Kilka dni temu małopolska policja zatrzymała grupę osób zamieszanych w proceder masowego podbijania badań technicznych pojazdów zarejestrowanych w Polsce, ale nigdy tu nie przebywających. Proceder trwał ponoć od 2019 r. ale dopiero teraz udało się go ukrócić. Co to jest „przekręt neapolski” i dlaczego działa na niekorzyść polskich kierowców?

- Włosi korzystając z oferty legalnie działającej firmy rejestrują auta w Polsce, żeby płacić dużo niższe ubezpieczenie OC.
- To wcale nie jest takie legalne, bo samochody te nigdy nie trafiają do naszego kraju na badania techniczne. Wszystko odbywało się „zaocznie”.
- Policja zatrzymała handlarza rejestrującego auta z Włoch w Polsce i dwóch diagnostów, którzy masowo podbijali dowody rejestracyjne.
Wypada zacząć od wyjaśnienia, że aby zarejestrować samochód w Polsce, on nie musi w ogóle istnieć. Potrzebne są tylko dokumenty, to jest umowa z polskim nabywcą, niekoniecznie z zachowaną ciągłością właścicieli i polskie badanie techniczne, które w teorii weryfikuje, czy pojazd naprawdę istnieje.
A co, jeżeli samochodu nie ma? Potrzebujemy wtedy „zaufanego” diagnosty, który swoją pieczątką poświadczy, że auto istnieje i nawet jest dopuszczone do ruchu.
Policja podała, że zatrzymano mężczyzn podejrzanych o proceder masowego podbijania dowodów rejestracyjnych. Pokazano nawet zdjęcie całej kolekcji zatrzymanych, podejrzanych dokumentów, czyli dowodów z fikcyjnym badaniem technicznym.
Na trop przekrętu policja wpadła za sprawą działania jednego z zatrzymanych mężczyzn, który rejestrował w kraju dużą liczbę samochodów importowanych z zagranicy – na tyle dużą, żeby wzbudziło to podejrzenia.
Zwykli handlarze ściągają do Polski po kilka aut na miesiąc, a nie kilkaset. Zaczęto więc sprawdzać, czy faktycznie te pojazdy trafiły do naszego kraju i szybko się okazało, że podstawą rejestracji są tu jedynie polskie badania techniczne, całkowicie fikcyjne i dokonywane hurtowo. Samych aut w ogóle nie było. Ostatecznie zatrzymano człowieka odpowiedzialnego za rzekomy import samochodów oraz dwóch diagnostów, którzy zajmowali się prokurowaniem fałszywych badań technicznych.
Włosi oszczędzają
Neapol – to tam od lat znajduje się centrum wielkiego polsko-włoskiego przekrętu. Powodem do jego powstania były horrendalne ceny ubezpieczenia OC na południu Włoch. Im dalej na południe, tym Włosi jeżdżą bardziej niebezpiecznie, doprowadzając regularnie do stłuczek, co winduje ceny ubezpieczenia.
Ktoś wymyślił, że jeśli Włoch będzie miał możliwość zarejestrować samochód poza swoim krajem i zaoszczędzić tym sposobem 70 proc. ceny OC, to chętnie z tego skorzysta. Ten ktoś zapewne był Polakiem i tak powstał „przekręt neapolski”.
Jeśli byliście w Neapolu, to pewnie widzieliście dziesiątki samochodów z polskimi tablicami rejestracyjnymi. To nie są żadni Polacy z Neapolu, to po prostu trwający od lat proceder polegający na oszukiwaniu firm ubezpieczeniowych.
Cyfrowy dowód rejestracyjny wyeliminuje motoryzacyjne przekręty. Miejmy nadzieję
Firma wydaje się działać legalnie
Działa to w taki sposób: wchodzisz sobie na stronę „targhe polacche”, czyli polskie tablice, gdzie w języku włoskim wszystko zostało szczegółowo wytłumaczone i dowiadujesz się, że możesz płacić o 2/3 mniej za ubezpieczenie pojazdu, a wszystko jest absolutnie legalne.
W ogóle nie trzeba nigdy przyjeżdżać do Polski swoim samochodem, co już jest wierutnym kłamstwem, ale potem robi się jeszcze zabawniej. Otóż w założeniu sprzedajesz swój samochód polskiej firmie, która rejestruje go w Polsce, a potem użycza z powrotem do użytkowania we Włoszech.
Wszystko to wiąże się z opłatą, w pierwszym roku trochę wyższą z powodu konieczności załatwienia formalności (kilkaset euro), w następnych latach ta opłata spada, nadal będąc włącznie z kosztem OC dużo niższa, niż gdyby chciało się płacić włoskie ubezpieczenie w Neapolu.
Podkreślam, że włoskie stawki OC są naprawdę absurdalne, jest to na przykład 6500 zł za roczne ubezpieczenie skutera o pojemności 125 ccm, podczas gdy w Polsce kosztuje to 150-200 zł. Nic dziwnego, że ludzie kombinują. Na tym nie koniec, bo we Włoszech oprócz OC płaci się jeszcze tzw. bollo, czyli podatek od posiadania samochodu lub innego pojazdu, a w Polsce nic takiego nie ma.
Jest problem – jest rozwiązanie
Powstaje jednak kłopot: skoro samochód czy inny pojazd nigdy nie odwiedzają Polski, to jak przechodzi obowiązkowe coroczne badanie techniczne?
Otóż nie przechodzi, po prostu wysyła się dokumenty hurtem do naszego kraju i tutejsi zaufani diagności po prostu je podbijają. To był słaby punkt tego systemu, bo obecnie stosunkowo łatwo jest ustalić, czy dany pojazd faktycznie pojawił się na stacji kontroli – przy wjeździe i wyjeździe jest kamera.
