Reklama

Motoryzacyjne nowości tygodnia: to musisz wiedzieć, żeby nie zostać motoignorantem

Reklama

Możliwe, że Enzo Ferrari nie byłby zadowolony, gdyby żył i zobaczył auto ze swoim nazwiskiem napędzane prądem. Możliwe, że byłby tak samo rozczarowany, jak klienci Mercedesa, gdy widzieli klasę C AMG z czterema cylindrami.

Wnętrze Ferrari Luce.
Wnętrze Ferrari Luce. (fot. Ferrari)
  • W tym tygodniu pojawiło się kilka motoryzacyjnych nowości z lekkim czynnikiem zaskoczenia. 
  • Mercedes zdał sobie sprawę, że klienci, widząc litery AMG, nie chcą 4-cylindrowego silnika 2.0.
  • Ferrari zdało sobie sprawę, że klienci lubiący elektryczność też mogą chcieć auta ich marki.

Reklama

W motoryzacji wszystko już stoi na głowie i niczego nie można być pewnym. To, co kiedyś było normą, dziś jest pieśnią przeszłości, a to co zdawało się niewyobrażalne, czeka na nas w salonach.

Dlatego co pewien czas trzeba przygotowywać zestawienie, żebyście mogli być na bieżąco i potem w niezobowiązujących motoryzacyjnych rozmowach popisywać się bieżącą wiedzą w temacie. 

Zaczniemy od Toyoty i jej „nieciekawej” nowości

Czemu nieciekawej? Bo to kolejny SUV. Toyota, znana z chłodnego stosunku do samochodów elektrycznych, wjeżdża z całkowicie elektrycznym modelem Highlander. Spalinowy poprzednik nie jest już dostępny, zastąpi go równie wielki SUV, ale na prąd. W kogo celuje Toyota z nowym Highlanderem – trudno ocenić, bo Europejczycy wolą auta mniejsze, a Amerykanie na skutek działań administracji Trumpa do „elektryków” się mocno zniechęcili, głównie za sprawą wycofania ulg podatkowych.


Reklama

Na pewno już wiadomo, że wóz będzie imponował wielkością i zasięgiem. Z mniejszym akumulatorem 77 kWh i napędem na przód przejedzie nawet 435 km między ładowaniami, ale będzie można dopłacić i za napęd 4WD, i za jeszcze większy akumulator – 96 kWh, 515 km zasięgu. Od frontu nowy Highlander wyróżni się stylizacją znaną jako „hammerhead”, czyli obuch młota, nawiązującą m.in. do nowej Camry i C-HR. Auto ma trafić do Europy i USA z trzema rzędami siedzeń. Odważne, ale czy aby na pewno potrzebne? Patrząc na znikomą popularność Kii EV9, powątpiewam w sukces elektrycznego Highlandera. W salonach i tak pojawi się dopiero w 2027 r.


Reklama

Elektryczna Toyota Highlander. (Fot. Toyota)

Przepraszam, chodziło mi o Ferrari i jego „nieciekawą” nowość

Ferrari Luce: pokazano tylko wnętrze i podano kilka danych technicznych. Rzeczywiście, to wnętrze jest pewnym zaskoczeniem, ponieważ nie składa się z małego prostokątnego ekranu i wielkiego prostokątnego ekranu. Zamiast tego ekrany są kwadratowe, a ten przed kierownicą zawiera nawet tradycyjne, okrągłe wskaźniki. Nie ma co jednak zbyt długo się rozwodzić nad stylistyką, skoro podano wstępne dane.

Ten elektryczny supersamochód ma mieć moc 986 KM z możliwością wyskoczenia na chwilę powyżej 1000 KM, cztery silniki, przyspieszenie do 100 km/h w 2,5 sekundy i akumulator o pojemności 122 kWh, czyli pewnie między 600 a 700 km zasięgu. 2,3-tonowy pojazd rozpędzi się ponoć do 310 km/h, to będzie rekordowy wynik jak dla elektryka. W przypadku Ferrari nie mam wątpliwości, że klienci się znajdą. Auto jest już podobno gotowe do premiery, trwają ostatnie prace przygotowawcze z dziedziny marketingu, a wygląd zewnętrzny poznamy w maju. 


Reklama

Wnętrze Ferrari Luce. (Fot. materiały prasowe)


Reklama

Mercedes: tu robi się ciekawie

Gdy pojawiała się nowa klasa C AMG, Mercedes powiedział tak: wkładamy jej silnik 2.0, czterocylindrowy – nic więcej nie potrzeba, żeby auto było bardzo szybkie. I było: z hybrydą plug-in rozwijało 680 KM, a rozpędzanie od 0 do 100 km/h trwało ponoć 3,4 s. Imponujące wyniki to czasem jednak za mało: jeśli kupujesz sobie coś, co nazywa się AMG 63 S E PERFORMANCE, to nie po to, żeby mieć silnik 2.0 jak Toyota Corolla. W dodatku ta hybryda plug-in niespecjalnie zmniejszała emisję CO2, za to znacząco podnosiła masę. I oto Mercedes wykonał niespodziewany ruch: zapowiedział, że w następnym wcieleniu modeli C i GLC AMG powróci do silnika sześciocylindrowego.

Tym razem będzie będzie to „szóstka w rzędzie”, o pojemności trzech litrów i z turbodoładowaniem. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że Mercedes robi to z troski o klientów i ich zamiłowanie do dźwięku silnika 6-cylindrowego. Okazuje się po prostu, że wysilona jednostka 4-cylindrowa nie ma szans na spełnienie nadchodzącej normy Euro 7, a większy silnik poradzi sobie z tym łatwiej. Dotarliśmy więc – nie po raz pierwszy – do momentu, w którym opłaca się zrobić większy silnik, ponieważ europejskie normy emisji spalin, wbrew pozorom, premiują duże, ciężkie i mocne samochody, a najbardziej brutalnie zwalczają te małe i proste (poza elektrycznymi). Trzylitrowy Mercedes – bez problemu, jednolitrowy Volkswagen – truciciel, zabronić!

Silnik 2.0 (M139) w Mercedesie C63 AMG. (Fot. Mercedes)


Reklama

Jeep Wrangler z V8: tłumaczę amerykański styl życia

Moich kilka krótkich spotkań z Wranglerem przekonało mnie, że to samochód bardziej amerykański niż hamburgery. Ogromny z zewnątrz, mały w środku, wyjątkowo paliwożerny i przeciętnie wykonany, ale przejeżdżający po wszystkim bez zatrzymania.


Reklama

Tym razem amerykański oddział Stellantis wprowadza do sprzedaży Wranglera w wersji Willys, nawiązującej oczywiście do klasyki czasów wojennych, tyle że z monstrualnym, 6,4-litrowym silnikiem V8. Ten pojazd ma kosztować w Stanach Zjednoczonych zaledwie 70 tys. dolarów, co sprawi, że właściwie nie będzie miał żadnej konkurencji, oczywiście o ile mowa o zawodach w tym, kto najlepiej zamienia benzynę w hałas. Obawiam się, że Jeep Wrangler Willys to samochód zupełnie zbyteczny, a jego istnienie wynika tylko z amerykańskiego podejścia do życia, gdzie wszystko musi być absolutnie największe. Życie wygrywa ten, kto nie tylko przejedzie po innych, ale zrobi to również jak najszybciej i jak najgłośniej.

Jeep Wrangler V8. (Fot. Stellantis) 


Reklama