– Jeśli nie zacznie się prawdziwej pracy nad podstawami systemu, resort edukacji może zatonąć jak Titanic. Orkiestra gra, pasażerowie tańczą, tylko że pod pokładem woda już wdziera się do środka – mówi w rozmowie z Zero.pl Paweł Mrozek, lider Akcji Uczniowskiej. Oceniając Przemysława Czarnka, nie ma złudzeń. – Był homofobicznym i mizoginistycznym ministrem edukacji. Co mogłoby się wydarzyć, gdyby rządził całym krajem? Ogarnia mnie autentyczny niepokój.

- Paweł Mrozek, lider Akcji Uczniowskiej, wprost domaga się dymisji minister Barbary Nowackiej – jego zdaniem dwa lata jej rządów w MEN to zastój, złamane obietnice i brak realnego dialogu z młodymi.
- Mrozek nie należy do żadnej partii, ale polityki uniknąć nie może – bo edukacja, zdrowie psychiczne i prawa dziecka to tematy – jak mówi w rozmowie z Zero.pl – głęboko polityczne.
- Trzy największe postulaty młodych to obowiązkowa edukacja zdrowotna, odchudzenie podstaw programowych i psycholog w każdej szkole – żaden z nich nie jest dziś realizowany.
- Mrozek przyznaje, że ostra krytyka ma swoją cenę: odkąd zaczął publicznie punktować ministerstwo, drzwi do MEN są dla niego zamknięte.
Aleksandra Cieślik, Zero.pl: Nie chcesz być politykiem, a jednak robisz politykę. To jak to w końcu jest?
Paweł Mrozek, lider Akcji Uczniowskiej: Bardzo denerwuje mnie polityka, mam jej dość. A jednocześnie robię rzeczy na jej styku, więc to paradoks. Staram się jej unikać, ale nie da się od niej uciec, jeśli chce się zmieniać system. Edukacja jest polityczna. Zdrowie psychiczne jest polityczne. Prawa dziecka są polityczne. Ja na pewno politykiem w przyszłości nie będę. Obiecałem to sobie i znajomym. Dziś polityka często wygląda jak gra pod ego i partię, a nie pod realne problemy ludzi. Dopóki to się nie zmieni, nie chcę w to wchodzić.
A od dziecka chciałeś być liderem?
Nie. Raczej społecznikiem. Wyniosłem to z domu. Rodzice zawsze byli aktywni społecznie. Samorząd uczniowski był pierwszym krokiem. Zawsze – jako Akcja Uczniowska – polecamy to młodym.
Czy w Ministerstwie Edukacji Narodowej jest dziś zastój?
To, co dziś dzieje się w MEN, budzi jedno zasadnicze pytanie: kto faktycznie steruje tym resortem i dokąd on zmierza? Być może Barbara Nowacka zna obrany kierunek, ale nie komunikuje go w jasny sposób ani środowisku, ani opinii publicznej. Nie wiadomo, jaki jest plan ani jakie będą kolejne kroki. Jeśli to się nie zmieni, resort może zatonąć jak Titanic. Miało być słuchanie młodych, dialog i realna zmiana jakościowa. Tego dziś nie widać. Nie można przez całą kadencję zasłaniać się Czarnkiem, niezależnie jak bardzo był kontrowersyjny. Jeśli teraz nie zacznie się poważna reforma, to za chwilę obudzimy się w miejscu, w którym będzie już tylko gaszenie pożarów.
Komunikacji praktycznie nie ma. Rolki są, zdjęcia są, konferencje są. Ale konkretnej mapy drogowej – nie widać.
A Titanic? Titanic jest dobrą metaforą. Statek płynie, orkiestra gra, pasażerowie tańczą. Tylko że pod pokładem woda już wdziera się do środka. Jeśli nie zacznie się prawdziwej pracy nad podstawami programowymi i systemem, to ten przechył może się szybko pogłębić.
Nowacka powinna podać się do dymisji?
