Reklama

Gładysz, Kucharczyk i Biliński na drodze do F1. Mają problem, bo są Polakami

Reklama
TYLKO NA

– Nie talent ostatecznie decyduje, tylko ile masz pieniędzy i kto cię wspiera – tak o Formule 1 mówi Cezary Gutowski, dziennikarz motoryzacyjny. Na drodze do niej znajduje się aż trzech Polaków. W ten weekend w Australii w Formule 3 zadebiutuje Maciej Gładysz, a w Formule 2 Roman Biliński. Kilka dni temu w IndyNXT zadebiutował Tymek Kucharczyk i od razu zajął miejsce na podium.

Polscy kierowcy wyścigowi w 2026 roku startują w Formule 2, Formule 3 oraz Indy NXT.
Polscy kierowcy wyścigowi w 2026 roku startują w Formule 2, Formule 3 oraz Indy NXT. (fot. Instagram @tymek.kucharczyk, @maciejgladyszofficial, @romanbilinski / Shutterstock)
  • Już w najbliższy weekend Grand Prix Australii. Startuje sezon Formuły 1, a wraz z nim sezony Formuły 2 i Formuły 3.
  • W Formule 2 wystąpi w tym roku Roman Biliński, a w Formule 3 Maciej Gładysz. Do tego w Indy NXT sezon rozpoczął już Tymek Kucharczyk, który w pierwszym wyścigu w USA zajął trzecie miejsce.
  • Niezależnie od obranej drogi każdemu z tych kierowców będzie niezwykle ciężko o miejsce w Formule 1. Problemy są zawsze takie same: pieniądze, koneksje i... narodowość.

Reklama

– Chciałbym w Melbourne być w pierwszej dziesiątce w kwalifikacjach, a potem już zobaczymy – mówi w rozmowie z Zero.pl Maciej Gładysz, który już za moment zadebiutuje w F3 w barwach zespołu ART Grand Prix. W Grand Prix Australii.

To nie jest pierwszy lepszy zespół. Założył go Frédéric Vasseur, dzisiaj szef teamu Ferrari w Formule 1. W jego barwach w przeszłości w różnych juniorskich seriach mistrzostwo zdobywali m.in. Lewis Hamilton, Charles Leclerc czy George Russell. Same tuzy Formuły 1.


Reklama

Jednocześnie Maciej do tego zespołu nie trafił zupełnie przypadkowo. – Ze względu na wyniki dostał dość duży rabat, bo kilka zespołów się do niego dobijało. Ale to dalej są ogromne kwoty. Sezon w F3 to pomiędzy 1,3 mln a 2 mln euro – mówi Zero.pl jego ojciec i jednocześnie menedżer, Adam Gładysz.


Reklama

Rabat brzmi może dziwnie, ale w juniorskich seriach wyścigowych to zupełnie normalne, że kierowcy płacą za możliwość jazdy. Jeśli ktoś się rzeczywiście wyróżnia, to zespół może zaoferować mu możliwość tańszych startów.

Na razie wszystko mu wychodzi

Kariera Macieja Gładysza jest dość nietypowa. Jak na polskie warunki wygląda to wszystko wręcz jak bajka Disneya. 17-latek pochodzi z rodziny z dużymi motorsportowymi tradycjami. Jego ojciec Adam był wielokrotnym mistrzem Polski w różnych kategoriach wyścigowych, a dziadek Janusz – kierowcą rajdowym.

Maciej Gładysz od dziecka był więc związany z motorsportem i autentycznie ma go we krwi. W wieku czterech lat zaczął jeździć gokartami, a jako dziewięciolatek został kartingowym mistrzem Polski. Jako piętnastolatek pierwszy raz prowadził jednomiejscowy bolid, a już rok później – w sezonie 2024 – znalazł się w zespole Formuły 4. Sezon zakończył na trzecim miejscu, a rok później wygrał serię Spanish Winter Championship dla zespołów Eurocup-3.


Reklama

O rozwój jego kariery dba de facto rodzinny zespół, bo o Macieja dbają ojciec i dziadek. – Jak Maciek skończył 15 lat, zrobiliśmy licencję na bolidy jednomiejscowe i poszliśmy do F4. Maciek był na campie w Ferrari, miał dwa dni testów i tę grupę, w której startował, wygrał – opowiada o początkach syna Adam Gładysz.


Reklama

O jego umiejętnościach z uznaniem mówi również Cezary Gutowski, dziennikarz opowiadający o motorsporcie od ponad 20 lat. – Odnoszę wrażenie, że jeszcze kilka lat temu Maciek był trochę niedoceniany w naszym środowisku, tymczasem on wjeżdżał na tor i robił rzeczy, które zrobiły wrażenie. Jest szybki i skuteczny. Jeździ z głową. Wiadomo, popełnia błędy, jak każdy młody kierowca, ale jest szybki, inteligentny i bardzo dobrze prowadzony – opowiada.

Pierwszy rok bez presji

Choć Gładysz trafił do naprawdę istotnego zespołu w realiach młodzieżowego motorsportu, jego tata zachowuje chłodną głowę. Wcale nie zakłada, że jego syn już w tym roku podbije Formułę 3, a za rok będzie w F2. Choć oczywiście przygotowuje się i na taki scenariusz.

– Maciek ma dopiero 17 lat, jest jednym z najmłodszych uczestników F3, niektórzy mają tam nawet po 21 lat, ale Maciek ma ewidentny potencjał. Natomiast nie wywieramy żadnej presji, ciśnienia. Chcemy, żeby zdobywał doświadczenie, był regularnie w punktach. Każda rzecz wyżej, jakieś podium czy wygrana, to mega rewelacja – podkreśla jego ojciec.


Reklama

Zresztą – poza życiem na torze Maciej Gładysz ma jeszcze to całkiem przyziemne. W rodzinnym Tarnowie chodzi do trzeciej klasy liceum, za rok matura. – Maciek ma się ścigać, przygotowywać do zawodów, to jest szeroki zakres obowiązków, a musi to łączyć ze szkołą, bo my tego mu z żoną nie odpuszczamy – dodaje Adam Gładysz. Młody kierowca ma indywidualny tok nauczania od siódmej klasy szkoły podstawowej. Głównie dlatego, że sezon w motorsporcie trudno połączyć z normalnym szkolnym funkcjonowaniem.


Reklama

A od tego roku będzie jeszcze trudniej, bo sezon Formuły 3 to aż dziesięć rund (i 20 wyścigów, bo jedna runda to dwa wyścigi) od marca do września, rozsianych po całym świecie. Od australijskiego Melbourne przez Bahrajn aż po europejskie tory.

Maciej póki co pozostaje optymistą. – Potrzebuję spokoju i szybkiej adaptacji. Na razie czuję się bardzo dobrze, ale na przykład w trzeci dzień testów (przedsezonowych – red.) w Barcelonie mogłem się szybciej adaptować do innych warunków, bo było więcej wiatru, musiałem zmieniać punkty swoich hamowań. To będzie najważniejsze, żeby się szybko dostosowywać, ale mieć też wolną głowę – mówi.


Reklama

Gutowski: – Jest w FIA Formule 3, a to już zasięg Formuły 1. Reszta to kwestia szczęścia. Jeździ w utytułowanej ekipie i wydaje się, że ma największy potencjał w jej składzie, ale niejednemu kierowcy w stawce karierę położył team.


Reklama

Ściga się tak dobrze, jak wygląda

– Lubię modę. A poza tym kariera w modelingu pomaga mi opłacać rozwój w motorsporcie. To ściganie się jest moim celem, a modeling w tym po prostu pomaga. To hobby, ale pomocne – mówi w rozmowie z Zero.pl Roman Biliński. 22-latek w tym roku debiutuje w Formule 2 i jest pierwszym Polakiem w tej serii w historii.

Pieniądze na start uzbierał m.in... samodzielnie. Wszystko, co zarobił w modelingu, poszło na ściganie się.


Reklama

Trzeba też uczciwie przyznać, że Roman Biliński tym Polakiem nie zawsze był, bo pod polską flagą jeździ dopiero od kilku lat. Karierę zaczynał jako Brytyjczyk. Urodził się zresztą „tam”, w Lechlade, niewielkiej miejscowości między Oksfordem a Bristolem.


Reklama

Jego historia w ogóle wyłamuje się ze schematów. Nie jest – jak można pomyśleć – potomkiem imigrantów, którzy trafili do Anglii po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Było zgoła inaczej, jego dziadkowie od strony ojca wyemigrowali do Wielkiej Brytanii zaraz po drugiej wojnie światowej. I dopiero tam się poznali. Biliński jest więc kolejnym pokoleniem w imigranckiej rodzinie.

Motorsport gdzieś zawsze był w jego otoczeniu. Dziadek był dziennikarzem polskiej sekcji BBC. Pisał o motorsporcie. Jego mama pracowała w Formule 1 oraz przy wyścigach motocyklowych. Ale tak naprawdę nie ścigał się od dziecka.

Zaczął późno, ale skutecznie

Roman z pewnością jest bardzo utalentowany, biorąc pod uwagę, że nigdy nie startował w kartingu na najwyższym poziomie. Ma za sobą tylko starty w lokalnej kategorii. Potem jeździł już w formułach, m.in. w Europejskiej Formule Regionalnej (FRECA) – to tak, jakbyś poszedł do szkoły średniej po pierwszej klasie podstawówki – opowiada Cezary Gutowski.


Reklama

Na jakimś etapie brak tych podstaw musi zacząć ciążyć. Jeśli wejdziesz do Formuły 1, spotkasz się z kierowcami, którzy ścigali się czasem od czwartego, piątego, może ósmego roku życia, i zawsze będzie to ich przewaga. Wyścigi są jak tenis czy łyżwiarstwo figurowe. Najlepiej trenować od najmłodszych lat.

Cezary Gutowski


Reklama

Rzeczywiście, Biliński zajął się na serio sportami motorowymi późno, bo w wieku piętnastu lat. A jednak trafił na zaplecze Formuły 1. Jak to możliwe?

Po pierwsze: jest utalentowany. – Trzeba też dodać, że Roman bardzo dobrze rozumie motorsport – lepiej niż wielu młodych kierowców. Widać, że nim żyje i się nim fascynuje – kontynuuje Gutowski. 

Ale przejdźmy szybko przez tę opóźnioną karierę. 2019 rok to Ginetta Junior Championship, jego pierwsza poważna seria wyścigowa. Tam jednak szału nie było, Biliński zakończył sezon na 20. miejscu. Mimo to rok później był już w F4 i spędził tam w sumie dwa sezony.


Reklama

Dalej była brytyjska Formuła 3, w której coś zaskoczyło. Wygrał wyścig, był też na podium, finalnie był siódmy w klasyfikacji generalnej, najwyżej w swoim zespole. A wcale nie przejeździł całego sezonu.


Reklama

Potem spędził aż trzy sezony w Europejskiej Formule Regionalnej (FRECA). Dwa pierwsze nie były zbyt udane, ale przed trzecim zaliczył start w Regionalnych Mistrzostwach Oceanii, które z wielką przewagą wygrał. Gutowski: – Kierowcy z Europy, także ci z programów juniorskich ekip Formuły 1, lubią tam nabijać sobie punkty do superlicencji, więc nie jest to łatwe.

Po powrocie do Europy nie pojeździł jednak zbyt długo. Miał wypadek samochodowy, po którym stracił czucie w nodze.


Reklama

Powrót do bolidu był nie tylko trudny i bolesny, ale i skuteczny. Biliński przeskoczył bowiem do F3, gdzie trafił do zespołu Rodin Motorsport. I chociaż nie jest to najmocniejszy zespół (ten, do którego trafił Maciej Gładysz, jest znacznie lepszy), udało mu się trzykrotnie stanąć na podium, a do tego wygrał wyścig.


Reklama

To wystarczyło. W tym sezonie Biliński będzie zawodnikiem DAMS Lucas Oil w Formule 2, a jego rywalem z zespołu będzie nie byle kto, bo Dino Beganovic, który jest członkiem Akademii Ferrari.

– Do tej pory Dino i ja świetnie się dogadujemy, mamy fajny zespół, to szybki i konkurencyjny kierowca. Ma dużo doświadczenia, jeździł też bolidami F1 w sesjach treningowych. Ale jestem kierowcą, więc oczywiście chcę go we wszystkim pobić. Inna sprawa, że muszę się dużo uczyć, także od Dino – tak o swoim rywalu mówi Biliński.


Reklama

 


Reklama

Urodzony w Lechlade kierowca będzie jednak musiał pokonać nie tylko swojego rywala z zespołu, ale i całą machinę związaną z finansami. Już samo miejsce w F2 uzyskał stosunkowo późno, bo jesienią zeszłego roku. Trwała walka o spięcie budżetu. Formuła 2 jest droższa od F3, co oczywiście nie jest żadnym zaskoczeniem. W każdym razie trzeba uzbierać nawet 2-3 mln euro.

Zapomniany przez Polaków

A jak spojrzeć na bolid Romana Bilińskiego, jedno rzuca się w oczy: brak polskich sponsorów. – Posiadanie sponsorów jest ważne, bo to drogi sport. Jestem szczęśliwy, że ich mam i cieszę się szczególnie, że coraz więcej polskich marek jest zainteresowanych relacją partnerską – mówi Zero.pl dyplomatycznie na ten temat Biliński.

– Roman znajduje się dziś na bardzo wysokim poziomie sportowym i marketingowym. Jest młody, profesjonalny, medialnie bezpieczny i ma ogromny potencjał wizerunkowy jako ambasador marki. To także moment, w którym jego wartość rośnie – za rok wejście w projekt może być już znacznie trudniejsze – dodaje w rozmowie z Zero.pl jego menedżer ds. PR, kontaktów z mediami i sponsoringu Tomasz Zimiński.


Reklama

Ostatecznie Roman Biliński przez polskich sponsorów wspierany nie jest. Choć kierowca otwarcie mówi o swoim przywiązaniu do kraju nad Wisłą oraz chwali się ilością kibiców w Polsce.

Na podbój Ameryki

– Już nie rywalizuję na tym samym podwórku co kierowcy w Formule 3 czy Formule 2 z Polski, tylko robię coś nowego, robię coś innego i jestem tym pierwszym – powiedział w rozmowie z Zero.pl Tymek Kucharczyk. Czas przeszły jest tu szczególnie istotny, bo sezon w Indy NXT już wystartował, tydzień wcześniej niż sezon Formuły 1/2/3, a my rozmawialiśmy jeszcze przed jego startem.

I ten start Tymka Kucharczyka był, i to trzeba powiedzieć wprost, po prostu atomowy. Polak pierwszy wyścig sezonu w St. Petersburg ukończył na trzecim miejscu po starcie z P5.


Reklama

Ale skąd Kucharczyk, który dwukrotnie pojawiał się m.in. w poranku Kanału Zero, pojawił się w Ameryce i to na stałe? Z jednej strony poszło o jego ambicje, a z drugiej – klasycznie już – o pieniądze. Młody polski kierowca nie złożył budżetu na starty w F2.


Reklama

Mógł za to iść do Formuły 3, tam jednak jeździ się niewiele i niewiele też by zyskał. Ma jednak bardzo dobrego sponsora, Mubi, i mógł zdecydować się na alternatywną drogę. Wyjazd do USA i IndyNXT – mówi Gutowski. Rzeczywiście, Kucharczykowi marzyła się Formuła 2, ale nie zebrał pieniędzy na pełen sezon. I dlatego trafił do USA. Jest tam po prostu taniej.

– Przeciętny budżet Indy NXT to ok. 1,5 mln dol. za sezon (czyli mniej nawet niż w F3 – red.). Jednocześnie jest dużo rund wyścigowych, bo aż 12, co daje w sumie 17 wyścigów po różnych torach. Mam też większą liczbę dostępnych dni testowych niż na przykład w F3, o F2 już w ogóle nie mówiąc. Bolidy Indy NXT czasowo są zbliżone do bolidów F2 – opowiada Kucharczyk.

Nasuwa się pytanie – czy przenosiny za ocean to de facto koniec planów związanych z Formułą 1? Kariera Tymka Kucharczyka do tej pory było mimo wszystko całkiem modelowa. 20-latek z Łodygowic od piątego roku życia uprawiał karting. W hiszpańskiej Formule 4 w 2023 r. wywalczył trzecie miejsce w klasyfikacji kierowców, rok później w mistrzostwach GB3 zajął również trzecie miejsce.


Reklama

Rok 2025 to do tej pory jego największy sukces. Został mistrzem Euroformula Open Championship. W decydującym o triumfie wyścigu pokonał drugiego na mecie rywala o zaledwie... jedną tysięczną sekundy.


Reklama

A jednak pieniędzy na F2 zabrakło.

Czy trzeba już pożegnać się z marzeniem?

Kucharczyk zarzeka się, że jego marzeniem nadal jest powrót do królowej motorsportu.  – Wyznaczam zupełnie nową ścieżkę. Pokazuję, że są jakieś alternatywy. Nie trzeba iść tą standardową drogą, czyli – po kolei – F3, F2 i w końcu F1. Można spróbować sił w innych bardzo mocnych seriach, czyli w moim przypadku Indy NXT – przekonuje.


Reklama

Gutowski potwierdza, że Kucharczyk podjął dobry wybór.


Reklama

Teraz zrobił bardzo dobry ruch. Jeśli nie masz wagonu pieniędzy, to sam talent nie wystarczy. Nie udało się zebrać budżetu na Formułę 2, ale i tak zespół był przeciętny (ten zainteresowany – red.) – podkreśla. – Moim zdaniem lepiej zaczepić się na tamtejszym (amerykańskim – red.) rynku i dążyć do IndyCar. Tam nie jeżdżą „ogóry”, jest to bardzo mocna stawka, bardzo fajne bolidy i świetne ściganie. Tymek jest fajnym, lubianym facetem i ma prędkość. Może dążyć do IndyCar. Tam też trzeba mieć budżet na starty, przynajmniej na początek, ale nie taki jak w przypadku Formuły 1. Poza tym to świetne miejsce dla zawodowego kierowcy – kontynuuje.

Efektowny transfer z Ameryki prosto na salony Formuły 1 będzie trudny, ale nie jest nieosiągalny.

– Pewnie będzie łatwiej mi dostać się do Indy Car w kolejnych sezonach. Nie chcę jednak aż tak wybiegać w przyszłość, nie chcę mówić, czy wrócę do Europy, czy zostanę w Stanach. Zobaczymy, jak rozwinie się moja sytuacja i wybierzemy wówczas najlepszą drogę. Marzenie o Formule 1 wciąż jest aktualne – podsumowuje Kucharczyk.


Reklama

Na razie skupia się na zaaklimatyzowaniu w USA. Dla Kucharczyka praktycznie wszystko jest tam nowe, a pomimo sukcesu w pierwszym wyścigu w wielu kwestiach brakuje mu doświadczenia. Np. w ściganiu się po owalnych torach, jakże popularnych w USA.


Reklama

Który z nich trafi do Formuły 1?

Na to pytanie oczywiście nikt nie zna odpowiedzi, natomiast należy wiedzieć, że wejście do F1 udaje się tylko nielicznym. I niestety nie jest się tutaj zawsze kowalem własnego losu.

Wszyscy młodzi kierowcy muszą też rywalizować z zawodnikami, którzy mają niemal gwarantowaną Formułę 1 od nastolatka. Bo nie tylko są szybcy i mają talent, ale też jeżdżą wszystkim czym się da i kiedy się da i mają najlepsze możliwe źródło finansowania. Rodzinną fortunę – to droga Lando Norrisa, którą teraz idzie Freddie Slater. Właśnie wszedł do programu juniorów Audi no i jest Brytyjczykiem. To najlepszy możliwy paszport, jak idziesz do F1. Odkąd miał 11-12 lat było wiadomo, że wejdzie do Formuły 1. Kimi Antonelli też od najmłodszych lat był „skazany” na Formułę 1, bo wspierany przez Mercedesa jeszcze w kartingu. Z takimi rywalami musisz mierzyć się teraz w drodze do F1 – tłumaczy Gutowski.

Według niego najprościej wejść do Formuły 1 Bilińskiemu będzie niejako tylnymi drzwiami. 


Reklama

Jeśli Roman będzie miał budżet i znajdzie świetnego menedżera, to może się zaczepić w jakimś zespole F1. Jako kierowca rozwojowy, w symulatorze, czy na jazdy starszym bolidem, a nawet test młodych kierowców w bolidzie aktualnym, najnowszej możliwej specyfikacji. Przy odrobinie szczęścia można nawet wejść na stałe do bolidu. Podobnie do Formuły 1 wszedł Franco Colapinto, który jednak miał znacznie większe doświadczenie w wyścigach (obecnie kierowca Alpine w F1 – red.).


