
– Musimy brać pod uwagę ryzyko, że sztuczna inteligencja będzie wykorzystywana również do koordynacji zachowań rynkowych, w tym cen – mówi w wywiadzie dla Zero.pl Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK coraz głębiej wchodzi w matecznik oszustw opartych na AI. Problemem są jednak pieniądze.
Katarzyna Dybińska, Zero.pl: Panie prezesie, niedawno widziałam, jak w znanej sieciówce gastronomicznej odmówiono obsługi klientce, która chciała zapłacić gotówką. Nie miała odliczonej kwoty, ale banknot był o niewielkim nominale: 50 zł. Sprzedawczyni odprawiła ją z kwitkiem, twierdząc, że w kasie nie ma ani grosza na wydanie reszty. Czy w tej sytuacji klientka miała podstawy do skargi do UOKiK-u?
Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK): To zadziwiająca sytuacja, bo przecież w Polsce obowiązują przepisy, które w większości sytuacji gwarantują możliwość płacenia gotówką. Ustawodawca dopuszcza płatności wyłącznie bezgotówkowe tylko w konkretnych przypadkach, przykładowo maszyn vendingowych, gdzie nie ma stałej obsługi.
Przedsiębiorcy powinno zależeć na sfinalizowaniu transakcji i w praktyce warto zadbać o możliwość wydawania reszty, zwłaszcza w sytuacji, gdy klient płaci banknotem o niewielkim nominale. Klient powinien mieć co do zasady odliczoną kwotę, a sprzedawca ma obowiązek ją przyjąć w zamian za produkt lub usługę. Niestety, skargi od konsumentów pokazują, że problemy z odmową przyjmowania tradycyjnych środków płatniczych stają się coraz częstsze.
Pamiętajmy, że dziś konsumenci mają możliwość wyrażenia swojej dezaprobaty nie tylko wybierając zakupy u konkurencji, ale także opisując swoje doświadczenia ze sprzedawcą w internecie. A takie recenzje i opinie mają ogromną siłę rażenia.
Czytaj także: Książulo miał być inny. Aż sam stał się produktem
A może to jednak problem ogólny? Podczas dużej awarii terminali płatniczych we wrześniu ubiegłego roku klienci zostawiali zakupy na taśmie, bo kasjerom zabrakło gotówki do wydawania reszty. Tyle się mówi dziś o zagrożeniu cyberatakami – czy państwo lub UOKiK nie powinny systemowo zobowiązać detalistów do tego, by dbali o zapas bilonu i banknotów?
To jest dyskusja o tym, na ile powinniśmy przechodzić do świata cyfrowych płatności, a w jakim stopniu wciąż polegać na gotówce. Ta dyskusja ma dwóch głównych gospodarzy. Pierwszym jest Ministerstwo Finansów jako organ kierujący Krajową Administracją Skarbową, a drugim Narodowy Bank Polski. Ich interesy są różne.
Minister finansów dąży do upowszechnienia płatności bezgotówkowych, bowiem to ogranicza szarą strefę. NBP z kolei podejmuje działania na rzecz ochrony gotówki jako pełnoprawnego środka płatniczego. Debata o bezpieczeństwie obrotu cyfrowego toczy się zresztą w wielu państwach UE, które po latach dążenia do pełnej cyfryzacji weryfikują swoje podejście. Wzrosła świadomość tego, jak istotne jest posiadanie zasobu gotówki na wypadek zagrożenia. Natomiast proszę też zauważyć, że w ogarniętej wojną Ukrainie sektor bankowy działa nieprzerwanie i prawidłowo, odbywa się wymiana handlowa, płatności bezgotówkowe są realizowane. To pokazuje, że cyberbezpieczeństwo związane z systemami płatności odgrywa kluczową rolę z punktu widzenia funkcjonowania państwa. Dotyczy to także Polski. Dlatego istotne jest zapewnienie odporności zarówno systemów płatności bezgotówkowych, jak i płynności dostępu do gotówki.
Będę się upierać, że współczesny handel coraz bardziej marginalizuje tradycyjne przyzwyczajenia, co uderza zwłaszcza w starzejące się społeczeństwo. Czy konsumenci sygnalizują wam ten problem?
To może być zaskoczenie, ale procentowo więcej jest skarg na przedsiębiorców, którzy przyjmują wyłącznie gotówkę – konsumenci skarżą się, że nie mogą płacić kartą. Firmy robią to, bo przy płatnościach bezgotówkowych muszą płacić prowizje od transakcji. Dane fiskusa pokazują, że w branżach takich jak turystyka czy gastronomia wciąż istnieje duża strefa nieewidencjonowanego obrotu pieniądza. Stąd w sygnałach, które otrzymujemy, dominuje problem wymuszania płatności gotówką.
