Reklama
Kraj

Wraca kryzys zbożowy? Rosyjska blokada Ukrainy może uderzyć w Polskę

Rosyjskie ataki na ukraińskie porty i próba blokady morskiego eksportu zbóż mogą wywołać gospodarczy efekt domina w Europie Środkowej. Jednym z najbardziej narażonych państw jest Polska, która już w latach 2022–2023 boleśnie odczuła skutki załamania ukraińskich szlaków eksportowych. Powrót kryzysu grozi ponownym konfliktem wokół zboża i nową falą napięć między Warszawą a Kijowem.

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 09:48
11 min
sylwetka statku towarowego na wodzie, w tle i na pierwszym planie ziarna zboża, zachód słońca
Eksport zboża drogą morską to dla Ukrainy sprawa strategiczna - i coraz częściej cel rosyjskich ataków. (fot. Anton Petrus / Getty Images)
TYLKO NA
  • Od maja Ukraińcy zniszczyli lub czasowo wyłączyli co najmniej 24 z 34 rosyjskich rafinerii, obniżając rosyjski przerób ropy do najniższego poziomu od marca 2005 roku.
  • Rosja odpowiada na ukraińską kampanię uderzeń, przenosząc ciężar wojny na blokadę ukraińskich portów zbożowych – te odpowiadają za około 95 proc. krajowego eksportu zboża, wartego około 17 proc. ukraińskiego PKB.
  • Polska już w latach 2022–2023 odczuła skutki podobnego kryzysu, gdy część tranzytowego ukraińskiego zboża trafiła na krajowy rynek, obniżając ceny skupu i opłacalność produkcji rolnej.
  • Rosja może wykorzystywać obecny kryzys do podsycania napięć między Warszawą a Kijowem, zwłaszcza w kontekście sporu o gloryfikację UPA przez władze ukraińskie.

Trwająca od maja ukraińska kampania dalekich uderzeń na rosyjską infrastrukturę energetyczną, logistyczną i wojskową przynosi coraz poważniejsze skutki. Sytuacja może doprowadzić do ponownego zaostrzenia sporu między Warszawą a Kijowem.

Robert Brovdi, dowódca ukraińskich Sił Systemów Bezzałogowych, określił w niedawnym wywiadzie dla „Financial Times" ukraińską kampanię uderzeń dalekiego zasięgu na rosyjskie zaplecze jako „kwestię czystej matematyki". Wyjaśnił, że nowo utworzone dowództwo uderzeń dalekiego zasięgu wybiera cele na podstawie trzech kryteriów: rosyjskich zdolności eksportowych, znaczenia szlaków transportowych oraz roli danego obiektu w gospodarce wojennej Rosji.

Pokazuje to jasno, jaki jest cel ukraińskiej kampanii. Ukraina chce zniszczyć źródła finansowania wojny pochodzące z handlu ropą. Jednocześnie dąży do takiego osłabienia rosyjskiego przemysłu wojennego, aby nie był on w stanie zaspokoić potrzeb „specjalnej operacji wojskowej".

Reklama
Reklama

Zobacz także: Nowe informacje o rosyjskiej rakiecie. „Materiał wybuchowy w znacznej ilości”

Efekt ukraińskiej kampanii dalekich uderzeń

Od maja, w wyniku kampanii, Ukraińcy zniszczyli lub czasowo wyłączyli z użytku co najmniej 24 z 34 rosyjskich rafinerii. Na początku lipca rosyjski przerób ropy spadł do około 3,91 mln baryłek dziennie. Był to najniższy poziom od marca 2005 roku. W porównaniu z 2025 rokiem spadek wynosi ponad 1,4 mln baryłek dziennie. Szacunki wskazują, że czasowo wyłączonych mogło zostać nawet 40 proc. rosyjskich zdolności rafineryjnych.

