Za młodu Andrew G. Vajna podarował światu „Rambo” i „Pamięć absolutną”. Na starość pomógł Viktorowi Orbánowi rozmontować węgierskie media. Zmarł w 2019 r., zaś jego dziedzictwo do dziś pozostaje kłopotliwe w ocenie. To jednocześnie spuścizna wrażliwego artysty, pragmatycznego biznesmena oraz cynicznego propagandysty.

- W latach 80. i 90. Andrew G. Vajna był jednym z najważniejszych producentów filmowych w Hollywood. To dzięki założonej przez niego firmie Carolco powstały takie hity jak „Rambo”, „Terminator 2”, czy „Nagi instynkt”.
- Po powrocie na Węgry stał się „człowiekiem Orbána” od kinematografii i mediów. Najpierw przywrócił węgierskiemu kinu blask. Później zamienił niezależne media w propagandową tubę Fideszu.
- Vajna był monopolistą budapesztańskich kasyn, magnatem medialnym, właścicielem niezliczonych biznesów. Tuż przed śmiercią w 2019 r. magazyn „Forbes” sklasyfikował go na 18. pozycji wśród najbogatszych Węgrów.
Számháború, popularna węgierska gra terenowa, łączy w sobie elementy zbijaka, podchodów i zabawy w chowanego. Dzieciaki ganiają po lesie, czołgają się w błocku i próbują „ustrzelić się” spojrzeniem. Muszą odczytać numer na cudzej czapce i wykrzyczeć go na cały głos, a jednocześnie ochronić własną czapkę przed sokolim wzrokiem nieprzyjaciela. Jeśli im się uda, odsyłają go do tzw. „bazy umarłych”. Wojenna terminologia jest istotna. W harcerstwie owa „bitwa na liczby” to najpoważniejsza z niepoważnych spraw.
Andrew G. Vajna, hollywoodzki producent filmowy, reformator węgierskiej kinematografii oraz jeden z najbogatszych oligarchów związanych z Fideszem, uwielbiał számháború. W wywiadach wspominał dzieciństwo spędzone w wysokiej trawie. Przekonywał, że harcerskie bitwy nauczyły go sprytu, cierpliwości i pracy zespołowej.
Wszystkie te cechy przydały się mu się w Hollywood, gdzie wyprodukował żelazną klasykę kina lat 80. i 90., od „Rambo” i „Terminatora”, przez „Harry’ego Angela” i „Nagi instynkt”, po „Evitę”. Były też nie do przecenienia na Węgrzech, gdzie dwadzieścia lat później zamienił niezależne media w prywatny folwark Viktora Orbána.
Trudne początki, łatwe początki
Młodość Andrew G. Vajny (właśc. Andrása György’ego Vajny), spędzona w Budapeszcie oraz w okolicach malowniczego jeziora Balaton, byłaby marnym prologiem hollywoodzkiej biografii. Nie dlatego, że brakowało w niej zwrotów akcji: Vajna urodził się na Węgrzech podczas II wojny światowej, zaś z kraju uciekł w trakcie krwawo stłumionego przez Związek Radziecki powstania z 1956 r. Sęk w tym, że nic tak nie irytuje w opowieści o spektakularnym sukcesie jak bohater z głębokimi kieszeniami.

Założyciele firmy dystrybucyjnej i wytwórni Carolco, Producenci filmowi Mario Kassar i Andrew G. Vajna, premiera filmu „Terminator 3: Bunt maszyn”, Los Angeles, czerwiec 2003 (fot. Allstar/Graham Whitby Boot / East News)
Po emigracji z Węgier jego rodzice, bogaci żydowscy przedsiębiorcy, osiedlili się w Los Angeles. Ponieważ rodzina podróżowała osobno, zaś programy humanitarne dla uchodźców były logistycznym koszmarem, 12-letni András stał się bohaterem małej odysei. Swój kraj opuścił z pomocą Czerwonego Krzyża, lecz z powodu proceduralnego zatoru zatrzymano go w Kanadzie. Bez przyjaciół i znajomości języka spędził tam kilka lat.
Kiedy wreszcie postawił stopę na zachodnim wybrzeżu USA i dołączył do rodziców, poszło już z górki. Najpierw były studia fotograficzne, a później pierwszy biznes, czyli salon fryzjerski specjalizujący się w produkcji wysokiej jakości peruk, głównie na potrzeby Hollywood. Wreszcie zaś - zagraniczna ekspansja. Jeszcze przed trzydziestką Vajna obrał kurs na Hong Kong i bezbłędnie przewidując trendy na azjatyckich rynkach, zaczął kupować na potęgę - przede wszystkim podupadające kina, studia filmowe oraz firmy zajmujące się dystrybucją.
