Reklama
Zdrowie

Kontrola też stoi w kolejce. Tak państwo (nie) pilnuje pieniędzy na leczenie

Polska wydaje już grubo ponad 200 mld zł rocznie na publiczną ochronę zdrowia. Zarazem brakuje pieniędzy na kontrolerów, którzy sprawdzaliby na bieżąco, czy ktoś tych środków nie rozkrada. Dostaliśmy właśnie kolejny dowód na tekturowość naszego państwa.

Patryk Słowik
Opinia autorstwa: Patryk Słowik
Dzisiaj 14:00
4 min
W rządzie powstał spór o to, czy w NFZ powinno zostać zatrudnionych kilkuset nowych kontrolerów. (fot. Paweł Supernak/Andrzej Jackowski / PAP)

Rząd zajmuje się właśnie pakietem zmian przygotowanym po aferze w Warszawskim Szpitalu Południowym. Najwięcej mówi się o zarobkach lekarzy i czasie ich pracy. W projekcie jest jednak także pomysł, bez którego wiele nowych przepisów może pozostać na papierze: wzmocnienie kontroli Narodowego Funduszu Zdrowia.
Dziś w NFZ pracuje ok. 110 kontrolerów. Resort zdrowia chciałby zwiększyć zatrudnienie o kolejnych 480 osób (w ostatniej wersji projektu już 400 osób), w tym kontrolerów, analityków i prawników.
Ministerstwo Finansów jednak ten wydatek kwestionuje. Resort Andrzeja Domańskiego uważa, że jeśli osoby odpowiedzialne za zdrowie chcą zatrudniać nowych fachowców – śmiało. Ale w ramach przyznanego na ochronę zdrowia budżetu, a nie dodatkowych środków.

Zawał w dokumentacji, kontrola w kolejce

Na początku września wraz z Jakubem Styczyńskim opisaliśmy sprawę szpitala w Nowej Soli. Zgłosili się do nas pacjenci, którzy twierdzą, że nie przeszli zawału, choć takie rozpoznanie znalazło się w ich dokumentacji. Pokazaliśmy dokumenty niezależnym kardiologom. NFZ przyznał, że w rozliczeniach szpitala wykrył „istotne odchylenia statystyczne”.
Jedna z liczb szczególnie zwraca uwagę. W całym kraju 39 proc. zabiegów angioplastyki wykazuje się jako leczenie ostrego zespołu wieńcowego. W Nowej Soli – 74 proc. Ostre przypadki są dla szpitala lepiej wyceniane niż świadczenia planowe. Szpital odrzuca zarzuty i tłumaczy, że przyjmuje wielu ciężko chorych pacjentów spoza swojego powiatu. O tym, czy doszło do nieprawidłowości, powinna rozstrzygnąć kontrola.

I tu pojawia się problem. Z informacji, które uzyskałem, wynika, że NFZ chce wysłać do Nowej Soli kontrolerów, ale na rozpoczęcie kontroli trzeba czekać, bo brakuje ludzi.
Innymi słowy: kolejki w ochronie zdrowia dotyczą już nie tylko pacjentów czekających na wizyty lekarskie i szpitalne zabiegi. W kolejce stoją też sprawy do skontrolowania.

Reklama
Reklama

Czytaj też: Wpadłam do budżetowej dziury NFZ. Tak w końcu poznałam minister zdrowia [OPINIA]

Pozorne oszczędności

Michał Janczura z Wirtualnej Polski opisał z kolei sprawę neurochirurgów pracujących między innymi w Mogilnie. Stąd potoczne określenie: chłopaki z Mogilna. Według ustaleń NFZ szpital rozliczał droższe procedury, choć wykonywane zabiegi powinny być rozliczane taniej. NFZ nałożył na placówkę karę w wysokości 2,6 miliona złotych.
To pokazuje, dlaczego argument „szpital zapłaci karę NFZ, więc pieniądze tylko przejdą z jednej publicznej kieszeni do drugiej” jest zbyt prosty. Zanim bowiem kara zostanie nałożona, pieniądze mogą już trafić z publicznego systemu do prywatnych podmiotów.
Narodowy Fundusz Zdrowia dysponuje wyliczeniami, że każda złotówka wydana na kontrolę przynosi trzy złote z tytułu nałożonych kar. Krótko mówiąc: że państwo tak naprawdę wcale nie straci na zatrudnieniu dodatkowych osób.
I, dla jasności, nie twierdzę, że każdy z proponowanych etatów jest niezbędny. Ministerstwo Zdrowia powinno pokazać, ilu kontrolerów potrzeba, jakie sprawy mają badać w pierwszej kolejności i po czym poznamy, że dodatkowe zatrudnienie przyniosło efekt. Kontrolerom trzeba też zapłacić tyle, by doświadczeni fachowcy chcieli zostać w państwowej instytucji.
Jeśli jednak oczekujemy, że polskie państwo będzie skuteczniej walczyło z patologiami w ochronie zdrowia, musimy przedstawicieli tego państwa wyposażyć w narzędzia do prowadzenia walki.
Po każdej aferze wszyscy zastanawiamy się, jak mogło do niej dojść. Jedna z odpowiedzi brzmi: bo robiliśmy głupie oszczędności.