Jeśli na danej stacji nagle jednego dnia kilkadziesiąt aut w bardzo krótkim czasie otrzymuje pozytywny wynik badania, to już powód, aby ją skontrolować.
Zapewne uczestników przekrętu zgubiła pewność siebie, bo póki robisz to na małą skalę i jedno na 10 aut nigdy się fizycznie nie pojawi, cała machina ma szansę działać przez długi czas. Później jednak uznajesz, że „chyba nic się nie powinno stać”, i jako diagnosta bierzesz 100 dowodów rejestracyjnych, wykonujesz 100 badań koniecznych do wprowadzenia pojazdu do centralnej ewidencji w ciągu jednego dnia.
I wtedy ktoś już może się zorientować, że coś tu nie gra. To tylko moje przypuszczenia, ale zapewne to był powód zainteresowania całą sprawą.
Jak gumowy pasek pogrążył wielonarodowy koncern. Czy motoryzacyjny gigant się podniesie?
Włosi ryzykują
Oczywiście dla przeciętnego Włocha taka sytuacja wiąże się z korzyścią finansową, ale i z ryzykiem, ponieważ odsprzedajesz za symboliczną kwotę swój własny samochód zagranicznej firmie, a ta firma w każdej chwili może zbankrutować.
Ponadto policji z Neapolu czasem zachciewa się przeprowadzić nalot i skonfiskować kilka pojazdów z polskimi tablicami na podstawie tego, że są używane przez obywateli włoskich, a niezarejestrowane w tym kraju. Każde państwo ma przepisy, które zmuszają mieszkańców do rejestrowania samochodów w kraju zamieszkania. Ich niedopełnienie lub próba obejścia jest traktowane jak unikanie opodatkowania, więc auto można stracić i nikt nie zapłaci nam grosza odszkodowania.
Gdy wpisze się w internet „polskie tablice w Neapolu”, pojawia się sporo zdjęć rozmaitych aut, często z widocznymi tablicami. Korzystając z powszechnie dostępnej bazy UFG sprawdziłem, jak wygląda sytuacja z ich ubezpieczeniem. Z pięciu aut tylko jedno okazało się być ubezpieczone w Polsce. Dla trzech system podawał „brak danych”, co oznacza, że nikt nie wprowadził do polskiego systemu informacji o polisie ubezpieczeniowej i nie wiadomo, gdzie została ona wystawiona.
W jednym przypadku okazało się wręcz, że tablice pochodzą z innego samochodu – na zdjęciu znajdowały się na aucie dostawczym, w systemie UFG pojawiała się informacja, że są przypisane do Fiata Pandy.
Wydaje się, że w pewnym momencie osoby odpowiedzialne za ten proceder poszły już po linii najmniejszego oporu – zamiast oficjalnie importować samochody z Włoch do Polski, zaczęli skupować dokumenty od samochodów, które miały iść na złom w Polsce. Są to tak zwani dawcy VIN, czyli zniszczone auta, które nadal są zarejestrowane w naszym kraju.
Wystarczy wziąć dokumenty, zrobić fikcyjne badanie techniczne i nawet nie przerejestrowywać samochodu na siebie. Potem wysyłamy tablice do Włoch i przykręcamy je do jakiegoś innego auta. Jest to jeszcze łatwiejsze niż załatwianie importu do Polski.
Może i numer nadwozia niespecjalnie się zgadza, ale to żaden problem, ponieważ przy ewentualnym zatrzymaniu pojazd i tak zostanie skonfiskowany włoskiemu właścicielowi – no chyba, że akurat znamy policjanta, a jego siostra to nasza była kochanka albo coś w tym rodzaju i przekonamy go, żeby przymknął na nas oko.
Znalazłem przypadek człowieka, który sprzedał handlarzom uszkodzoną ciężarówkę, sądząc że zostanie ona zezłomowana po wyjęciu z niej kilku bardziej wartościowych części. Jakież było jego zdziwienie, gdy za jakiś czas dostał mandat z Włoch na swoje nazwisko i z widocznymi tablicami swojego byłego samochodu zamontowanymi na zupełnie innym pojeździe.
Polacy tracą
Wskutek tego procederu rosną stawki OC w Polsce. Jeśli stale zgłaszane są szkody dokonywane przez użytkowników pojazdów zarejestrowanych w Polsce, to my jako polscy kierowcy kolektywnie składamy się na usuwanie szkód spowodowanych przez Włochów we Włoszech, głównie w Neapolu.
Widząc więc samochód na polskich tablicach na południu Włoch nie myśl „o, ilu tu Polaków”, myśl raczej o tym, ile pieniędzy tracisz rocznie na wzroście kosztu obowiązkowego ubezpieczenia OC. Tylko dlatego, że połączone siły policji włoskiej i polskiej nie umieją poradzić sobie skutecznie z tym przekrętem od 2019 r.
Akcja z zeszłego tygodnia pewnie trochę napsuła szyków osobom prowadzącym całą akcję, ale raczej jej nie zatrzyma. Problemy mają też Włosi uczciwie płacący wysokie ubezpieczenia, w których wjedzie ktoś autem zarejestrowanym w Polsce „na przekręcie”, ale to już trochę nie nasza sprawa.
Trudno znaleźć skuteczne rozwiązanie tej sytuacji inne niż konieczność fizycznego przedstawiania samochodu do ubezpieczenia OC co roku, co wydaje się nierealne przy liczbie aut w Polsce. Tylko bezlitosna postawa policji włoskiej zniechęcająca do kontynuowania przekrętu mogłaby tu pomóc. Ale na południu Włoch państwo działa dość teoretycznie.