Odbiło się to wprost na rosyjskim rynku wewnętrznym. W czerwcu sprzedaż benzyny i oleju napędowego na giełdzie w Petersburgu była o 38 proc. niższa niż rok wcześniej. W tym samym czasie średnie ceny paliw wzrosły o 37 proc. Produkcja benzyny spadła do ok. 90 tys. ton dziennie, podczas gdy letnie zapotrzebowanie wynosi co najmniej 110 tys. ton.

Moskwa została więc zmuszona do opanowania sytuacji. Pierwszym krokiem było wprowadzenie ograniczeń w sprzedaży paliw. Pod koniec czerwca restrykcje obowiązywały w co najmniej 56 regionach Rosji. Następnie Kreml zdecydował się na wprowadzenie zakazu eksportu. W minionym tygodniu rosyjski wicepremier Aleksander Nowak ogłosił, że zakaz eksportu benzyny przedłużono do końca 2026 roku.

Reklama
Reklama

Może Cię zainteresować: „Nie ma powodu sądzić, że celem była Polska”. Tusk pojechał na miejsce upadku rakiety

W obliczu niedoborów surowca, na którym Rosja przecież „śpi", Kreml zaczął uzupełniać braki paliw importem z państw będących dotychczas odbiorcami rosyjskich surowców. Dla Rosji jest to sytuacja paradoksalna. Po nałożeniu europejskich sankcji Moskwa zaczęła szukać nowych rynków zbytu dla swojej ropy. Wówczas to rynki azjatyckie szeroko otworzyły się na rosyjski surowiec sprzedawany po preferencyjnych cenach. Ikonicznym przykładem są Indie, które z kwartału na kwartał zwiększały jego import.

Dzisiaj sytuacja się odwróciła. To rynek azjatycki zaczął wspierać stabilizację rosyjskiego rynku wewnętrznego. Z początkiem lipca do rosyjskich portów dopłynęło co najmniej 60 tys. ton benzyny z Indii.

Atak na rosyjską logistykę morską

Kluczem do zrozumienia konsekwencji ukraińskiej kampanii jest jednak objęcie nią na szeroką skalę rosyjskiej „floty cieni". To właśnie dzięki należącym do niej jednostkom Rosja przez lata mogła omijać nałożone na nią sankcje.

W warunkach wojny wpisanie statku na określoną listę sankcyjną zaczęło mieć znaczenie wykraczające poza ograniczenia finansowe i administracyjne. Zgodnie z używanym przez Wołodymyra Zełenskiego określeniem „egzekwowanie dalekosiężnych sankcji" rosyjskie statki zaczęły być postrzegane przez Ukrainę jako cele. W tej logice unijne czy amerykańskie listy sankcyjne stały się katalogiem jednostek, których działalność bezpośrednio wspiera rosyjską machinę wojenną.

Aktywność ukraińskiej „długiej ręki" w tym zakresie znajduje potwierdzenie w atakach na Morzu Czarnym, Morzu Śródziemnym, Morzu Kaspijskim czy u wybrzeży Senegalu.

Reklama
Reklama

Masowe ataki doprowadziły do zmiany zasad funkcjonowania rosyjskiej logistyki odpowiedzialnej za eksport morski. Rosjanie zaczęli angażować swoje siły w eskortowanie tankowców na Bałtyku, Morzu Północnym, kanale La Manche, Morzu Śródziemnym, ale też na szlakach prowadzących wokół Afryki. W ten sposób Ukraińcy zmusili Rosjan do trwonienia zasobów oraz czasu operacyjnego, które Moskwa mogłaby przeznaczyć na prowadzenie wojny.

W ten sposób ukraińska kampania przekształciła sankcje z narzędzia administracyjnego w element wojny systemowej, o której mówił Brovdi. Celem nie jest więc wyłącznie zatopienie konkretnego tankowca. Chodzi o podważenie całego modelu, dzięki któremu Rosja może eksportować surowce, omijać ograniczenia i finansować działania wojenne.

Blokada korytarza zbożowego

Ukraińska kampania uderzeń faktycznie postawiła Rosję w defensywie. Nie chodzi przy tym o obronę pozycji na froncie pod Pokrowskiem czy Konstantynówką, lecz o defensywę strategiczną. Moskwa nadal prowadzi działania ofensywne, ale została zmuszona do reagowania na presję wymierzoną w jej zaplecze. Jak jednak zwykle bywa, żadna przewaga nie trwa wiecznie.

Dla Moskwy najlepszą obroną przed ukraińską kampanią uderzeń dalekiego zasięgu okazał się atak. Jego celem stało się obciążenie Ukrainy porównywalnymi kosztami, lecz w innym obszarze.

Reklama
Reklama

Rosja została więc zmuszona do przejęcia inicjatywy. Nie mogąc powstrzymać ukraińskich uderzeń za pomocą działań o podobnym charakterze, przeniosła ciężar wojny na obszar, w którym Ukraina jest szczególnie podatna na presję.

Czytaj także: Pytania o bezpieczeństwo powietrzne Polski. „Trochę żeśmy zaspali”

Jak słusznie zauważył Andrij Sybiha, szef ukraińskiego MSZ, Rosja zaczęła wykorzystywać doświadczenia płynące z irańskiej strategii prowadzenia wojny w Zatoce, której kluczowym elementem pozostaje „uzbrojenie" geografii jako narzędzia nacisku.

Iran, obejmując blokadą przepływ przez cieśninę Ormuz, którą transportowano ponad 20 proc. światowego handlu ropą, wywarł presję na globalny system energetyczny, co uderzyło w pozycję Stanów Zjednoczonych.

Rosja zaczęła więc stosować podobny mechanizm, kierując go jednak przeciwko światowemu bezpieczeństwu żywnościowemu. Ataki na ukraińską infrastrukturę portową, terminale zbożowe oraz statki handlowe doprowadziły do sytuacji, w której armatorzy i ubezpieczyciele zaczęli ograniczać liczbę rejsów do ukraińskich portów lub całkowicie je zawieszać. W ten sposób Rosja wzięła za zakładnika korytarz żywnościowy, a wraz z nim eksport rolny kierowany do państw Afryki i Bliskiego Wschodu.

Reklama
Reklama

Moment powrotu do nałożenia rosyjskiej blokady nie jest jednak przypadkowy. Został wywołany w samym środku sezonu żniwnego, w czasie, kiedy Ukraina musi jednocześnie odbierać nowe zbiory, opróżniać magazyny oraz realizować zawarte wcześniej kontrakty eksportowe.

Warto przeczytać też: Rosyjski atak rakietowy na Lwów. Około 20 rannych, trwa akcja ratunkowa

Ukraińskie porty odpowiadają za około 95 proc. krajowego eksportu zboża. Według ukraińskich organizacji rolniczych ich zamknięcie mogłoby ograniczyć zdolności eksportowe kraju do około 1,7 mln ton miesięcznie. Dla zobrazowania skali problemu warto przywołać dane Wszechukraińskiej Rady Rolnej. Zgodnie z jej szacunkami Ukraina powinna wyeksportować około 67 mln ton produktów rolnych przy łącznej produkcji wynoszącej 81,4 mln ton. Eksport z tego tytułu odpowiada za około 17 proc. ukraińskiego PKB, nominalnie wynoszącego około 22,5 mld dolarów.

Wobec tych danych oraz blokady głównego szlaku eksportowego jasne jest, że nadwyżki produkcyjne będą musiały znaleźć ujście.

Alternatywne szlaki

Rysująca się sytuacja nie jest nowa. Podobną sytuację obserwowaliśmy już w 2023 roku. Po wycofaniu się Rosji z porozumienia zbożowego Ukraina musiała szybko znaleźć alternatywne trasy eksportowe.