Mówimy o handlu i usługach, ale może bardziej powinniśmy martwić się o to, że konsumenci w ogóle mają coraz większy problem ze zdobyciem gotówki?
Owszem, główny problem tkwi w braku przepisów gwarantujących stały dostęp do fizycznego pieniądza. W Polsce zmniejsza się dostępność tradycyjnych placówek bankowych, dlatego istotna staje się kwestia zapewnienia łatwego dostępu do gotówki. Niektóre kraje zabezpieczyły interes obywateli ustawowo – przykładowo, bank likwidujący oddział musi zapewnić w jego miejsce chociażby bankomat i wpłatomat. U nas jest to kwestia wymagająca szczególnej uwagi na poziomie państwowym, w tym ewentualnych zmian prawnych.
A co na to banki?
Przez lata w sektorze dominowało przekonanie, że tradycyjne placówki detaliczne generują jedynie koszty i nie są już tak zyskowne jak dawniej. Dziś widzimy, że część banków potrafi dostrzec ich zalety i dąży do utrzymania obecnej sieci. Który model wygra? Przekonamy się o tym w najbliższych latach.
Wróćmy do handlu. Czy dostrzega pan realny wpływ dyrektywy Omnibus na rynek? Mam wrażenie, że jest z tym różnie. Są sieci, w których klient wciąż widzi cenę obowiązującą pod warunkiem zakupu dwóch sztuk i posiadania aplikacji.
Na implementację dyrektywy Omnibus trzeba spojrzeć z kilku perspektyw. Pierwsza to twarde przepisy, w których wykorzystaliśmy opcje narodowe, by wyeliminować z rynku fikcyjne promocje. Druga to nasze wytyczne dla biznesu, a trzecia – toczące się postępowania, w tym te dotyczące wielopaków. Działania te przyniosły konsumentom ogromną korzyść.
Punktem odniesienia dla promocji – pozwalającym realnie ocenić jej opłacalność – jest już nie cena regularna czy „wyjściowa”, lecz najniższa cena z ostatnich 30 dni. To ona obnaża fikcyjne wyprzedaże w stylu „minus 70 proc.”, którymi przez lata kuszeni byli Polacy. Obecnie konsument może zobaczyć, czy cena z 30 dni była niższa niż obecna oferta „promocyjna”, a jeśli tak, to widzi wątpliwość atrakcyjności oferty. Polacy już się tego nauczyli, a to zmieniło rynek – chętniej czekamy na realne obniżki lub porównujemy oferty u konkurencji. Niestety, część firm wciąż omija przepisy. Toczące się postępowania mają na celu ukrócenie tych praktyk.
Jak one wyglądają od kuchni? Żabka, której postawiliście zarzuty, broniła się własnymi badaniami, z których wynikało, że klienci doskonale rozumieją skomplikowane etykiety cenowe. Jak w takiej sytuacji odbijacie piłeczkę?
Przypomnę, że analogiczne postępowanie toczy się względem Biedronki. Eksponowanie ceny jednostkowej warunkowanej zakupem kilku sztuk gigantyczną czcionką może wprowadzać w błąd. Dotyczy to zarówno małych etykiet w Żabce, jak i większych w Biedronce. Pamiętajmy, że zakupy robimy często w pośpiechu, wracając z pracy. Z kolei osoby starsze lub niedowidzące nie są w stanie doczytać drobnego druku. Oczekujemy od sieci handlowych, aby pokazywały ceny w sposób jasny, czytelny i zrozumiały dla przeciętnego konsumenta.
Do badań przedstawionych przez przedsiębiorcę podchodzimy z ostrożnością – są one przygotowywane na jego zlecenie i na potrzeby konkretnej sprawy. Nie zmienią one też tego, że prawo wymaga pełnej przejrzystości w uwidacznianiu cen. Ponadto klient nie ma obowiązku posiadania aplikacji, regularnego kupowania w danej sieci ani nawet bycia obywatelem polskim. Nie oczekujmy od społeczeństwa odporności stadnej na manipulujące nami techniki sprzedażowe dużych graczy.
Przywołujemy nazwy największych podmiotów. Dysponują one ogromnym budżetem i armią prawników. Jak sobie z tym radzicie?
