Reklama
Reklama
Reklama

AI nie zabierze ci pracy, tylko ją skróci. „To należna nam dywidenda technologiczna”

TYLKO NA

– Jesteśmy świadkami czwartej rewolucji przemysłowej – mówi Zero.pl prof. Elżbieta Mączyńska. Zdaniem ekonomistki państwo polskie cierpi na deficyt myślenia strategicznego, a właśnie teraz, w dobie rozpędzającej się sztucznej inteligencji, potrzebujemy go jak ryba wody. Stawką jest przyszłość rynku pracy i dobrobyt społeczeństwa. – Nie wystarczy strategia ciepłej wody w kranie – stanowczo podkreśla ekspertka.

Stoimy u progu dziejowych przemian na rynku pracy – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, honorowana prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego
Stoimy u progu dziejowych przemian na rynku pracy – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, honorowana prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (fot. PTE, magnific.com)
  • Stara, dobrze znana cywilizacja przemysłowa, cywilizacja kominów fabrycznych i ośmiogodzinnego dnia pracy, odchodzi w przeszłość – taką diagnozę stawia prof. Elżbieta Mączyńska, honorowa prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.
  • Ekonomistka podkreśla, że na naszych oczach dokonuje się czwarta rewolucja przemysłowa, napędzana rozwojem sztucznej inteligencji. Politycy i decydenci muszą stanąć na wysokości zadania.
  • – Nie wystarczy strategia ciepłej wody w kranie – mówi ekspertka. Ubolewa nad deficytem myślenia strategicznego w Polsce, którego właśnie teraz potrzebujemy „jak ryba wody”.
  • Zdaniem rozmówczyni Zero.pl nie możemy skupiać się tylko na wskaźniku stopy bezrobocia, który może i wygląda dobrze, ale nie pokazuje pełnego obrazu rynku pracy, w tym nierówności i ludzkich dramatów w różnych regionach kraju.
  • Prof. Mączyńska uważa, że w błędny sposób myśli się też o migracji. – Kluczem do rozwoju powinno być stworzenie takich warunków rynkowych, które w pierwszej kolejności pozwolą optymalnie wykorzystywać krajowy potencjał kadrowy.

Katarzyna Dybińska, Zero.pl: Polska ma trzecią najniższą stopę bezrobocia w UE według metodologii Eurostatu. W danych GUS też sukces – czerwiec przyniósł trzeci z rzędu spadek bezrobocia według metodologii krajowej, do 5,8 proc. A teraz cofnijmy się do czerwca 2025 r. Stopa bezrobocia była o 0,7 pkt proc. niższa, a bezrobotnych było mniej o ponad 100 tys. Co się wydarzyło przez ten rok?

Elżbieta Mączyńska, profesor nauk ekonomicznych związana ze Szkołą Główną Handlową w Warszawie, członkini Komitetu Nauk Ekonomicznych PAN i honorowa prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (PTE): Pytajmy raczej o to, co się wydarza. To bowiem pewien proces. Rynek pracownika w Polsce ustępuje miejsca może nie tyle rynkowi pracodawcy, na którym warunki narzucają przedsiębiorcy, co rynkowi bardziej zrównoważonemu. Jednocześnie analiza poszczególnych segmentów tego rynku wskazuje, że długoterminowe prognozy wymagają liczenia się z trudnymi, głębokimi przemianami strukturalnymi. Tym niemniej cieszyć może to, że obecnie rzeczywiście zajmujemy zaszczytne miejsce na unijnym podium, wynikające z relatywnie niskiej stopy bezrobocia. Jednak trudne przemiany na polskim rynku pracy już następują i wiele wskazuje, że mogą się nasilać, i to z kilku istotnych przyczyn.

Spróbujmy je zatem uporządkować. Od czego by pani zaczęła?

Reklama
Reklama

Po pierwsze, polski rynek pracy powoli, ale sukcesywnie poddaje się wpływowi rozwoju i wykorzystywania sztucznej inteligencji. Wystarczy się rozejrzeć – w wielu przypadkach zamiast pracowników obsługują nas dziś asystenci AI. Różne dane i analizy wykazują, że poziom wykorzystywania sztucznej inteligencji przez przedsiębiorstwa, zwłaszcza te duże, będzie coraz większy. Co to oznacza? Dokonuje się przesilenie cywilizacyjne, czyli dochodzi do sytuacji, w której stara, dobrze nam znana cywilizacja przemysłowa, cywilizacja kominów fabrycznych i ośmiogodzinnego dnia pracy, odchodzi w przeszłość. Zastępuje ją nowy model, kształtowany przez nowe technologie.