Paweł Pawlikowski wraca do Cannes. Twórca „Idy” i „Zimnej wojny” powalczy o Złotą Palmę
Gdy w 1975 r. wraz z libańskim producentem Mario Kassarem zakładał kultową firmę Carolco, ich biuro mieściło się w niewielkim magazynie na końcu Melrose Avenue. Zaledwie dwa lata później rozdawali już karty na rynku, prowadząc trzeci największy biznes dystrybucyjny w Hollywood.
Podbić Hollywood
Na przełomie lat 80. i 90. logo Carolco było wypalone na kineskopie każdego telewizora i wdrukowane w mózg każdego kinomana. W Stanach Zjednoczonych zwielokrotniona literka „C” zwiastowała dwie godziny rozrywki. W Polsce była symbolem popkulturowej odwilży po PRL-owskiej zimie. Seria „Rambo”, „Terminator”, „Pamięć absolutna”, „Nagi instynkt”… Co film, to hit. Co scena - to klasyka.
Lider konkurencyjnego Cannon Films, Menahem Golan, wierzył, że da się jednocześnie kochać kino i na nim oszczędzać. Swoją filozofię artystyczną wykładał wprost: ”Jeśli kręcisz film, który ma początek, środek, zakończenie, wydajesz na niego mniej niż pięć mln dol., a potem tracisz pieniądze, to jesteś skończonym idiotą”. Do sukcesu poprowadził go legion znanych, kochanych i niedrogich twardzieli, z Chuckiem Norrisem i Michaelem Dudikoffem na czele.
Vajna i Kassar wierzyli tymczasem w siłę prestiżu. Nie bali się sparzyć, ryzykowali, dawali szansę ambitnym reżyserom, często grali przeciw rynkowi. Nawet gdy w 1989 r. Vajna opuścił Carolco, zakładając konkurencyjne Cinergi, ten rodzaj podejścia do kina pozostał w DNA firmy. Stał się źródłem jej największych sukcesów (cztery Oscary dla „Terminatora 2: Dnia sądu”, ważne nominacje dla „Pola marzeń”) oraz najboleśniejszych porażek.
Carolco upadło w 1995 r., w efektowny sposób ilustrując tezę, że producent, podobnie jak saper, myli się tylko raz. Firmę zatopiła „Wyspa piratów” Renny’ego Harlina - wystawna kostiumowa superprodukcja o dramatycznie przeszacowanym potencjale.
Jako producent filmowy Vajna jest dziś niedoceniony. Być może dlatego, że imigrancki etos pracy od świtu do zmierzchu szedł u niego w parze z wystawnym trybem życia; z imprezami na jachtach, szybkimi autami, luksusowymi posiadłościami. Już po powrocie na Węgry w ociepleniu tego wizerunku nie pomógł mu ślub z młodszą o 38 lat aktorką Timeą Palácsik. Jeśli jednak w latach 90. wkładaliście do magnetowidu kasetę wideo, było niemal pewne, że to właśnie Vajna przybił na niej swój stempelek.
Dwie twarze Andrew G. Vajny
W dalszej biografii Vajny zieją czarne dziury. Zasysają fakty, wypluwają domysły, półprawdy i plotki. Jego stopniowy powrót na Węgry mógł być związany z rozwojem kolejnych biznesów filmowych (głównie z otwieraniem lokalnego rynku dystrybucyjnego na Hollywood) albo z rodzinną tragedią (w 2007 r. życie odebrał sobie jego cierpiący na schizofrenię syn). Nie wiadomo.
Viktor Orbán walczy o głosy i oskarża opozycję o spisek. To może nie wystarczyć
Trudno też ustalić, w jakich okolicznościach Vajna poznał Viktora Orbána i czy była to miłość od pierwszego wejrzenia, czy może czysty biznesowy układ. Wiadomo jedynie tyle, że gdy w 2010 r. Fidesz szedł w cuglach po władzę, Vajna był już człowiekiem Orbána. Zaledwie rok później premier mianował go rządowym komisarzem do spraw przemysłu filmowego.
Jako że amerykańskie media nie mogły nachwalić się Vajny, jego wizerunek był w poprzedniej dekadzie podwójnie zakodowany. Z perspektywy Zachodu producent był mesjaszem branży filmowej oraz wielkim reformatorem węgierskiej kinematografii. Na Węgrzech tymczasem został kluczową postacią tzw. Systemu Współpracy Narodowej (NER). W teorii chodziło o plan gospodarczo-polityczno-społecznej rewitalizacji kraju. W praktyce był to monopartyjny skok na wszystkie najważniejsze instytucje państwa.
W oficjalnym oświadczeniu posłowie Fideszu określali NER jako system wyrosły z „woli ludu” oraz „niezbędny do godnego życia oraz połączenia całego narodu węgierskiego”. Jego rzeczywistą podstawą była natomiast koncepcja „demokracji nieliberalnej” autorstwa Orbána; z definicji opozycyjnej wobec zachodniego liberalizmu, opartej na konserwatywnych wartościach oraz silnej centralizacji władzy.
Biurem, w którym Vajna odbijał kartę, był Węgierski Narodowy Fundusz Filmowy. Instytucję utworzono specjalnie dla niego na gruzach niewydolnej Hungarian Motion Picture Foundation. Do dziś finansowany jest zarówno z pieniędzy podatników, jak i z prywatnych wpłat. W swoich założeniach przypomina starszy o sześć lat Polski Instytut Sztuki Filmowej. Z tą różnicą, że strukturalnie jest w zasadzie monarchią. Vajna zasiadł na tronie jako pierwszy.
Okres jego panowania nad węgierskim kinem jest dziś szalenie trudny w ocenie. Zanim Vajna chwycił za miotełkę, tamtejsza kinematografia trwała w artystycznym i komercyjnym impasie. Nie działały systemy ulgowe, zbieranie pieniędzy na filmy było orką na ugorze, nagrody stanowiły rzadkość, festiwale przypominały święta lasu.
W przeciągu dekady producentowi udało się jednak odwrócić wiatr. Wprowadził węgierskie kino na oscarowe i festiwalowe salony, a do kraju ściągnął skuszone preferencyjnymi warunkami zagraniczne ekipy filmowe. Bez Vajny nie byłoby chociażby wstrząsającego „Syna Szawła” Laszlo Nemesa – opowieści o zagładzie poprowadzonej z perspektywy węgierskiego Żyda i członka Sonderkommando w obozie Auschwitz-Birkenau. Nie zobaczylibyśmy również „Diuny” Denisa Villeneuve’a, nakręconej częściowo w nowoczesnym studiu Origo w Budapeszcie.
Z drugiej strony, ten rodzaj centralizacji władzy nad kulturą filmową trudno traktować inaczej niż w kategoriach zamachu na jej niezależność. Dla wielu filmowców Vajna był symbolem opresyjnego systemu - przede wszystkim dlatego, że samodzielnie decydował o dystrybucji pieniędzy. W strukturach funduszu kwitło kolesiostwo, z kolei zasady przyznawania grantów pozostawały nieprzeniknione.
Odpowiedź na pytanie, do jakiego stopnia decyzje Vajny były podyktowane partyjną polityką kulturalną, również nie jest łatwa. W poniedziałek producent był na celowniku artystów, który całowali klamkę instytutu - zwłaszcza, gdy próbowali otrzymać pieniądze na odważniejsze, awangardowe, a czasem nieprzychylne władzy filmy. We wtorek uchylał się przed kulami prorządowych mediów, które zarzucały mu złe towarzystwo i postkomunistyczne sympatie. Dla jednych był synem marnotrawnym, przybyszem ze „zgniłego zachodu”. Dla innych - aparatczykiem i pionkiem na politycznej szachownicy Orbána.
Oligarcha Fideszu
Historia upadku niezależnych mediów na Węgrzech jest skomplikowana i wielowątkowa. Gdyby skupić się wyłącznie na jej punktach węzłowych, to wszystko zaczęło się w 2010 r. od nowej ustawy medialnej. Wzmocniła ona kontrolę państwa nad regulacją rynku i umocniła pozycję przedsiębiorców (oczywiście tych przychylnych partii rządzącej), gotowych do przejmowania mediów w publicznych przetargach.

Andrew G. Vajna i Viktor Orbán (fot. Viktor Orbán / Facebook)
Dzięki tej strategii już w 2014 r. Fidesz położył rękę na Origo - jednym z najważniejszych portali informacyjnych w kraju. W 2016 r. zamknął duży dziennik „Népszabadság”. W 2018 r. przekształcił tygodnik „Figyelő” w tubę propagandową Fideszu, zaś kilka lat później podobny los spotkał portal informacyjny Index.hu oraz niezależną rozgłośnię Klubrádió. Prasę lokalną Orban skonsolidował w ramach Centroeuropejskiej Fundacji Prasy i Mediów (KESMA). Pod tą szlachetną nazwą kryła się wielka medialna grzybnia – stale rozrastająca się biblioteka prorządowych tytułów.
