Reklama

Podłączyliśmy sprzedaż nowych samochodów do kroplówki. Teraz grozi jej śmierć

Reklama

Kończy się program rządowych dopłat do samochodów elektrycznych pod nazwą „NaszEauto”. System ten, chociaż zupełnie zatkany, sprawił, że Polacy rzeczywiście zaczęli kupować auta bezemisyjne. Ale co będzie, gdy pieniądze publiczne rzeczywiście się wyczerpią?

Podłączyliśmy sprzedaż nowych samochodów do kroplówki. Teraz grozi jej śmierć
(fot. MG-SAIC / Inne)

 


Reklama

  • Sprawdziliśmy, czy da się w Polsce jeszcze kupić samochód elektryczny z rządową dopłatą.
  • Ile samochodów wymieniono na bezemisyjne? Znamy wstępne statystyki.
  • Program NaszEauto kończy się. Czy przed nami trzecia runda dopłat? 

Wydawałoby się, że w warunkach względnie liberalnej gospodarki rynkowej, produkt lepszy powinien sam przekonać do siebie nabywców i w dłuższej perspektywie wyprzeć produkt gorszy.

Oczywiście w tym celu należałoby przyjąć, że samochody elektryczne faktycznie są lepsze niż spalinowe (do tych zaliczam też hybrydy zamknięte i plug-in). Może i są, ale gremialne przejście kierowców na elektromobilność bez finansowych zachęt nie udało się w żadnym kraju europejskim.


Reklama

Nawet Norwegia, gdzie już prawie 100 proc. nowych aut jest zasilanych prądem, przez długi czas przyznawała ich nabywcom zwolnienia podatkowe i inne przywileje typu darmowe parkowanie czy jazda po buspasie. 


Reklama

Inne kraje postawiły na dopłaty

Na dopłacanie do aut zdecydowała się m.in. Polska – pierwszy program dopłat pod niezbyt trafioną nazwą „Mój Elektryk” ruszył już w 2021 r. i zakończył się w 2024 r. Nie ma co ukrywać, poszło słabo. Żadne rozruszanie sprzedaży aut bezemisyjnych nie nastąpiło, a Polska przez lata znajdowała się w okolicach końca zestawienia krajów UE pod względem udziału samochodów elektrycznych w rynku.

Gorzej lub podobnie było na Słowacji i w Chorwacji. Ostatecznie jednak alokacja środków z „Mój Elektryk” została wykorzystana aż w 94 proc. przy kwocie ogólnej wynoszącej 960 mln zł.

Według rządowych statystyk złożono w sumie ponad 28 tys. wniosków, a pozytywnie rozpatrzono ok. 25 tys. Niedocenionym i humorystycznym akcentem tego programu była konieczność oznaczania objętych dopłatami samochodów ogromną, wątpliwą estetycznie naklejką, którą beneficjent musiał sam sobie wydrukować. 


Reklama

A potem ruszył program „NaszEauto” – konkretnie w lutym 2025 r. 

Zasady są w sumie podobne, to znaczy Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej dokłada się osobom prywatnym lub jednoosobowym przedsiębiorcom do zakupu lub leasingu nowego samochodu elektrycznego.


Reklama

Tym razem na dopłaty przeznaczono aż 1,6 mld zł, a wynosiły one od 18 750 zł dla osób prywatnych aż do 40 tys. zł w przypadku spełnienia dodatkowych warunków – kryterium dochodowego (wtedy kwota rośnie do 30 tys. zł) i zezłomowania starego, spalinowego auta (dodatkowe 10 tys. zł dopłaty).

Przedsiębiorcy dostali 30 tys. z automatu bez dodatkowych kryteriów, jednak nałożono też limit cenowy dla samochodu: 225 tys. zł. Z czasem kryterium dochodowe zostało w ogóle zlikwidowane, stało się to 24 października 2025 r. 

Z początku wszystko wyglądało świetnie. Jednak gdy ludzie zaczęli składać wnioski, NFOŚIGW zaczął je masowo odsyłać jako wymagające poprawek. W początkowym okresie odrzucano 90 proc. nadesłanych wniosków. Z nieznanych przyczyn NFOŚIGW dał sobie 60 dni na ocenę każdego wniosku, ale składający na poprawkę miał tych dni tylko 10. Po trzech miesiącach od startu programu udało się wypłacić okrągłe zero złotych. Potem było już tylko gorzej.


Reklama

Cały program zaczął wyglądać jak kolejka do specjalisty na NFZ. Wstajesz o czwartej rano, zajmujesz kolejkę o 5:00 i masz numer 2137, a czas oczekiwania jest nieokreślony. Poziom zatkania systemu osiągnął wartości astronomiczne, a według statystyk do końca października 2025 r. wypłacono całe 4,3 proc. należnych dopłat. Średnia dzienna liczba wpływających wniosków wynosiła między 60 a 70, a wypłacano mniej więcej trzy dopłaty dziennie.


Reklama

Na koniec roku 2025 udało się nieznacznie przyspieszyć i obecnie NFOŚiGW procesuje wnioski złożone w czerwcu zeszłego roku. Jeśli uwierzyliście w rządowe zapewnienia o 45 dniach od złożenia formularza do otrzymania pieniędzy, to można tylko się zaśmiać.

Oni teraz oceniają wnioski z czerwca, a od oceny do wypłaty bardzo daleko. Na dzień 31 grudnia wypłacono 2619 dopłat. To na pewno istotnie obniży emisję dwutlenku węgla z polskich samochodów. Przy okazji: kompletną porażką jest program dopłat w wysokości do 70 tys. zł do elektrycznych pojazdów dostawczych. Jak podaje portal dostawczakiem.pl, do końca ubiegłego roku złożono pięć wniosków o dofinansowanie. Nie 5000, ale pięć. 