Na czym on się opiera?

Problem w tym, że jeszcze nie jest on do końca zdefiniowany. Mówi się o cywilizacji digitalnej, cyfrowej; o cywilizacji sztucznej inteligencji, ale dokładny zakres przemian wciąż w znacznej mierze pozostaje niewiadomą. Tak było zawsze przy tego typu przełomach, przesileniach cywilizacyjnych, kiedy nowa cywilizacja ustępuje poprzedniej. Przełom tego typu można porównać do remontu kapitalnego połączonego z burzeniem ścian nośnych. Zmienia się model życia, zmienia się model pracy. Zmienia się niemal wszystko, co stanowiło cywilizacyjny wyznacznik.

Reklama
Reklama

Czyli rewolucja. Czy my w ogóle jesteśmy tego świadomi?

Moim zdaniem polscy przedsiębiorcy coraz bardziej zdają sobie sprawę z istoty oraz wagi dokonujących się przemian i stopniowo się do nich przystosowują, choć nie wszyscy w jednakowym stopniu. Duzi gracze na ogół lepiej radzą sobie z adaptacją do nowej rzeczywistości, gorzej jest w przedsiębiorstwach mniejszych. Tym niemniej proces przemian jest widoczny i jest nieuchronny.

Gdyński „szkieletor” i porzucona budowa. Miał być prestiż, jest dramat ponad 100 rodzin

Tak było zawsze w warunkach technologicznych przełomów. Pierwsza rewolucja przemysłowa miała za swój fundament maszynę parową i czółenko tkackie. Luddyści niszczyli mechaniczne krosna, uważając maszyny za zagrożenie dla swego bytu. Ale postępu nie dało się zatrzymać. Druga rewolucja przemysłowa to era przejścia od wieku pary do wieku elektryczności. To także głęboki przełom. Trzecia rewolucja miała związek z pojawieniem się komputerów. Teraz jesteśmy świadkami czwartej rewolucji przemysłowej, którą napędza rozwój sztucznej inteligencji, a u wrót czai się już rewolucja piąta, nacechowana znacznie bardziej zaawansowanym rozwojem sztucznej inteligencji. 

Na naszych oczach dokonuje się ogromny przełom i nieuchronnie dotyka to rynku pracy. Zmieniają się modele pracy, modele i struktury wytwarzania, a to wymaga dostosowań instytucjonalnych. To trudny proces, stąd też zarówno instytucje państwowe, centralne, jak i zarządcy na innych szczeblach instytucjonalnych zderzają się z wciąż nowymi wyzwaniami i nie zawsze sobie z tym radzą.

Reklama
Reklama

Czy to znaczy, że politycy nie widzą problemu, czy widzą, ale nie wiedzą, jak się zabrać za jego rozwiązywanie?

Nikt nie zilustrował tego typu problemów lepiej niż Cyril Northcote Parkinson (brytyjski historyk i pisarz, doradca konserwatywnych gabinetów – red.). Znamy go przede wszystkim z książki „Prawo Parkinsona”, w której opisuje mechanizm rozrostu biurokracji, ale jest on też autorem pochodzącej z 1957 r. koncepcji znanej jako prawo trywialności. Z prawa tego wynika, że czas i energia, jakie organizacja poświęca na debatę nad danym problemem, są odwrotnie proporcjonalne do jego rzeczywistej wagi, złożoności oraz wymiaru finansowego. Dyskusja dotycząca wielomiliardowej inwestycji – takiej jak budowa reaktora atomowego – trwa w myśl tej zasady krótko, bo właściwie kto zna się na niuansach energetyki jądrowej? Ale już debata o kawie dla pracowników zajmuje najwięcej czasu, bo wszak na kawie znają się wszyscy.

Niestety, przejawy działania prawa trywialności występują coraz częściej. Marnujemy czas na proste, zrozumiałe dla każdego kwestie, zamiast koncentrować się na trudnych, systemowych przemianach. Pokazuje to też dyskusja o rynku pracy. Skupiamy się w niej na wskaźniku, który – owszem – jest dobry, jest niski, ale to wskaźnik średni. Natomiast jak już sięgnąć do szczegółowych danych, to okazuje się, że mamy ogromne problemy ze zrównoważeniem rynku pracy.

Reklama
Reklama

To niedopasowanie pracowników do realnych potrzeb pracodawców, a także niedopasowanie pokoleniowe, też chyba ma związek z technologią?

Owszem, a przełom technologiczny najmocniej dotyka seniorów. Łączy się on bowiem z ageizmem, czyli karaniem za wiek. Tzw. srebrna gospodarka to obszar wciąż mocno zaniedbany, choć drzemie w nim ogromny potencjał. Niestety, wszechobecny kult młodości sprawia, że na rynku pracy na osoby starsze wciąż patrzy się z niechęcią, a udane projekty kierowane do seniorów to rzadkie wyjątki. Tymczasem, jak mówi afrykańskie przysłowie, gdy umiera stary człowiek, to tak, jakby spłonęła biblioteka.

W Polskim Towarzystwie Ekonomicznym ukazał się przekład książki „Mądrość w pracy” autorstwa Chipa Conleya. To amerykański przedsiębiorca i pisarz, który zajmuje się psychologią biznesu i nowoczesnym zarządzaniem. W tej książce w sposób absolutnie fantastyczny ukazuje on ogrom marnowanego potencjału seniorów w USA, niestety nader ochoczo wypychanych z rynku pracy na emeryturę tylko ze względu na wiek. Tymczasem społeczeństwa w krajach wysokorozwiniętych starzeją się i seniorów po prostu będzie przybywać. Istotne jest więc, jak zagospodarować ich potencjał i pogodzić go z rozwojem sztucznej inteligencji. Oczywiście, sytuacja USA jest inna niż Polski, ale to nie zmienia faktu, że aktywizacja ludzi starszych słabo u nas wygląda. 

Reklama
Reklama

Z drugiej strony mamy problem wysokiego bezrobocia wśród młodych. Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) za I kwartał 2026 r. pokazało, że najwyższa stopa bezrobocia w Polsce została zanotowana w najmłodszej grupie wiekowej, tj. 15-24 lata. Wyniosła aż 12,5 proc. przy średniej krajowej 3,3 proc.

To jedno, a jeszcze jak spojrzymy na dane statystyczne z regionów, np. na ścianę wschodnią, to tam stopa bezrobocia sięga 20 proc., a w niektórych miejscowościach nawet 40 proc., co oznacza, że pracę ma mniej więcej co druga osoba. Za tym kryją się dramaty ludzkie.

Te dramaty biorą się pewnie po części z AI, która przejmuje zadania proste, kiedyś wykonywane przez młodych pracowników bez doświadczenia…

PTE niebawem wyda książkę, której autorem jest Dani Rodrik, turecki ekonomista z USA. To książka pod roboczym tytułem „Dobrobyt dla wszystkich w podzielonym świecie. Nowa ekonomia ukierunkowana na potrzeby klasy średniej, globalnie ubogich oraz ochrony klimatu”. Myśl przewodnia tego dzieła sprowadza się do tego, jak z tej szybko rozwijającej się sztucznej inteligencji wycisnąć dobrobyt – czyli nie dopuścić do ujawnienia się jej ciemnych stron, wypychania ludzi z rynku pracy itp. Jak to osiągnąć? Na razie w znacznej mierze błądzimy po omacku, jak to zwykle bywa w okresach przełomów technologicznych. Pamiętajmy jednak, że poprzednie rewolucje – od wieku pary po komputery – ostatecznie tworzyły więcej nowych miejsc pracy, niż niszczyły, choć ludzie obawiali się, że będzie inaczej. Przelicznik był mniej więcej od 1 do 1,5 – czyli na jedno utracone miejsce pracy wskutek zastąpienia człowieka przez maszynę mieliśmy półtora nowego miejsca.

Reklama
Reklama

Rynek pracy wymaga jednak czasu na adaptację. Zwolniony urzędnik nie zostanie nagle specjalistą od AI, dlatego też nawet klasę średnią i niektórych specjalistów – bankowców, tłumaczy, dziennikarzy – czekać może okresowe bezrobocie. Kluczem jest zatem mądre zagospodarowywanie tego kapitału ludzkiego. Zapotrzebowanie na ludzką pracę nigdy bowiem nie zniknie – wokół nas pola do pracy zawsze jest mnóstwo. Wystarczy, że przejdziemy się po Warszawie i zobaczymy, ile jest zaniedbanych kamienic wymagających remontu, ile jest uszkodzonych dróg, ilu brakuje nauczycieli itp. Ale żeby skierować potencjał ludzki tam, gdzie jest on potrzebny, konieczne jest wypracowywanie rozwiązań systemowych i długookresowych strategii. Nie wystarczy strategia ciepłej wody w kranie.