Reklama

Sam Biliński doskonale wie, że starty na zapleczu Formuły 1 nie gwarantują czegokolwiek. – Kariera w Formule 2 jest trudna. Niektórzy są tu po pięć lat, niektórzy wygrywają mistrzostwo, po czym nigdy nie trafiają do Formuły 1. Oczywiście to nadal jest mój cel i chciałbym tam być już za rok. Ale wiele zależy od rynku, od znajomości. Nie wszystko jest pod moją kontrolą. Skupię się więc na tym, co mogę kontrolować. Na jeździe.

Paradoksalnie Biliński narobił sobie trudności startami pod... polską flagą. Motorsport jest bowiem miejscem, w którym bardzo liczy się i polityka, i pochodzenie. Chociaż sam Biliński i jego otoczenie to bagatelizują w rozmowie z Zero.pl, fakty są nieubłagane: przeciętny team mając do wyboru Polaka i Anglika na tym samym poziomie po prostu wybierze Anglika.

O tym, że takie myślenie wciąż obowiązuje, zdążył się za to przekonać już Adam Gładysz.


Reklama

– Narodowość ma duże znaczenie, myślałem, że nie jest tak, jednak dalej ten temat jest niezwykle istotny – przekonuje. Swojego syna w postępach nie ma zamiaru popędzać, ale już szykuje się na F2.


Reklama

– Modelowo najlepiej byłoby mieć dobry sezon w F3, kolejny rok dobry w F2 i zobaczyć, czy trafiamy do jakiejś akademii (zespołu F1 – red.) albo mamy szansę dostać się prosto do zespołu F1. Alternatywą jest kolejny sezon w F2. Kilka akademii jest zainteresowanych Maćkiem, ale dopóki nie mamy podpisu, to nic nie ma – opowiada.

Gutowski: – To nie talent i możliwości za kierownicą w pierwszej kolejności determinują, czy się gdzieś dostaniesz. Musisz być wystarczająco dobry, a potem to już kwestia pieniędzy i układów. Współpracy z odpowiednim teamem z Formuły 1, jak było z Lando Norrisem lub świetnym menedżerem, jak było z Charlesem Leclerkiem, który – trzeba podkreślić – był też od początku wyśmienitym zawodnikiem. George'a Russella do F1 wprowadził Mercedes. Antonellego też. I teraz w Formule 3 i Formule 2 jest wielu takich rywali, którzy mają ten sam cel i podobne wsparcie. Dlatego wejście do Formuły 1 jest tak niezmiernie trudne.

To jest ta droga. Nie talent ostatecznie decyduje, ale też ile masz pieniędzy i kto cię wspiera. Z tym zderza się każdy junior, ale to nie znaczy, że mają rezygnować. Zawsze trzeba walczyć o swoją szansę.

Cezary Gutowski


Reklama

Gładysza może dotknąć jeszcze inny problem. Nie będzie traktowany na równi z wieloma innymi kierowcami w F3.


Reklama

Trzeba trzymać kciuki, żeby zespół ART mierzył w tym roku wysoko. Poza tym w stawce ma na przykład Slatera, który – co by się nie stało – ma niemal gwarantowany awans do F1 i nieograniczone możliwości. Tacy kierowcy też zawsze „losują” lepsze silniki czy opony, a tu też mogą być pewne różnice. Te bolidy wyglądają tak samo, ale nie są takie same i też nie są obsługiwane na tym samym poziomie. To zawsze pułapki niższych kategorii – wyjaśnia Gutowski.

A co z Kucharczykiem? Teoretycznie mógłby pozostać w Stanach tylko na jeden sezon i wrócić szukać szczęścia w Europie, ale to nie musi być najlepszy scenariusz.

Gdyby wszedł i utrzymał się w Indy Car, to – kto wie - może się za 5-10 lat okazać, że pojawi się okno na przejście do F1. Taką drogę przechodzi teraz Colton Herta, który jednak jest kierowcą Cadillaca (nowy zespół w F1 – red.). Na razie to się zdarza bardzo rzadko, ale w jakimś momencie takie transfery mogą stać się bardziej popularne. Kto wie? – kończy Gutowski.


Reklama