Reklama
Reklama

Pierwsza z nich prowadziła przez ukraińskie porty naddunajskie w Izmaile i Reni. Stamtąd zboże przewożono barkami do rumuńskiej Konstancy nad Morzem Czarnym. W szczytowym okresie rumuńskie porty obsługiwały blisko 3 mln ton ładunków miesięcznie. W samym 2023 roku port w Konstancy przyjął około 14 mln ton ukraińskiego zboża. Obecnie możliwości wykorzystania Dunaju jako alternatywnej trasy dla ukraińskiego eksportu są znacznie mniejsze. Przyczyną jest rekordowo niski poziom wody, który ograniczył ładowność barek nawet o 60 proc.

Sprawdź również: Miliony długu i podejrzenie zmowy. Prywatna spółka weszła na SOR w Lesku

Drugim rozwiązaniem może być powtórzenie scenariusza znanego Polsce z lat 2022–2023. Polegałby on na przekierowaniu ukraińskiego eksportu przez terytorium Polski, a następnie do portu w Gdańsku lub innych państw UE.

W poprzednich latach, zgodnie z tym założeniem, Polska miała pełnić jedynie funkcję kraju tranzytowego. W praktyce część ukraińskiego zboża pozostała jednak na polskim rynku. Doprowadziło to do gwałtownego wzrostu podaży, zapełnienia magazynów oraz spadku cen skupu produktów rolnych. W rezultacie produkcja rolna w polskich gospodarstwach przestała być opłacalna, ponieważ ukraińskie zboże było znacznie bardziej konkurencyjne cenowo.

Reklama
Reklama

Wizja nowego-starego kryzysu zbożowego

Wobec powrotu tego problemu pojawia się pytanie o determinację polskich władz w ochronie krajowych producentów rolnych.

Dzisiaj polski rynek przed napływem ukraińskiego zboża chroni krajowe embargo wprowadzone w 2023 roku. W tym kontekście należy się jednak liczyć z możliwością wznowienia nacisków ze strony Komisji Europejskiej. Być może już teraz KE sonduje gotowość Polski, Węgier i Słowacji do wycofania jednostronnych ograniczeń. Dlatego w najbliższym czasie narzędziem nacisku może stać się groźba wszczęcia postępowania w sprawie naruszenia prawa Unii Europejskiej.

Przeczytaj także: Rakieta w Lubelskiem. Gen. Komornicki: Kompromitacja Wojska Polskiego

W takiej sytuacji Polska może znaleźć się w swoistych kleszczach. Rosyjskie ataki na ukraińskie porty mogą pośrednio uderzyć w polski rynek rolny. Jednocześnie Warszawa może zostać poddana presji politycznej ze strony UE. Trzecim kierunkiem, bardziej niż pewnym, jest podsycanie przez Rosję sporów między Polską a Ukrainą. Wobec decyzji ukraińskich władz dotyczących gloryfikowania UPA działania te z pewnością trafią na podatny grunt.

Najbliższy okres będzie więc testem dla rządu, prezydenta i polskich europosłów. Będzie to próba trudniejsza od tej, z którą Polska mierzyła się w związku z odpowiedzią na ukraińską gloryfikację UPA. Wówczas całość polskich władz, jak na polskie warunki, przyjęła względnie jednolite stanowisko.

Reklama
Reklama

Jednak dzisiaj Warszawa nie może działać reaktywnie, lecz musi działać z wyprzedzeniem. Już teraz powinna wyraźnie oddzielić pomoc dla Ukrainy od ochrony własnego rynku rolnego. Nie można dopuścić do powtórzenia sytuacji z 2023 roku, gdy władze zareagowały dopiero pod wpływem protestów rolników i organizowanych przez nich blokad. Presja społeczna wymusiła wówczas interwencję, którą państwo powinno było podjąć znacznie wcześniej.

Nadal istnieje możliwość zapobieżenia podobnemu kryzysowi. Rząd powinien działać już teraz, zanim sytuacja stanie się pożywką do wewnętrznej destabilizacji.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny