W reżimach autorytarnych przywódca musi przemieszczać się z największą możliwą pompą. W europejskich demokracjach jest to już źle widziane. Najlepiej, żeby premier jeździł na rowerze, a jeśli już potrzebuje podróżować gdzieś dalej – niech wybierze zwykły samochód.

- Demonstracyjny wybór samochodu „zwykłej” marki przez polityka z najwyższych sfer władzy to popularna ostatnio zagrywka marketingowa.
- W Polsce ten trend zapoczątkował Waldemar Pawlak, który krótko jeździł Polonezem.
- Premier Węgier Peter Magyar nie tylko oznajmił, że będzie wożony Skodą, ale również do Polski przyjechał zwykłym pociągiem.
Wiele lat temu ten trend rozpoczął w Polsce premier Waldemar Pawlak, który może nie słynął z elokwencji, ale za to w czasach ogólnej biedy i beznadziei zamiast w drogiej limuzynie, zaczął pokazywać się w zielonym Polonezie. Zostało to dobrze przyjęte, tyle że nie było wtedy powszechnego dostępu do kamer, którymi można byłoby nakręcić, że Polonez przemieszczał się co najwyżej do granic Warszawy. Potem premier przesiadał się do Mercedesa, bo w końcu trzeba było dojechać na miejsce w stanie względnie niewymemłanym. Polonez raczej tego nie gwarantował.
Nasi obecni politycy robią to samo
Nie wszyscy, ale ci, którzy nadają ton polskiej polityce od (zbyt) długiego czasu – już tak. Prezes PiS Jarosław Kaczyński był przez lata wożony Saabem, co już samo w sobie stanowiło wyjątkowo oryginalny wybór na zasadzie „byle dalej od marek niemieckich premium”, ale od kilku lat kierowca wozi go również Skodą Superb, słynącą z dużej ilości miejsca na tylnej kanapie. Samochód należy do floty partyjnej, sam prezes Kaczyński prawa jazdy nie ma – jednak wybór auta w tym przypadku na pewno nie był losowy. Mam trochę wrażenie, jakby samochody typu „duży sedan, ale nie premium” istniały głównie dla polityków i służb państwowych.
Donald Tusk od lat również nie prowadzi samochodu osobiście, ale lata temu przemieszczał się Toyotą Avensis kombi z silnikiem Diesla, którą podróżował nawet całkiem prywatnie na narty. Także i ten pojazd trudno nazwać wystawnym, choć później przez krótki czas Tuska widziano w hybrydowym SUV-ie marki Lexus. Jako premier Polski pan Donald już nie udaje skromnego, miałem okazję widzieć przejazd kolumny rządowej z premierem i składała się w większości z największych modeli BMW – wielkiej limuzynie serii 7 Protection (opancerzonej) towarzyszyły SUV-y X5, a może nawet było to X7.
„Siódemą” z opancerzeniem jeździ też Karol Nawrocki, ale tu jest inna motoryzacyjna ciekawostka – prezydent podczas kampanii wyborczej jeździł czasem na spotkania z wyborcami czerwonym Renault Twingo, które zostało zlicytowane na cel dobroczynny z udziałem Kanału Zero. Wprawdzie prywatnie uwielbiam Twingo, ale ciekawe czy Karol Nawrocki również, czy i tu mieliśmy do czynienia z politycznym „spinem”.
Korea Północna zwraca się ku prywatnej motoryzacji. Coraz trudniej zaparkować w Pjongjangu
„Za granicą to premier na rowerze jeździ”
Rzeczywiście, są takie kraje – choć nie ma ich dużo – gdzie osoby sprawujące władze jeżdżą rowerem. Są to przede wszystkim miejsca słynące z wysokiego poziomu bezpieczeństwa, gdzie polityka nie musi bez przerwy chronić gwardia uzbrojonych ochroniarzy. I tak na rower wsiada premierka Danii Mette Frederiksen czy premierka Estonii Kaja Kallas. Były premier Holandii Mark Rutte regularnie korzystał z roweru jako środka codziennego transportu, co w holenderskich warunkach jest niejako wymuszone społecznymi oczekiwaniami. Gdyby przeciskał się przez Hagę w BMW serii 7, jego popularność momentalnie by spadła. Z ciekawych pojazdów w Europie mamy jeszcze elektrycznego DS No8 od prezydenta Macrona – tu akurat motywacja jest zrozumiała, chodzi o wybór pojazdu produkcji rodzimej, a nie niemieckiej jak większość przywódców (w tym nasz).

Prezydencki DS No8 - jeździ nim Emmanuel Macron. (fot. @GREG / Stellantis)
Deklaracja nowego premiera Węgier Petera Magyara o wyborze Skody Superb jako samochodu służbowego może być nieco zaskakująca. Poprzedni premier Viktor Orban wszak podobnie jak nasz szef rządu jeździł BMW serii 7, a Magyar zostaje przy Superbie, którego używał w kampanii.
Czy można jednak nazwać nową Skodę Superb „zwykłym” samochodem? To nadal wielki sedan (może bardziej liftback, ale o linii sedana), który ma mnóstwo miejsca z tyłu, klimatyzację, zapewne nawet podgrzewanie foteli w drugim rzędzie, o roletach zapewniających prywatność nie wspomnę. Nie ma większej różnicy między jazdą Superbem a nowym BMW, oba są szybkie, wygodne i ciche. Luksus leży tylko w logo na masce i w cenie. Trudno więc uznać, że wybór Skody Superb jako auta służbowego to gest w stronę wyborców, bo większości wyborców węgierskich na nowego Superba i tak nie stać.
Luksus to nie samochód, luksus to brak trosk o samochód
Poza tym, w obecnych czasach luksusem nie jest posiadanie przedmiotów, a zarządzanie czasem. Czy to Superb, czy BMW – nie ma to większego znaczenia. Luksusem jest to, że premier ma auto do dyspozycji kiedy potrzebuje. Nie musi go tankować, myć ani parkować, samochód po prostu się pojawia i zawozi go w dowolne miejsce. Żonglowanie logami producentów żeby pokazać swoją rzekomą skromność niespecjalnie tu działa. Podobnie zresztą jest z tym rowerem w Holandii: luksus stanowi mała odległość z domu do pracy, na tyle niewielka, że można przejechać ją rowerem w krótkim czasie. Społeczeństwo musi gnieść się w transporcie publicznym spod miasta do centrum, a premier dojeżdża sobie kilka uliczek na jednośladzie.
Na tym tle organizacja wizyty premiera Węgier w Polsce wydaje się jednak doskonałym posunięciem. Peter Magyar przybył do naszego kraju po prostu jadąc pociągiem. Nie wybrał samolotu ani prywatnego samochodu, tylko transport możliwie zrównoważony i niskoemisyjny – a to jest realna oznaka progresywnego charakteru polityka, przy okazji też faktycznie pokazująca, że nie chodzi mu o epatowanie zamożnością swojego „dworu”. W zeszłym roku delegacja europejskich polityków, w tym premier Tusk udała się pociągiem do Kijowa – ale to nadal sytuacja stanowiąca zupełny wyjątek, w świecie gdzie politycy bez ustanku latają samolotami, często bez wyraźnej potrzeby, a posłanka lewicowego ugrupowania nie posiadająca samochodu rozlicza 33 tys. km służbowych podróży autem w ciągu roku.
