnętrzny.