Krzysztof Stanowski jest przykładem przeciętnego polskiego kierowcy. Niby wie, że trzeba jeździć poprawnie. Niby rozumie, że pędzenie na złamanie karku, zwłaszcza przez miejscowość, to zachowanie groźne. Niby to publicznie potępia… A jednak sam pozwala sobie wybierać, kiedy naciśnie mocno pedał gazu. Znaki nie mają znaczenia. Bo choć obszar zabudowany jeszcze się nie skończył, to długa prosta już wyznaczyła mu podświadomie, że może sobie pozwolić na dociśnięcie gazu.
Czytaj także: Stanowski szczerze o odebraniu prawa jazdy. „Bardzo mi tak dobrze”
Recydywa Stanowskiego
Właśnie dostał od policji lekcję. Jechał przez wieś 110 km/h, czyli ponad dwukrotnie za szybko. A to oznacza, że funkcjonariusze musieli odebrać mu prawo jazdy na 3 miesiące. Do tego dołożyli 13 punktów karnych oraz 3 tys. zł grzywny.
I tu mamy dowód, że Stanowski okazał się uczniem odpornym na wiedzę. Bo grzywna daje jasno znak, iż wpadł w recydywę – zapłacił podwójną kwotę, która przy tym wykroczeniu normalnie wynosi 1500 zł. Sam zresztą przyznał, że już wcześniej zgarnął mandat i punkty karne.
Jest więc pewnym, że niecałe dwa lata temu gdzieś na drodze policjanci złapali go, jak przekraczał prędkość dopuszczalną o ponad 30 km/h. Bo wtedy wpada się w tzw. recydywę. I każde kolejne tak duże przekroczenie prędkości oznacza dwukrotnie większą karę finansową.
Dlaczego nie zadziałała poprzednia lekcja?
Z jednej strony – punktów zapewne nie było dużo i nie miał ich wcześniej na koncie. To oznacza, że kontrole policyjne są rzadkie, a odcinkowych pomiarów i fotoradarów mało. Bo nie mogę uwierzyć, że Stanowski pojechał tak jeden raz w życiu. Jestem przekonany, że olewał limity prędkości.
Oznacza to także, że poważne przekroczenie prędkości – o więcej niż 30 km/h – być może powinno być karane już za pierwszym razem surowiej. To są progi, od których w Norwegii w zależności od okoliczności można się już liczyć z sądowym wyrokiem czy aresztem.
Czytaj także: No dawaj Sebastian, powiedz to. Lewy pas to nie kółko różańcowe
Jest jednak dla mnie też jasnym, że to po prostu efekt kultury drogowej, która wykształciła w Polsce Krzysztofa Stanowskiego i wiele pokoleń kierowców. Nauka na kursie na prawo jazdy i sam egzamin do dziś nie wychowują, nie kształtują. Traktuje się to wszystko jako zestaw schematów, który pozwala, kręcąc kierownicą – po paru podejściach przez idiotycznie doczepiających się na placu egzaminatorów – prędzej czy później uzyskać prawo jazdy. I w takiej kulturze mandat odbierany jest po prostu jako wpadka… Ot, nie udało mi się, a policjantom się udało. Taka gra. Tyle że to gra, w której przegrana grozi śmiercią. I niestety najczęściej nie takiemu piratowi na drodze.
Szef Kanału Zero odebrał lekcję najłagodniejszą z możliwych. Gdyby we wsi, przez którą gnał, z jakiejś posesji wyjechało na rowerku dziecko, nie zdążyłby nawet nadepnąć hamulca i mrugnąć okiem, gdy jego blisko trzytonowe auto robiłoby z dzieciaka marmoladę na asfalcie. I wtedy także trafiłby na czołówki mediów w Polsce, ale już w kajdankach i z wizją procesu sądowego zakończonego wyrokiem do 8 lat więzienia. A i tak uznawalibyśmy, że to kara za mało surowa jak za taką zbrodnię.
Stanowski trochę zrozumiał...
Nie wiem, czy Stanowski się jako kierowca zmieni. Z jednej strony pokajał się publicznie i przyznał, że taka jazda w obszarze zabudowanym jest debilizmem. Czyli można liczyć, że przynajmniej przez miejscowości będzie jeździł tyle, ile maksymalnie można. Bo druga utrata prawa jazdy byłaby już takim publicznym obciachem, z którego nie da się wyjść z twarzą, po prostu przepraszając i przyznając się do błędu.
Z drugiej strony – przyznał też, że na autostradach jedzie nie 140 km/h, ale raczej 160 km/h. Zakomunikował też jasno, że sam tego nie zmieni. I że jego zachowanie zmieniłoby tylko ukrycie ostrzeżeń przed odcinkowymi pomiarami i fotoradarami. To jest nawet dobry pomysł. Niemcy tak mają i muszą pilnować się za kierownicą wszędzie.
...ale jeszcze musi zastanowić się nad fizyką
Natomiast nadal Stanowski chyba nie zrozumiał esencji. Po pierwsze, fizyki. Im większa prędkość, tym zwiększanie jej daje… mniejszy zysk czasowy na trasie. Zakładając dystans do przejechania 200 km, to zwiększenie prędkości (średniej przejazdu!) z 30 km/h do 40 km/h oznacza zysk czasowy wynoszący godzinę i 40 minut. Ale już zwiększenie na tym dystansie prędkości ze 100 km/h do 120 km/h pozwala zaoszczędzić jedynie 20 minut.
I najlepsze – zwiększenie prędkości z maksymalnych dopuszczalnych na autostradzie 140 km/h do 160 km/h pozwala Stanowskiemu zaoszczędzić...11 minut!
A przecież to są wyliczenia dla sytuacji idealnej – gdy ktoś potrafiłby utrzymać przez 200 km taką stałą prędkość. To raczej niemożliwe na autostradach, gdzie czasem musimy zwolnić, czasem jest więcej kierowców itd. Ten zysk czasowy jest zatem jeszcze mniejszy. Jaki to ma sens?
A jednocześnie każde przyspieszenie na drogach szybkiego ruchu znacznie zwiększa dystans, po którym w ogóle kierowca zareaguje, tuneluje widzenie oraz – co istotne – często nie pomaga już zadziałać infrastrukturze ratującej życie. Bariery na autostradach mają szansę powstrzymać auto tylko do pewnych limitów. Pasy rozbiegowe pozwalają płynnie dołączyć innym kierowcom, a ich długość jest wyliczona do prędkości maksymalnych!
To już nie jest „tenkraj” na drogach
W tej całej sytuacji próbuję znaleźć pozytywy. Poza przymusową edukacją dla Krzysztofa Stanowskiego, który po 3 miesiącach bez prawka, mam nadzieję, będzie trzymał się limitów w zabudowanym.
Widzę w tym wszystkim coś dobrego. Publiczne batożenie Krzysztofa Stanowskiego w mediach, także społecznościowych, pokazuje, że jako społeczeństwo zrozumieliśmy już, na czym polega bezpieczeństwo na drogach i jakich dróg oraz kierowców sobie w kraju życzymy. Mamy dość Majtczaków, Żaków i takich jak ten, który niedawno – dublując prędkość w zabudowanym nawet mniej niż Stanowski – zabił rodziców małego dziecka.
Czytaj także: Zboralski: Rodziny ofiar przestały milczeć. Opowiedziały mi o Sebastianie M.
Ta przemiana społeczna jest wspaniała. Nie tylko dlatego, że wielu chce już jeździć bezpiecznie samochodami. Także dlatego, że jest to coś, co politycy, którzy zawsze pragną podlizać się wyborcom, muszą brać pod uwagę. Skończyły się czasy, gdy szansą na duży wynik wyborczy było zabieranie gminom fotoradarów. Zaczęły się czasy, gdy powszechne poparcie społeczne buduje się dojeżdżaniem drogowych bandytów i czynieniem dróg bezpieczniejszymi (Konfederacja się tu głośno wyłamuje, ale nie jest to wiodąca siła polityczna w kraju).
I jeszcze jedno, bo muszę oddać to polskim policjantom, do których często mam wiele uwag. Ich kręgosłup moralny stał się sztywny. Skończyły się czasy, w których po przyłapaniu na przekraczaniu prędkości robili sobie fotki z celebrytą (robili sobie takie kiedyś z Kubą Wojewódzkim). Zaczęły się czasy, w których bez litości karzą premiera kraju, senatora, czy – jak właśnie zobaczyliśmy – jednego z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy w kraju. Tak trzymać. Dołożyłbym do tego jeszcze jednak przeszkolenie funkcjonariuszy, którzy przy nakładaniu mandatu umieliby prosto wyjaśnić kierowcy, dlaczego jego zachowanie było groźne, co mogło się stać – a w związku z tym umieliby wyjaśnić, dlaczego kara musi być np. duża. Jaki ogromny potencjał edukacyjny kierowców wciąż jest niewykorzystany!
Tłumaczyć i karać
Stanowski w podsumowaniu swojego bandyckiego rajdu uznał, że dla bardzo bogatych ludzi mandaty nie są karą dolegliwą. Uważa, że łatwo poradzi sobie też z trzymiesięcznym zabraniem prawka – ot, powozi go prywatny kierowca. Uznał więc, że mandaty jako procent od zarobków, skandynawskim wzorem, byłyby lepsze.
Nie zgadzam się. W polskiej wersji wcale nie byłyby lepsze. Mogłyby okazać się wręcz mniej sprawiedliwe. Wiecie, ilu biznesmenów oficjalnie jedzie na stracie albo niewiele zarabia? Jeżdżący leasingowanymi merolami za miliony płaciliby w efekcie mniejsze kwotowo mandaty niż ich pracownicy na etatach. Tego byśmy chcieli?
Czytaj także: Fotoradary będą bardziej tolerancyjne. A czy nieuchronne?
Owszem, kiedyś może dojrzejemy do takich kar. Najpierw musielibyśmy jednak wprowadzić inną skandynawską rewolucję – powszechną jawność zeznań PIT. To zresztą nawet bez kontekstu drogowych mandatów przyniosłoby w kraju wiele korzyści.
Lepsze od finansowych kar są właśnie punkty karne i odbieranie prawa jazdy. Gdy Krzysztof Stanowski odbierze za trzy miesiące swoje uprawnienia, na jego koncie wciąż będzie kilkanaście punktów karnych – i blisko do utraty uprawnień i ponownego egzaminu na prawo jazdy w przypadku kolejnego jakiegoś wykroczenia. Będzie musiał się bardzo pilnować. Dzięki zmianie prawa od czerwca tego roku punktów za tak duże przekraczanie prędkości nie można kasować na płatnych kursach reedukacyjnych w wojewódzkich ośrodkach ruchu drogowego. I – jak widać – bardzo dobrze!
Jeśli Stanowski uważa, że powinniśmy coś jeszcze pogmerać w karach, by tacy jak on bardziej się bali, to proponuję inny skandynawski sposób – krótki areszt grożący za duże przekroczenia prędkości. To ostudziłoby nawet tych, którym dziś niestraszna jest wizja utraty prawa jazdy na trzy miesiące.