W ocenie mojej oraz zespołu Akcji Uczniowskiej – tak. Próbowaliśmy tłumaczyć jej działania naszym rówieśnikom i prosiliśmy ich o cierpliwość. Dziś wiemy, że ten kredyt zaufania został wyczerpany. Apelujemy o dymisję i przekazanie resortu w ręce eksperta – osoby, która ma z edukacją więcej wspólnego niż każdy z nas na przysłowiowej matematyce. Wciąż nie jest za późno. Lepiej wykorzystać dwa lata do kolejnych wyborów na rzetelną próbę naprawy systemu niż dalej funkcjonować w poczuciu, że de facto nie mamy ministra edukacji, a tak właśnie czujemy się jako uczniowie i organizacje pozarządowe.
Resort edukacji chce was słuchać?
Udaje. Spotyka się z organizacjami pozarządowymi, które nie krytykują publicznie ministerstwa. My krytykujemy wprost, więc nas omija. Ostatni realny kontakt mieliśmy rok temu w styczniu, jeszcze przed ogłoszeniem, że edukacja zdrowotna będzie nieobowiązkowa. Od tamtej pory prosimy o spotkanie – cisza.
W Katowicach jeden z naszych działaczy podszedł do Barbary Nowackiej, przedstawił się. Usłyszał: „A to wy chcecie mojej dymisji”. I rozmowa się skończyła. To pokazuje, jak wygląda dziś dialog z młodymi, którzy są niewygodni.
Za Czarnka było lepiej?
Nie. Za Czarnka bywało gorzej – także dlatego, że krytyka mogła mieć realne konsekwencje. Po jednej z naszych konferencji usłyszałem od nauczycielki, że do mojej szkoły wpłynął donos z ministerstwa i że walczyła, by nie wyrzucono mnie ze szkoły. Sam dokumentu nie widziałem, ale znam podobne historie innych uczniów i nauczycieli, którym kuratoria utrudniały życie i ścigały ich za samą krytykę ministra czy zaangażowanie w działania organizacji pozarządowych, choćby takich jak Tęczowy Piątek. Dziś nie ma takich sygnałów. Ale jest cisza. A cisza też bywa formą odpowiedzi.
Trzeba też uczciwie powiedzieć, że rządy Czarnka w edukacji to jeden z najciemniejszych rozdziałów po 1989 r. Dla nauczycieli, uczniów i działaczy społecznych był to czas gniewu, buntu, bezsilności i strachu przed powrotem do szkoły jako pola ideologicznej walki. Uczniowie bali się być sobą, a nauczyciele drżeli przed każdym słowem.
Czarnek jako potencjalny premier – co to dla ciebie znaczy?
Ogarnia mnie autentyczny niepokój. To wizja państwa, w którym nienawiść staje się codziennym narzędziem polityki, a mniejszości traktuje się jak wrogów. Czarnek był homofobicznym i mizoginistycznym ministrem edukacji i nauki. Co mogłoby się wydarzyć, gdyby rządził całym krajem?
Mówimy o człowieku, który publicznie obrażał osoby LGBTQ+, nazywając je „tęczową zarazą” i „ideologią” oraz odmawiając im podstawowych praw, twierdził, że Konstytucja RP nie zakazuje rodzicom bicia dzieci, określając je jako „środek wychowawczy”, deprecjonował rolę kobiet, sugerując, że ich główną rolą jest rodzenie dzieci, próbował narzucać uczniom i nauczycielom archaiczną wizję świata, w której odmienność jest tępiona, a nie szanowana, a także jest znany z programu „Willa Plus”, symbolu nieprzejrzystego rozdawania publicznych pieniędzy. Dość długa lista, prawda?
Kiedy pojawiła się myśl o założeniu Akcji Uczniowskiej?
1 czerwca 2023 r. Zostaliśmy wybrani z koleżanką ze szkoły do Sejmu Dzieci i Młodzieży. Wydawało nam się, że będzie to miejsce, w którym młodzi naprawdę będą mogli powiedzieć o swoich problemach – o zdrowiu psychicznym, o presji, o tym, jak wygląda szkoła. Zderzyliśmy się ze ścianą.