Mamy duże doświadczenie, co pozwala nam przewidzieć linię obrony przedsiębiorców i skutecznie odpierać ich często nieobiektywne analizy prawne czy ekonomiczne. Równolegle mierzymy się z coraz wyższym standardem dowodowym w sądach oraz z tym, że – jak pani zauważyła – wielkie korporacje stać na armię ekspertów. To wymaga od nas drobiazgowej, rzemieślniczej pracy. Z jednej strony dbamy więc o wysoką jakość materiału dowodowego, a z drugiej – o możliwie szybkie tempo działań. Największym wyzwaniem pozostaje jednak niejednolite orzecznictwo sądowe i ciągnące się latami procesy.
A czy wyzwaniem jest też budżet UOKiK-u? Skarżył się pan w jednym z wywiadów, że resort finansów was nie rozpieszcza.
Bez wątpienia. Moglibyśmy prowadzić znacznie więcej przeszukań i postępowań, gdybyśmy dysponowali odpowiednim zapleczem finansowym. Sprawy stają się coraz bardziej złożone, a im silniejszy przedsiębiorca, tym większym budżetem dysponuje i tym bardziej rozbudowany materiał przedstawia w toku postępowania. Dlatego potrzebujemy już nie tylko świetnych prawników, ale też ekonomistów, ekspertów branżowych i technologicznych, w tym od AI czy big data. Nasze ostatnie decyzje dotyczące rynku farmaceutycznego, maszyn rolniczych czy rynku pracy pokazują, że kompetencje UOKiK-u muszą być przekrojowe.
A lobbing? Mówił pan otwarcie, że zetknął się z nim przy próbie uregulowania sankcji kredytu darmowego. Zaskoczyła pana chyba skala determinacji, z jaką sektor bankowy walczył o swoje.
Zaskoczyło mnie przede wszystkim to, z jaką łatwością wdziękom sektora bankowego potrafili ulegać niektórzy nasi partnerzy z rządu i innych instytucji publicznych. Przez wcześniejsze lata dostrzegałem większą asertywność i odporność resortów na wpływy tego sektora.
Lobbing ze strony sektora finansowego czy big techów często nie ogranicza się do oficjalnych działań. Obejmuje też współpracę z mediami, politykami czy ekspertami – w tym ze środowiska akademickiego. Dlatego tak istotna jest transparentność i ujawnianie potencjalnych konfliktów interesów. Mamy tego świadomość. W naszych postępowaniach bezwzględnie unikamy takich konfliktów i z determinacją bronimy konsumentów oraz uczciwych firm.
Wspomniał pan o big techach. Obstawiałabym, że dziś to najtrudniejszy przeciwnik. Stawiając zarzuty spółce takiej jak Meta, można narazić się samemu prezydentowi USA. Pan to zrobił. Nie bał się pan Donalda Trumpa?
Oczywiście trzeba być zdeterminowanym, jeśli nie szalonym idealistą, aby codziennie zakasać rękawy i stawać w szranki z największymi firmami na rynku, dlatego mam przekonanie, że działając w słusznej sprawie, w UOKiK-u nie boimy się podejmować najtrudniejszych spraw. Skutecznie podejmujemy złożone sprawy przeciwko globalnym korporacjom dysponującym potężnym zapleczem prawnym czy politycznym. Stanowczo zabieramy również głos w sprawach zmian prawnych ważnych dla uczciwości rynku i ochrony konsumentów, nieraz narażając się decydentom politycznym, w tym rządowi. Tak jest obecnie, ale podobnie było w przeszłości, o czym wielu dziś nie pamięta.
Znamy jednak swoją misję, którą realizujemy zawsze w granicach prawa. Stąd choćby wspomniane zarzuty wobec Mety dotyczą obszaru naszych kompetencji, czyli utrudnionego kontaktu z platformą. Z kolei sprawę scamów (oszustw internetowych – red.) na platformach Mety – po wejściu w życie unijnego aktu o usługach cyfrowych (DSA) – musieliśmy przekazać Komisji Europejskiej.
Z kolei w sprawach takich jak alternatywne inwestycje czy mechanizmy bazujące na systemie argentyńskim ściśle współpracujemy z innymi krajowymi instytucjami publicznymi, m.in. z ABW, CBA czy prokuraturą. Chodzi o to, abyśmy mogli chronić Polaków nawet tam, gdzie nasze kompetencje się kończą, bo na przykład dotyczą spraw karnych.
A jak Meta broniła się przed zarzutem, że użytkownicy mają utrudniony kontakt z platformą; że toną w gąszczu linków i odnośników, zamiast mieć szybką ścieżkę do kogoś, kto rozwiąże ich problem, np. z włamaniem na konto?
Meta oczywiście twierdzi, że alternatywne mechanizmy kontaktu, oparte na sztucznej inteligencji, dają konsumentom wystarczające możliwości dotarcia do spółki. Nas to nie przekonuje, bowiem nie są spełnione wymogi prawa europejskiego, a konsumenci wciąż skarżą się na brak efektywnego kontaktu z przedsiębiorcą. Postępowanie trwa, czekamy na kolejne wyjaśnienia.
Czytaj także: UOKiK kontra amerykański gigant. Mamy oświadczenie Google
Ale Polak traci nerwy nie tylko próbując skontaktować się z Metą. Nie trzeba szukać daleko. W największej państwowej spółce energetycznej, PGE, nie można dodzwonić się do lokalnego rejonu energetycznego, bo jest centralizacja obsługi klienta. A centrala działa według sztywnych skryptów i zapycha się. Czy tak powinno być?
Widzimy, że przedsiębiorcy szukają oszczędności, zastępując konsultantów chatbotami i sztuczną inteligencją. Tak można rozwiązać część problemów, ale nie wszystkie. Firma musi tak dobrać narzędzia, by umożliwić klientom skuteczną komunikację. Obowiązki te regulują przepisy krajowe i europejskie, a my monitorujemy ich przestrzeganie. Kluczowe jest dla nas to, aby konsument miał realną możliwość szybkiego porozumienia się z firmą w przypadku problemów dotyczących realizacji zawartej umowy.
Postępowanie się kończy, jest kara. Czy nie ma pan poczucia, że w przypadku najsilniejszych graczy te kary są po prostu wliczone w ryzyko biznesowe? Co robicie, aby skutecznie skłonić ich do trwałej zmiany praktyk, a nie tylko do zapłacenia mandatu?
Sankcje finansowe pełnią przede wszystkim funkcję prewencyjną i odstraszającą, dlatego muszą być dla przedsiębiorców odczuwalne. Firmy widzą naszą stanowczość i coraz częściej rezygnują z niedozwolonych praktyk jeszcze przed nałożeniem kary, co pozwala na jej zmiarkowanie. Przedsiębiorca może też zaproponować zobowiązanie do zmiany praktyki i usunięcia jej skutków, w tym wypłaty konsumentom satysfakcjonujących rekompensat. Oznacza to natychmiastową zmianę zachowania, zwrot niesłusznie pobranych świadczeń i wypłatę przysporzeń konsumentom, na co chętnie się zgadzamy.
Przykładem jest ubiegłoroczna decyzja wobec Pekao za nieprawidłowe rozpatrywanie reklamacji. Bank nie tylko zmienił procedury, ale zgodził się wypłacić klientom rekompensaty, których wartość oszacowano na 100 mln zł. Narzędzia zawsze dobieramy indywidualnie, uwzględniając skalę naruszenia oraz potencjalną szkodę po stronie konsumentów – ale też to, czy nieuczciwa praktyka mogła wpłynąć na ich decyzje i skłonić ich do wyboru oferty danej firmy kosztem konkurencji.
Nie wiem, czy przedsiębiorcy bardziej nawet niż kar nie obawiają się dziś utraty reputacji. Moda na CSR (społeczna odpowiedzialność biznesu – red.) ewoluowała w absolutny standard. Kto chce mieć łatkę nieuczciwej firmy?
To bez wątpienia. Dostrzegamy to i dlatego staramy się skutecznie i na bieżąco informować o naszych działaniach w mediach głównego nurtu i społecznościowych. Firmy wiedzą, że robimy to dość dobrze, a negatywny rozgłos i straty wizerunkowe są tym, czego chcą uniknąć.
Ale jest jeszcze jeden mechanizm, który może oddziaływać na nieuczciwe firmy, a który w Polsce wciąż nie funkcjonuje dobrze, choć na pewno działa dużo lepiej na gruncie przepisów konsumenckich aniżeli antymonopolowych. Mam tu na myśli cywilne roszczenia ze strony poszkodowanych konsumentów czy przedsiębiorców. Główną barierą jest czas dochodzenia roszczeń w sądach. Im szybciej zapada prawomocne rozstrzygnięcie, tym większa szansa, że poszkodowani pójdą do sądu walczyć o naprawienie szkody, korzystając z prejudykatu w postaci decyzji Prezesa UOKiK. W innych państwach UE proces ten zajmuje 2–3 lata i tam walka o odszkodowanie – na przykład dla przedsiębiorcy poszkodowanego przez działanie kartelu – jest normą. Jeśli jednak w Polsce na prawomocny wyrok trzeba czekać 7 czy 10 lat, to wciąż niewielu decyduje się na proces cywilny.
Zmieńmy temat. Czy da się w ogóle skutecznie chronić konsumenta przed oszustwami opartymi na AI? To przecież wymaga zwalczania najwyższej technologii najwyższą technologią. Macie na to w UOKiK-u środki?
Dla rozwoju AI liczą się trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. I dlatego rozkwita ona najszybciej w USA i w Chinach – ze względu na ogromny kapitał i wsparcie rządowe. Owszem, aby skutecznie wykrywać nieuczciwe praktyki oparte na AI, potrzebujemy zarówno wyspecjalizowanego zespołu, jak i zaawansowanych systemów, a to kosztuje. Obecnie korzystamy z dwóch autorskich rozwiązań bazujących na sztucznej inteligencji. Pierwsze z nich to system Arbuz, który pomaga nam identyfikować niedozwolone klauzule w umowach i regulaminach. Drugie to system Drake, wykorzystywany do wykrywania tzw. dark patterns, czyli zwodniczych interfejsów. Pracujemy już nad kolejnymi systemami, sięgając m.in. po dofinansowanie ze źródeł zewnętrznych. Trzeba jednak przyznać, że rozwój sztucznej inteligencji postępuje niewspółmiernie szybciej niż możliwości jakichkolwiek polskich instytucji publicznych do przeciwdziałania jego negatywnym skutkom.
Słyszymy już o przypadkach, gdy systemy AI komunikują się między sobą tak sprawnie, że nawet ich twórcy spowalniają prace w obawie przed utratą kontroli. Naszym zadaniem jest eliminowanie nieuczciwych praktyk rynkowych, które wykorzystują tę technologię. Wymaga to narzędzi do analizy ogromnych zbiorów danych oraz zachowań algorytmów. To rozwój, nad którym nikt na świecie – wliczając Amerykanów – do końca nie panuje. Musimy brać pod uwagę ryzyko, że sztuczna inteligencja będzie wykorzystywana również do koordynacji zachowań rynkowych, w tym cen.
Regulacje prawne i systemy detekcji muszą rozwijać się błyskawicznie, byśmy mogli temu sprostać. Skoro AI napędzają potężne pieniądze, to UOKiK – by skutecznie wykrywać te cyfrowe zmowy – również musi dysponować zapleczem finansowym, narzędziami prawnymi i technologicznymi oraz świetnie przygotowanym zespołem. Nasze możliwości finansowe są w tym zakresie niewystarczające i mocno ograniczone.
Nie mówmy o wymarzonym budżecie, a o jakimkolwiek wzroście finansowania. Czy w rozmowach z MF używa pan argumentu, że większe wsparcie dla UOKiK-u leży w interesie państwa? Przecież nakładane przez was kary ostatecznie zasilają budżet centralny.
Oczywiście. Wskazujemy też, że moglibyśmy robić znacznie więcej postępowań, jednak otrzymujemy kolejne obowiązki często bez jakiegokolwiek finansowania. Wchodzimy głęboko w zupełnie nowe obszary, czego przykładem są ostatnie decyzje dotyczące chociażby zmów hurtowni farmaceutycznych czy na rynku pracy. Dążymy do maksymalnej skuteczności, jednak znaczącą barierą są kwestie finansowe i kadrowe. Funkcjonujemy w ramach systemu wynagrodzeń służby cywilnej, co ogranicza nasze możliwości konkurowania o najlepszych specjalistów z sektorem prywatnym. Dla porównania, nasz brytyjski odpowiednik, czyli CMA (Competition and Markets Authority) rekrutuje specjalistów na warunkach rynkowych. Wprawdzie są w stanie opłacić około 20-osobowy zespół ekspertów od AI, ale to już jest potężna siła i możliwości. Do tego potrzebne jest też zaawansowane oprogramowanie i odpowiedni sprzęt. Przy obecnych środkach UOKiK-u po prostu na to nie stać.
W CMA mają 20 specjalistów od AI, a wy ilu macie?
Zero. Nie mamy ekspertów od AI pozyskanych z zewnątrz. My te kompetencje budujemy organicznie, szkoląc naszych pracowników, inwestując w kadry i wymieniając się doświadczeniami z naszymi odpowiednikami w innych państwach oraz z Komisją Europejską. I to już daje efekty. Ale czy to pozwala na sprostanie wyzwaniom AI z adekwatną dynamiką? Absolutnie nie.