Już na początku ubiegłej dekady Vajna był właścicielem kilku dzienników i tygodników (m.in. „Bors”, „Délmagyarország”, „Kisalföld”), które ostatecznie trafiły do portfolio KESMA. Budował wówczas swój kapitał magnata medialnego, więc z Fideszem było mu po drodze. Gdy w 2015 r. w atmosferze skandalu nabył popularną komercyjną stację telewizyjną TV2, z dużego gracza stał się oligarchą.
Pożyczki w kwocie 21 mln euro na zakup udzielił mu państwowy Eximbank. Choć przed dojściem Fideszu do władzy taka operacja byłaby niemożliwa, to po nowelizacji ustawy medialnej z 2013 r. nic nie stało na przeszkodzie, by Vajna skorzystał z państwowych pieniędzy. A jako że wkrótce potrzebował ich znacznie więcej, kredytem zajął się kolejny bank - MKB, którego współwłaścicielem został Lőrinc Mészáros, przyjaciel Orbána z dzieciństwa i zarazem jeden z jego najpotężniejszych politycznych sojuszników.
Następne w kolejce było Rádió 1, czyli komercyjna stacja radiowa nadająca w Budapeszcie i skierowana głównie do młodzieży. Vajna wykorzystał jej ugruntowaną markę do przejmowania kolejnych stacji regionalnych. Rządowe organy regulacyjne spoglądały na jego poczynania przez palce, toteż pod banderą Rádió 1 bardzo szybko znalazło się ponad 30 rozgłośni dystrybuujących prorządowe treści.
Jak nietrudno się domyślić, media pod rządami Vajny nie były krynicą dziennikarskiego obiektywizmu oraz pluralizmu politycznego. W najlepszym wypadku przypominały realizację marketingowego planu dla NER. W najgorszym - były pospolitą szczujnią, w której glanowano polityków opozycji oraz resztki niezależnych mediów. W chwili śmierci Vajny w 2019 r. tylko 10 proc. prywatnych mediów na Węgrzech pozostawało w rękach podmiotów niezwiązanych pośrednio lub bezpośrednio z Fideszem.
Biura podawcze sądów pracowały na pełnych obrotach. Redakcje TV2 i Rádió 1 pozywano regularnie o naruszanie dóbr osobistych i łamanie zasad etyki dziennikarskiej, rozprzestrzenianie dezinformacji oraz propagandę. Pozwy rozstrzygnięte na korzyść skarżących można policzyć na palcach jednej ręki. Ich znaczenie było zresztą czysto symboliczne. Zazwyczaj wyroki nie były respektowane, zaś dziennikarze zachowywali swoje stanowiska.
Hazard Orbána. Stawka rośnie, a Węgry słabną
Jak na ironię, chociaż TV2 było stacją o charakterze komercyjnym, zaliczyło w tym okresie potężny finansowy spadek wpływów. Dzięki rekordowym nakładom na państwowe reklamy na powierzchni utrzymywał je Orbán. To od niego Vajna dostał też nagrodę w postaci monopolu na budapesztańskie kasyna, które pozostawały pod ścisłym nadzorem Ministerstwa Gospodarki. Już od 2015 r. dzięki pięciu takim placówkom do kieszeni Vajny trafiało od 16 do 20 mln euro rocznie. Pod koniec dekady pozwoliło to magazynowi „Forbes” sklasyfikować go na 18. pozycji wśród najbogatszych Węgrów.
Dziedzictwo
Przed śmiercią Vajna odsprzedał Meszarosowi kasyna oraz większość swoich biznesów medialnych, zostawiając sobie radio i telewizję. Po śmierci zarówno Rádió 1, jak TV2 zostały w rękach członków tych samych kręgów biznesowo-politycznych. Prezesem telewizji został w 2019 r. Jozsef Bida, multimilioner i bankier związany z Fideszem, który kontynuował politykę redakcyjną stacji. Karuzela propagandy do dziś pracuje na szóstym biegu.
W pozorowanych na rzetelne dziennikarstwo rozmowach z innymi prorządowymi mediami Vajna często odpierał „zarzuty” o polityczne zaangażowanie. Czynił to z mało zaskakującą mieszanką nonszalancji oraz biznesowego cynizmu. „Media powstają w zgodzie z moim gustem i smakiem, ponieważ jestem ich właścicielem. Nie redaguję programów informacyjnych. Zmierzają jednak dokładnie w tym kierunku, który uważam za właściwy” - mówił w rozmowie z Index.hu.
Czy podobne deklaracje stanowią świadectwo wiary Vajny w linię polityczną Fideszu? Tego już się nie dowiemy. W przypadku ludzi kultury są one jednak wyjątkowo bolesne. Ich życiorysy rozpadają się bowiem na dwie opowieści. Jedna jest o sztuce, która staje się przestrzenią wolności. Drugą – o pragnieniu władzy, która tę wolność odbiera.