Ale przecież na poziomie rządowym powstają różne strategie, Polska ma politykę rozwoju sztucznej inteligencji, publikuje się barometr zawodów. To za mało?

Niestety, mamy do czynienia z marginalizacją kultury myślenia strategicznego, a czasy są takie, że potrzebujemy go jak ryba wody.

Pojawiające się programy nierzadko pełnią rolę politycznej czy innej przykrywki, a żadna długofalowa strategia nie doczekała się rzetelnej realizacji. Brak perspektywy systemowej sprawia, że znów wchodzi prawo trywialności – zamiast zapobiegać, działamy reaktywnie, na zasadzie zaklejania dziur, co widać dziś w ochronie zdrowia. Rozwiązania systemowe wymagają trudniejszych analiz, od których się ucieka. Tymczasem zapotrzebowanie na strategiczne spojrzenie będzie rosło – zarówno w firmach, jak i w skali całego kraju.

Reklama
Reklama

A możemy się tego od kogoś uczyć?

W mediach często pisze się o sukcesach Chin i zastanawia się, skąd one się biorą. Przed Chinami drży dziś Europa, drżą Stany Zjednoczone, bo Chiny zawłaszczają coraz większe obszary działalności. Wyprzedzają pod względem sztucznej inteligencji Europę na pewno, a wiele innych krajów też. A dlaczego? No cóż, Państwo Środka słynie z tego, że tworzy długookresowe strategie, na 50 lat i więcej. I tym strategiom Chińczycy podporządkowują różne działania, np. masowo ściągając z Zachodu naukowców – zwłaszcza rodzimego pochodzenia. Inwestują ogromne środki w naukę, wysokie specjalizacje oraz rozwój sztucznej inteligencji. Efektem jest globalna ekspansja ich produktów – dawna, pogardzana „chińszczyzna” ustąpiła miejsca technologiom wysokiej jakości, które z powodzeniem konkurują z największymi światowymi potęgami. To nie przypadek.

To jeszcze wracając do działań systemowych na naszym krajowym podwórku – jak ocenia pani pilotaż resortu pracy dotyczący skrócenia czasu pracy przy zachowaniu pensji? Według ministerstwa to właśnie odpowiedź na automatyzację i starzenie się społeczeństwa.

Z przykrością stwierdzam, że wokół czterodniowego tygodnia pracy toczy się dyskusja pełna niedomówień i krótkowzroczności. Długookresowo skracanie czasu pracy jest nieuchronne. Historia pokazuje, że to stały proces – od ponad 70-godzinnego tygodnia pracy w okresie rewolucji przemysłowej, poprzez wprowadzenie wolnych sobót, aż po dzisiejszy standard 40 godzin. Norma ta nie jest jednak nienaruszalna. Zresztą – już John Maynard Keynes wieszczył 15-godzinny tydzień pracy w opublikowanym w 1930 r. eseju „Ekonomiczne perspektywy dla naszych wnuków”. 

Reklama
Reklama

Dotychczasowe pilotaże na świecie nie wykazały szkodliwości czterodniowego tygodnia pracy, a kluczem do sukcesu okazała się reorganizacja instytucjonalna. Firmy lub urzędy mogą przecież działać przez 6-7 dni w tygodniu, podczas gdy poszczególni pracownicy realizują swój wymiar w 4 dni. Przykładowo, testy w szwedzkim Göteborgu udowodniły, że przy odpowiedniej organizacji zyskali i urzędnicy, i klienci, a lokalne kawiarnie czy księgarnie odnotowały wyższe obroty. Z kolei pewien amerykański przedsiębiorca zyskał masę innowacyjnych pomysłów, dając inżynierom dodatkowy dzień wolny na kreatywne myślenie.

Krótsza praca to należna pracownikom dywidenda technologiczna. Postęp – np. druk 3D czy automatyzacja – sprawia, że produkujemy szybciej i wydajniej, a korzyści z tego rozwoju powinny przypaść całemu społeczeństwu, bo niemal wszyscy  w jakimś stopniu kreują postęp i się do niego przyczyniają.