A przecież chyba nie jesteście darmozjadem na garnuszku MF. Chociaż firmy odwołują się od kar i czasem są one obniżane, to jakiś procent tych milionowych kwot trafia w końcu do budżetu. Liczycie jaki?
W zeszłym roku z tych uprawomocnionych kar wpłynęło ok. 300 mln zł. A nasz zeszłoroczny budżet to ok. 150 mln zł. I, żeby było jasne, mniej więcej jedną trzecią z tego pochłaniają zadania, z którymi przeciętny obywatel w ogóle nas nie kojarzy. Mówię tu o dbaniu o bezpieczeństwo produktów, nadzorowaniu Inspekcji Handlowej czy eliminowaniu zatorów płatniczych. Są to kompetencje wykraczające poza filary, które sugeruje sama nazwa urzędu, czyli poza ochronę konkurencji i konsumentów.
Ten strumień pieniędzy z kar zasilałby pewnie budżet szybciej, gdybyście nie byli zakładnikami wymiaru sprawiedliwości.
Owszem, jesteśmy zakładnikami kwestionowania statusu sędziów oraz procedur. Sprawy ciągną się latami, nie z naszej winy. To przykre. Przykładowo w Austrii obowiązują tylko dwie instancje i ścisłe terminy w sądach: pierwsza instancja to bodajże maksymalnie sześć miesięcy, druga – trzy. Uwzględniając procedury formalne, po mniej więcej dwóch latach decyzja jest prawomocna. To zwiększa skłonność poszkodowanych konsumentów i firm do wytaczania procesów cywilnych, sprawniej kształtuje również orzecznictwo. Dlatego obok naszych działań konieczne są zmiany w całym wymiarze sprawiedliwości.
Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (SOKiK) wymaga wzmocnienia kompetencyjnego, kadrowego i narzędziowego. Tymczasem obecnie weryfikacja decyzji organu w sądach wciąż się wydłuża. Zwłaszcza, że na salach sądowych rozpatrywane są coraz bardziej złożone zagadnienia, z którymi sędziowie rzadko się spotykają. Są to sprawy wymagające nie tylko wiedzy prawniczej, ale coraz częściej ekonomicznej i technologicznej, a także wnikliwej znajomości struktury i zachowań poszczególnych rynków. Dlatego tak ważne jest uporządkowanie wymiaru sprawiedliwości.
Może pan podać przykłady takich spraw?
Naturalnie. Kwestionowaliśmy nieuczciwe opłaty marketingowe i logistyczne stosowane przez sieci handlowe – i spotykaliśmy się z sytuacjami, gdy sędziowie pytali, dlaczego nie stoją za nami rzesze przedsiębiorców potwierdzających te nadużycia. Nie dostrzegali, że dla tych firm publiczne zeznawanie przeciwko gigantom może oznaczać natychmiastowe wykluczenie z grona dostawców i bankructwo. Przed nami przedsiębiorcy mówili otwarcie o swoich problemach, ale przed pójściem do sądu paraliżował ich strach. Brak przedsiębiorcy po naszej stronie był interpretowany przez sędziego jako zajmowanie się przez nas problemem, który być może dla dostawców nie jest znaczący i krzywdzący. Zadziwiało nas, jak mała jest świadomość przewagi, jaką sieci handlowe mają nad dostawcami, a także charakteru tych opłat, uzyskiwanych w warunkach przymusu ekonomicznego.
Na koniec chciałam zadać panu takie trochę osobiste pytanie. Czy kiedy prezes UOKiK-u idzie na zakupy, potrafi w ogóle wyłączyć zawodowe myślenie i po prostu wkładać produkty do koszyka?
Jasne, że nie. Ta funkcja wymaga stałego zaangażowania, nieustannej czujności. Gdy robię zakupy w sklepie, korzystam z usług finansowych czy telekomunikacyjnych, z tyłu głowy jest bieżąca weryfikacja, czy zapisy umowy, regulaminu, mechanizmy świadczenia usług czy zachowanie przedstawicieli przedsiębiorcy są prawidłowe i zgodne z prawem. Zresztą, z moich doświadczeń wynika, iż dotyczy to większości pracowników UOKiK-u. Ta praca faktycznie angażuje człowieka we wszystkich aspektach życia i trudno się od niej oderwać, ale też przynosi ogromną satysfakcję i dumę. To wielka przygoda.