Minister Czarnek miał być na posiedzeniu. Był tego dnia w hotelu poselskim, ludzie go mijali. Na sali się nie pojawił. Osoby, które chciały powiedzieć coś niezgodnego z linią władzy, były wyciszane. Trzech uczestników dostało na kartkach gotowe do przeczytania przemówienia.
I przeczytali?
Przeczytali.
Wtedy zrozumieliśmy, że jeśli młodzi nie zbudują własnego głosu, nikt nam go nie da. Trzy lata temu nie było prawie żadnych organizacji prouczniowskich. Ten głos praktycznie nie istniał w debacie publicznej. Powstaliśmy z buntu. Ktoś mi powiedział później, że Akcja Uczniowska „powstała dzięki Czarnkowi”, bo to on nas tak wkurzył. Coś w tym jest.
Mówicie o realnym działaniu. Co to znaczy?
Dla nas to dwa obszary. Społeczny i polityczny.
Społeczny to jeżdżenie po Polsce, warsztaty, rozmowy o edukacji, o dobrostanie, o prawach człowieka. Uczymy też wystąpień publicznych. Podczas wyścigu prezydenckiego zrobiliśmy kampanię profrekwencyjną skierowaną do młodych. Objechaliśmy wszystkie województwa, odwiedziliśmy wiele szkół, przeprowadziliśmy setki rozmów. Dla wielu osób to był pierwszy moment, kiedy ktoś ich wysłuchał i potraktował poważnie.
Polityczny obszar to próba przepychania tego, co słyszymy od młodych. Najczęściej przez nagłaśnianie problemów. Godziny ponadwymiarowe nauczycieli? Odezwali się do nas nauczyciele z różnych zakątków Polski. Puściliśmy temat w świat. Po kilkunastu godzinach premier Tusk finalnie wycofał się z tych zmian i posprzątał po minister edukacji Barbarze Nowackiej. To jest ta sprawczość – presja i światło.
Dlaczego w ogóle wchodzicie w politykę? Nie wystarczyłoby działać społecznie?
Nie da się uciec od polityki. Każdy, kto próbuje coś zmienić systemowo, musi w pewnym momencie przekonać decydentów. My nie należymy do żadnej partii, nie jesteśmy czyjąś przybudówką. Były momenty współpracy, jak po 15 października 2023 r., gdy organizowaliśmy okrągły stół edukacyjny z minister Nowacką i innymi politykami. Ale generalnie potrafimy zaleźć za skórę wszystkim.
Jesteście głosem wszystkich uczniów? Krytycy mówią: lewacka tuba propagandowa.
Staramy się być jak najszerszym głosem. W naszym zespole są osoby o różnych poglądach – bardziej lewicowych, bardziej prawicowych, centrowych. I to działa. Nie naparzamy się jak politycy w mediach. Szukamy wspólnych punktów.
Raz jestem lewakiem. Raz pisiorem. Raz konfiarzem. Zależy, kogo skrytykujemy. Niezależnie w którą stronę się ruszymy, ktoś się obrazi.
Hejt jest. Wiadomości typu „idź się powieś”, „zabij się” też były. Ja blokuję i kasuję, bo nie ma sensu w to wchodzić. Ale widzę, że inni młodzi nie są na to uodpornieni. Każdy taki komentarz przeżywają. Nastolatkowie raczej nas wspierają. Dużo ostrzejsze komentarze przychodzą od dorosłych, którzy mówią, że to nie jest nasz temat.
Jeżeli dorosły człowiek pisze do młodej osoby wiadomość pełną nienawiści, a nawet grozi jej śmiercią, to jest to… porażka nas wszystkich jako społeczeństwa. Mowa nienawiści nie jest „ostrą opinią”. Jest trucizną, hejt zabija. Dorośli powinni dawać przykład, a szczególnie osoby piastujące najważniejsze stanowiska w państwie.
Jakie są trzy najważniejsze postulaty młodych?
Po pierwsze: edukacja zdrowotna. I całe zamieszanie wokół tego, czy ma być obowiązkowa, czy nie. Młodzi chcą uczyć się rzeczy, które realnie wykorzystają w życiu. Zdrowie – fizyczne i psychiczne – to jest konkret.