Na papierze program wygląda na sukces

Na koniec 2025 r. alokacja środków sięgnęła 80 proc. Złożono 30 tys. wniosków o dopłaty, co przełożyło się na realny, spory udział samochodów elektrycznych w sprzedaży w Polsce. W drugiej połowie ubiegłego roku sięgnął on 10 procent. To nadal nie poziom Holandii ani Danii, ale jak na Europę Środkową i Wschodnią – całkiem niezły.


Reklama

Tyle że większość z nabywców tych aut żadnej dopłaty jeszcze nie dostała i prędko jej nie dostanie. Na dzień 31 grudnia 2025 oceniany był wniosek nr 6580. Poprosiłem NFOŚiGW o komentarz i mimo kilku prób nie otrzymałem odpowiedzi na proste pytanie: „ile wynosi szacowany czas otrzymania dopłaty przy złożeniu wniosku w styczniu 2026 r.?”.


Reklama

Ja wiem, że to pytanie jest złośliwe i odpowiedź brzmi niemal na 100 proc.: spóźniłeś/aś się, już nic nie płacimy, narka.

Najpopularniejszy samochód elektryczny w Polsce – Tesla Model Y

Na grupie „NaszEauto” na Facebooku ludzie narzekają, że dostępne u dealerów auta elektryczne zostały porezerwowane przez brokerów, którzy mogą nam je sprzedać, jeśli na dzień dobry odpalimy im 10 proc. dopłaty (tj. 3000 zł).


Reklama

Zwróciłem się o komentarz do przedstawiciela jednego z najpopularniejszych na polskim rynku koncernów motoryzacyjnych, Stanisława Dojsa z Hyundaia i dowiedziałem się, że klienci obecnie z niepokojem podchodzą do zakupu auta elektrycznego, uznając, że nie mają już szans zdążyć na dopłaty. Samochodów nie brakuje, brakuje jednak wiary klientów w to, że ktokolwiek wypłaci im dopłatę w dającym się przewidzieć terminie.


Reklama

Na początku programu straszono tym, że kwota na dopłaty się zmarnuje, teraz już widać, że zostanie wykorzystana przed terminem. „Spodziewam się, że w danych za styczeń będzie już widać wychłodzenie w sprzedaży aut elektrycznych” – dodaje w przesłanym komentarzu Stanisław Dojs. 

Sprawdziłem dostępność aut, udając się do salonów samochodowych czterech producentów

To Kia, Volkswagen, Renault i Dacia, wszystkie na południu Warszawy. W Volkswagenie powiedziano wprost: na ten moment samochodów elektrycznych nie ma. Jak przyjdzie nowa partia, będzie już po dopłatach. W Renault i Dacii odpowiedziano: jeśli mamy coś na stocku (czyli gotowe do odbioru od ręki), to można jeszcze spróbować z dopłatami, ale raczej bez szans. Kia samochody ma, jednak również dowiedziałem się, że jeśli chodzi o dopłaty, to jesteśmy już spóźnieni i program zasadniczo można uznać za zakończony. 


Reklama

Nawet jednak jeśli uznać, że wskutek dopłat na polskich drogach pojawi się ok. 60 tys. samochodów elektrycznych – i zachowawczo przyjąć, że liczebność polskiej floty samochodowej to 20 milionów – mówimy o wymianie na poziomie 0,3 proc.


Reklama

I to wszystko kosztowało już prawie 2,6 mld zł, co trafiło oczywiście do kieszeni brokerów, dealerów i importerów nowych samochodów. Wydatki ogromne, skuteczność – znikoma, ograniczona do dużych miast. W Warszawie czy Krakowie aut elektrycznych trochę już na ulicach widać, ale pojedźcie do Jeleniej Góry albo Elbląga i spróbujcie znaleźć coś na lokalnych zielonych tablicach.

Ogromny prezent i samonapędzajaca się spirala

W rzeczywistości dopłaty to ogromny prezent od rządu dla dużych firm i zagranicznych koncernów samochodowych, a klienci indywidualni niespecjalnie na tym korzystają – korzystaliby pewnie bardziej, gdyby wzorem amerykańskim (już skasowanym pod administracją Trumpa) część kwoty przeznaczonej na zakup auta elektrycznego mogliby sobie odliczyć od podatku.

Dealerzy i importerzy niechętnie mówią o tym, co będzie, kiedy dopłaty naprawdę się skończą. Wszyscy wiedzą, że sprzedaż samochodów elektrycznych jest podłączona pod kroplówkę. Gdy w Niemczech odłączono ją z dnia na dzień (16 grudnia 2023 r.), bez okresu przejściowego, zainteresowanie zapikowało tak mocno, że wpłynęło na ogólnoeuropejski wynik sprzedaży aut na prąd. Niedawno kanclerz Merz zapowiedział, że w latach 2026-2029 Niemcy wydadzą 3 miliardy euro na dopłaty dla osób o niskich i średnich dochodach, przeznaczone właśnie na wymianę samochodów spalinowych na elektryczne. 

Producenci dobrze wiedzą, że bez dopłat nie mają szans na spełnienie celów redukcji CO2 i że wpadliśmy w samonapędzającą się spiralę. Polskim klientom tymczasem proponuję spokojnie poczekać na wyczerpanie się pieniędzy z NaszEauto, a potem pójść do salonu po „elektryka” z wielkim rabatem – pewnie większym niż rządowa dopłata. 


Reklama