Najgorszym rozwiązaniem byłoby jednak odgórne, polityczne narzucenie zmian jednym przepisem dla wszystkich branż. Polskie prawo już teraz pozwala pracodawcom skracać czas pracy bez obniżania pensji. Na pełną, ogólnokrajową rewolucję nie jesteśmy jeszcze gotowi instytucjonalnie, a w wielu sektorach – takich jak np. medycyna – barierą nie do przejścia są obecnie dotkliwe braki kadrowe.

Reklama
Reklama

My też chyba ciągle nie wierzymy w to, że ten postęp, ta sztuczna inteligencja mogą dać nam coś dobrego, chociażby właśnie sprawić, że będziemy pracować krócej.

Geoffrey Hinton, który w 2024 r. otrzymał Nagrodę Nobla z fizyki za wkład w rozwój sztucznej inteligencji i jest nazywany ojcem chrzestnym AI, już w przemówieniu noblowskim mówił: „powinniśmy się bardzo bać sztucznej inteligencji”. Chodziło mu o to, byśmy nie traktowali jej nonszalancko. Warto bowiem pamiętać, że każda technologia to tylko narzędzie. Jest jak nóż. Nożem można sobie uciąć palec, ale nożem można też uratować komuś życie – przykładem skalpel w ręku chirurga. To nie technologie są winne, tylko system i sposób wykorzystywania tych technologii.

Europa zabrnęła w zieloną ślepą uliczkę. Nie możemy bać się o tym mówić

Tymczasem w Polsce obecna polityka rynku pracy jest reaktywna i opiera się na doraźnych rozwiązaniach – przykładem niedawno ogłoszony mechanizm wsparcia socjalnego dla artystów – zamiast na działaniach proaktywnych. Masowa utrata zatrudnienia z powodu upowszechniania się AI wymaga długofalowej strategii.

To mamy już diagnozę: brakuje nam strategicznego myślenia o AI w kontekście przyszłości rynku pracy. A czy mamy długofalową strategię, jeśli chodzi o migrację?

Reklama
Reklama

Nie za bardzo. Biznes, co jest oczywiste, chętnie przyjmuje tanią siłę roboczą z zagranicy, kierując się jedynie niskimi stawkami płac. Pracodawcy ignorują przy tym jednak tzw. efekty zewnętrzne, czego koszty – zamiast firm – ponoszą podatnicy. Skutki i wielowymiarowe koszty braku kontrolowanej polityki migracyjnej widać wyraźnie na przykładzie Szwecji czy Niemiec, gdzie dochodzi do powstawania gett i wzrostu kosztownych, groźnych napięć społecznych.

Przy tym nieprzemyślany masowy napływ tanich pracowników z zagranicy może hamować rozwój technologiczny. Pracodawcy, mając dostęp do taniej siły roboczej, mogą tracić motywację do inwestowania w nowoczesne pracooszczędne technologie, w tym w sztuczną inteligencję i nowoczesne oprogramowanie. Niskie płace stają się więc barierą dla innowacji. Kluczem do rozwoju powinno być stworzenie takich warunków rynkowych, które w pierwszej kolejności pozwolą optymalnie wykorzystywać krajowy potencjał kadrowy.

Zatem przesłanie jest takie: nie mówmy, że bez imigrantów nasz rynek pracy sobie nie poradzi, bo może jak zaktywizujemy te grupy Polaków, które nie pracują, to rąk do pracy będzie dość. Ale co z demografią? Słyszymy przecież, że Polaków ubywa i dlatego potrzebujemy pracowników z zagranicy.

Reklama
Reklama

To jest problem tak złożony, splątany niemal jak węzeł gordyjski, tylko Aleksandra Wielkiego jakoś nie widać.

Narzekamy na starzenie się społeczeństwa i niską dzietność, jednak rzadko łączymy ten problem z brakiem strategicznej polityki państwa, m.in. w zakresie przestrzennego zagospodarowania kraju. Spójrzmy chociażby na sytuację młodych kobiet, które, uciekając przed bezrobociem, przenoszą się z małych miasteczek do Warszawy czy innych dużych miast. Trafiają do korporacji, pracują tam po wiele godzin dziennie, a dodatkowo zmagają się z ogromnymi kosztami wynajmu mieszkań i brakiem wsparcia ze strony rodziny, co drastycznie utrudnia decyzję o dziecku. Sytuację pogarsza fakt, że w metropoliach brakuje mężczyzn, podczas gdy na wsiach i w małych gminach to kobiety są w mniejszości.

Rozwiązaniem tego kryzysu jest przemyślane zagospodarowanie przestrzenne kraju i rezygnacja z pakowania wszystkiego, w tym inwestycji i urzędów, do Warszawy, Krakowa czy Wrocławia. Nie brakuje tu wzorców – przecież np. Bonn to nie takie znów duże miasto (Bonn było przez ponad 40 lat siedzibą rządu Zachodnich Niemiec, do dziś zachowało wiele kluczowych instytucji – red.). Moim zdaniem takie np. Ministerstwo Cyfryzacji mogłoby z powodzeniem funkcjonować nawet w Suwałkach – żyjemy w końcu w dobie cyfryzacji, w tym pracy zdalnej.

Reklama
Reklama

Przywołam tu słynny efekt Bilbao – baskijskiego miasta, które wyludniło się na skutek upadku przemysłu. Młodzi stamtąd uciekali. Ktoś jednak wpadł na pomysł, żeby wybudować tam Muzeum Guggenheima. I jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać wokół tej instytucji nowe miejsca pracy.

U nas też to jest możliwe i już się zresztą zaczyna. Widziałam gdzieś piękne hasło „Wracajcie do Ostrołęki”. Oczywiście, konieczny jest cały system impulsów rozwojowych, nie tylko budowa jednego obiektu. Muzeum w Ostrołęce nie musi zadziałać. Ale konkretny pomysł na przeniesienie miejsc pracy do mniejszych ośrodków pozwoliłby ludziom, zwłaszcza młodym, na powrót do rodzinnych stron, gdzie mogliby żyć taniej, korzystać z pomocy bliskich i zakładać rodziny, napędzając przy tym lokalny rozwój usług. Gwarantuję, że jak ta Ostrołęka przyciągnie młodych ludzi, to na pewno tam się pojawią rozmaite nowe biznesy, w tym i nowe kawiarnie, i różne centra rozrywki, miejsca zabaw dla dzieci itp. A młodzi będą tam wydawać swoje pensje. 

À propos pensji – znów mamy impas w sprawie najniższej krajowej. Rząd proponuje podniesienie jej do 4 950 zł brutto. Pracodawcy mówią: niech będzie. Związki chcą z kolei 5 200 zł brutto. Wiem, że ceni sobie pani to, co o pozytywnych efektach wzrostu płacy minimalnej napisali David Card i Alan Krueger w książce „Mit i pomiar”, więc zapytam: czy płaca minimalna powinna być jeszcze wyższa niż kwota postulowana przez związkowców?

Reklama
Reklama

Nie chodzi o to, czy powinna być wyższa czy niższa. W ten sposób znów wpadamy w tryby prawa trywialności. Przecież, co jest oczywiste, pracodawcy niemal zawsze będą niechętni czy wręcz przeciwni podwyższaniu płacy minimalnej, a pracownikom ciągle będzie zależało na wyższych płacach. Potrzebny jest więc złoty środek, rozwiązanie systemowe – opierające się  na klarownych zasadach.

W dyskusji o płacy minimalnej kluczowy jest jej wpływ na popyt. Dodatkowe środki przekazane osobom nisko zarabiającym oraz klasie średniej od razu trafiają na rynek krajowy, ponieważ ci ludzie finansują z nich bieżące potrzeby, edukację dzieci czy spłatę kredytów. To nakręca koniunkturę, biznes. Milioner natomiast nie skieruje od razu pieniędzy na rynek – nierzadko zainwestuje je za granicą, pójdzie w spekulację itp. W efekcie jego majątek nie zawsze będzie stymulował lokalną gospodarkę.

Wzrost płacy minimalnej to jednak coś więcej niż napędzanie popytu – to przede wszystkim szacunek dla ludzkiej pracy. Im bardziej praca ludzka jest niedoceniana, tym większa skłonność do jej marnotrawienia i mniejsza skłonność do wprowadzania pracooszczędnych technologii. A przecież to właśnie kapitał ludzki jest fundamentalnym potencjałem wytwórczym. Bez człowieka nie byłoby ani innowacji, ani sztucznej inteligencji.

Źródło: Zero.pl
Reklama
Reklama