Po drugie: podstawy programowe. Są przeładowane i przestarzałe. Uczniowie uczą się rzeczy, o których wiedzą, że nigdy ich nie wykorzystają. To zabija motywację. Jeśli młody człowiek ma poczucie, że system go nie traktuje poważnie, to przestaje traktować poważnie system.
Po trzecie: zdrowie psychiczne. Psycholog w każdej szkole. To był sztandarowy postulat praktycznie każdej partii w kampanii. Tymczasem wciąż mamy setki gmin bez ani jednego psychologa. Gmin, nie szkół. W jednej gminie może być kilka szkół. Skala problemu jest ogromna.
Do tego dochodzą prawa uczniowskie, bezpłatne i ciepłe posiłki, zniżki na transport, podwyżki dla nauczycieli. Tych punktów jest z pięćdziesiąt. Ale te trzy wracają najczęściej.
Mam jeszcze jeden w sferze marzeń – resort edukacji w rękach ekspertów bez polityków.
Dlaczego tak mało osób chodzi na edukację zdrowotną?
Bo została źle wprowadzona. Ostrzegaliśmy przed tym. Związki nauczycielskie też ostrzegały.
Zajęcia o 7:10 rano albo o 17-18 po lekcjach. Brak kampanii informacyjnej. Brak przygotowania szkół. Wielu uczniów dowiedziało się o szczegółach dopiero po pierwszym dzwonku we wrześniu. W wakacje nikt tego nie śledził.
Jest też presja grupy. Jeśli większość klasy się wypisuje, mało kto chce siedzieć sam z nauczycielem. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest obowiązkowość. Słyszę z różnych stron, że jest na to szansa od nowego roku szkolnego. Jeśli nie, to będzie to kolejny dowód na brak odwagi decyzyjnej ze strony minister Nowackiej.
Podobnie jak na początku kampanii prezydenckiej, gdy została ogłoszona decyzja, że edukacja zdrowotna będzie nieobowiązkowa. Polityka zabiła najzdrowszy przedmiot w polskiej szkole. Zamiast lekcji o zdrowiu – dostaliśmy lekcję o tym, jak łatwo politycy potrafią zmarnować coś naprawdę dobrego.
Nastolatkowie są dziś bardziej zaangażowani politycznie niż kilka lat temu?
Tak. Z roku na rok bardziej. Widać to było po rekordowej frekwencji wśród młodych w wyborach. Widać było zainteresowanie Sejmem po zmianie marszałka – rolki, TikTok, transmisje.
Ale to nie znaczy, że wszyscy są świadomi. Wielu głosuje z poczucia obowiązku – współczesny patriotyzm – ale na co dzień nie śledzi polityki. Algorytmy karmią hałasem. Jeśli coś im się nie wyświetli, sami tego nie sprawdzą.
A młodzieżówki partyjne?
Mam z nimi problem. Często kopiują dorosłą politykę jeden do jednego. Miały być nową jakością, a wychodzi kalkowanie. Niewielu protestuje, bo myślą o przyszłych listach wyborczych, miejscach, znajomościach. Taki układ.
Jeśli ktoś chce działać politycznie, ma inne drogi: NGO-sy, wolontariat, samorząd uczniowski, potem studencki. Można założyć własną organizację. Wybór jest ogromny.
Twój tekst o nieprawidłowościach w Instytucie Badań Edukacyjnych wywołał jego oficjalną odpowiedź – zażądano sprostowania. Popełniłeś błąd?
Nie. Cieszę się, że powstał. Osoby, które się do mnie zgłosiły i mi zaufały, wcześniej próbowały zainteresować polityków i media. Słyszały, że temat jest zbyt hermetyczny. To pokazuje słabość państwa i części mediów. Do czego to doszło, że uczeń musi wyręczać osoby odpowiedzialne i prowadzić śledztwo na własną rękę, odkrywając poważne nieprawidłowości w państwowym instytucie?
Sprostowanie opublikowałem, bo mam niebawem maturę. To było mniejsze ryzyko niż ciąganie się po sądach. Nie napisałem „przepraszam”, bo nie mam za co. Pokazaliśmy stanowisko instytutu. Według mnie nie zawiera merytorycznych wyjaśnień, jak i odpowiedzi na kilkanaście zarzutów padających w reportażu. Ale każdy może je ocenić.
Ostry język debaty pomaga? To wasza cecha charakterystyczna.
Mocniejsza krytyka częściej dociera. Ale musi stać za nim merytoryczny przekaz. Hasło przyciąga uwagę, ale bez zaplecza jest puste. Bez mediów nie ma presji, a bez presji decydenci nie reagują.
Gdybyście odpuścili politykę, byłoby łatwiej?
Bylibyśmy „na salonach”. Po 15 października 2023 r. mieliśmy świetne relacje z MEN. Spotkania, rozmowy, otwarte drzwi. Do momentu pierwszej poważnej krytyki. Wtedy kontakt się urwał.
Pytanie brzmi: czy coś byśmy realnie zmienili? Wątpię.
Skąd czerpiesz inspiracje?
Od rodziców. Od dziecka widziałem, jak działają społecznie. I z takich postaci jak Wanda Traczyk-Stawska czy Marian Turski. „Nie bądź obojętny” to nie jest hasło, to jest zobowiązanie. Edukacja jest fundamentem państwa.
Niedawno robiliśmy lekcję z powstańcem warszawskim, prof. Leszkiem Żukowskim. Takie spotkania ustawiają perspektywę.
Za jakie czyny masz największe pretensje do Barbary Nowackiej?
Za złamane obietnice. Miało być słuchanie młodych i dialog – nie ma ani jednego, ani drugiego. Zamiast realnych działań jest medialna oprawa i zastój trwający dwa lata. Nie można w nieskończoność zasłaniać się rządami PiS. W czerwcu 2025 r. wystawiliśmy minister ocenę opisową: bez czerwonego paska, bo paski to fikcja. Ministerstwo na czele z Barbarą Nowacką nie zdało, do wakacyjnej poprawki, niestety, nie przystąpili.
Reforma26 została okrzyknięta hasłem „Kompas Jutra”. Minister Nowacka twierdzi, że szkoły takiego kompasu potrzebują. Według nas – to sama pani Nowacka go potrzebuje. Kto wie, czy nie w kierunku wyjścia z gmachu przy Al. Szucha 25 w Warszawie.
Jak skutecznie walczyć o klimat i nie paść ofiarą hejtu?
Nie wiem, czy się da. Niezależnie co zrobisz, hejt się pojawi. My dorzucamy edukację klimatyczną, ale nie robimy z tego głównego filaru, bo nie chcemy udawać ekspertów.
Social media od 15. roku życia…
Jeśli dobrze wprowadzone – tak. Sam zakaz nic nie da. Trzeba edukacji i realnych mechanizmów weryfikacji wieku. Dziś granica 13 lat istnieje tylko na papierze. Poselski projekt ustawy Romana Giertycha i Barbary Nowackiej na razie trzeba określić jako niezły populizm, ale być może po ujawnieniu szczegółów zmienię zdanie.
Samorząd uczniowski ma dziś realną moc?
Często to sztuka dla sztuki. Ale warto tam być. To pierwsza lekcja sprawczości i pierwsza lekcja rozczarowania. Bez zgody dyrekcji niewiele da się zrobić. Często kończy się na „opiniowaniu”.
W szkołach społecznych działa to lepiej. Sposoby nauczania – publiczna, społeczna i edukacja domowa – to trzy różne światy. Nierówności edukacyjne mają się świetnie.
Czego dziś uczy polska szkoła?
Latania. I szybko podcina skrzydła. Za dużo teorii, za mało praktyki. System często karze za aktywność społeczną. Ja dobrze zapamiętam ludzi, przyjaciół. System mnie zawiódł. I to mnie napędza, żeby walczyć o inną szkołę.
Obejrzyj materiał Jacka Prusinowskiego o wpadkach minister edukacji:
