- W nagranym filmie Carslon uważa, że Stany Zjednoczone pod przewodnictwem Trumpa coraz mniej potrafią odpowiedzieć na zagrożenia, które stoją tuż za drzwiami.
- Dawny sojusznik Trumpa coraz wyraźniej odcina się od prezydenta i od jego polityki, stając się jednym z symboli pęknięcia w ruchu MAGA.
- Rozłam na prawicy nabiera znaczenia przed listopadowymi wyborami połówkowymi – część obozu „America First” kwestionuje dziś kierunek obrany przez Trumpa i szuka politycznej alternatywy.
Tucker Carlson od dawna nie jest postacią, obok której można przejść obojętnie. Były gwiazdor Fox News, jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów amerykańskiej prawicy i zarazem publicysta wielokrotnie oskarżany o powielanie kremlowskich narracji, od miesięcy coraz wyraźniej dystansuje się jednak od Donalda Trumpa. Człowiek, który jeszcze niedawno należał do najważniejszych medialnych sojuszników prezydenta, dziś mówi o „zdradzie” ideałów MAGA i szuka dla amerykańskiej prawicy drogi wykraczającej poza Trumpem.
To właśnie dlatego jego najnowsze wystąpienie przyciągnęło uwagę daleko poza Stanami Zjednoczonymi. W opublikowanym na YouTubie, trwającym około półtorej godziny monologu Carlson przedstawia dziesięciopunktową wizję Ameryki, która ma być sprawiedliwa, suwerenna, produktywna, zdrowa i przede wszystkim ponownie zjednoczona. Nie jest to już kolejna tyrada w obronie Trumpa. Przeciwnie: to próba naszkicowania politycznego świata, który miałby nadejść po Trumpie.
Wystąpienie odbiło się szerokim echem także w Europie. Prestiżowy francuski portal Le Grand Continent opublikował jego pełny zapis i opatrzył go własnym komentarzem, uznając przemowę za próbę otwarcia nowej fazy amerykańskiego narodowego populizmu i zdefiniowania doktryny trumpizmu.
Elektryczne auto premium: co kupić, żeby wszyscy zobaczyli twój sukces? Oto nasz poradnik [ZŁOMNIK]
Wywiad z Putinem i rewizjonistami Holokaustu
O Tuckerze zrobiło się szczególnie głośno nad Wisłą za sprawą wywiadu, jaki przeprowadził z Władimirem Putinem w lutym 2024 r. Amerykański dziennikarz wówczas biernie słuchał historycznych wywodów o Rusi Kijowskiej, o polskiej współodpowiedzialności za wybuch II wojny światowej czy szalejącym w Ukrainie nazizmie. Ponadto Tucker wpisał się w kremlowską propagandę chodząc po rosyjskich sklepach i zapewniał o nieskuteczności zachodnich sankcji.
Nie był to zresztą jedyny przypadek, gdy Carlson dawał platformę postaciom podważającym ustalony obraz historii. We wrześniu 2024 r. zaprosił do swojego programu Darryla Coopera, którego wypowiedzi dotyczące Holokaustu wywołały oskarżenia o historyczny rewizjonizm i apologetykę nazizmu. Co istotne, Carlson nie podjął z nim polemiki – przeciwnie, nazwał go jednym z najważniejszych historyków Ameryki.
Carlson, podobnie jak wielu amerykańskich komentatorów politycznych, zarówno z prawej, jak i z lewej strony, bardziej uprawia publicystykę niż dziennikarstwo. Informacja była zawsze u niego raczej narzędziem niż celem: pojawiała się oszczędnie, przede wszystkim po to, by potwierdzać wcześniej przyjęte poglądy i wzmacniać stawiane przez niego tezy. Co ciekawe, nie tyle szuka odpowiedzi, ile argumentów dla odpowiedzi, którą już zna.
Innymi taktykami stosowanymi przez Carlsona są insynuacje, niedomówienia oraz również sankcjonowanie teorii spiskowych. I tak konserwatywny dziennikarz otwarcie podważał skuteczność szczepionek na COVID oraz kryminalny charakter ataku na Kapitol w styczniu 2021 r.
Sprawa nie byłaby funta kłaków warta, gdyby, po pierwsze, Carslon pozostając istotną częścią neokonserwatywnego ruchu, równocześnie nie pokazał zawodu prezydenturą Donalda Trumpa. Stał się w ten sposób swoistą emanacją większości społeczności MAGA.
Tam, gdzie śpiewają cykady, a morze pamięta Odyseusza. Opowieść z Rodos
Utrata amerykańskiego pionu
Czy Ameryka nadal stoi wyprostowana i dumna, niczym manhattańskie drapacze chmur, które sto lat temu opisywał jeden z największych pisarzy francuskich XX w. Louis-Ferdinand Céline? Obrazy, które dziś docierają z amerykańskich ulic, coraz częściej przeczą wertykalnej figurze. Media społecznościowe pokazują miasta jak San Francisco czy Detroit w szponach fentanylu, narkotyku wielokrotnie silniejszego od heroiny. Ludzie na filmach już nie stoją. Leżą w rynsztokach, nieruchomi, odurzeni, nieobecni…
„Economist” podaje z kolei, że w Stanach więcej ludzi, niż łącznie zginęło we wszystkich wojnach, jakie Ameryka prowadziła po 1945 r.
A przecież jeszcze sto lat temu Ameryka była dla Europejczyka figurą czegoś zupełnie przeciwnego. Była krajem, który nie tylko stał wyprostowany. Ona zdawała się nieustannie biec.
Właśnie tak widział ją przywołany Céline w „Podróży do kresu nocy”. Kiedy statek z Bardamu na pokładzie wpływa do nowojorskiego portu, Francuz patrzy na miasto z mieszaniną zdumienia i niedowierzania. „Poprzez mgłę” ukazała się oczom pasażerów coś tak osobliwego, że początkowo nie chcą w to uwierzyć. Dopiero gdy stają naprzeciw tego zjawiska, zaczynają się śmiać. Miasto stoi. Stoi zupełnie prosto.
Nowy Jork był dla Céline’a miastem wystrzelonym w stronę chmur. W przeciwieństwie do europejskich miast przytulonych plecami albo brzuchem do rzek w oczekiwaniu na zmęczonego wędrowca. Nowy Jork, w Céline’owskiej wizji, nie oczekuje i nie odpoczywa. Nie pochyla się. Lecz stoi.
Spacer Bardamu po broadwayowskich alejach tylko tę intuicję potwierdzał. Ludzkie potoki ciągnące do teatrów. Wysoko zawieszone neony zapraszające na spektakle. Afisze budzące apetyt na kolejne rozrywki – te bardziej wysublimowane, wyśpiewywane, przeznaczone na ogół dla „białych kołnierzyków” i te bardziej pospolite, erotyczne, kierowane do pospólstwa, working class.
Ameryka lat dwudziestych dwudziestego wieku przyciągała bowiem swoją witalną naiwnością. Miała w sobie coś w rodzaju dziewictwa umysłowego. Była młoda, bezczelna i szybka. A przede wszystkim – stała.
Państwo dla swoich, czyli „klasa Epsteina”
Tucker Carlson w głośnym filmiku opisuje Amerykę, która przestała stać wyprostowana. System, który z definicji powinien chronić tych, którym służy, odwrócił się od własnego społeczeństwa.
Wedle Carlsona przywódca kraju ma za zadanie dbać o obywateli, a instytucje mają pracować na rzecz powszechnego dobrobytu, urzędnicy powinni podlegać tym samym regułom co reszta społeczeństwa. Tymczasem, twierdzi Carlson, państwo coraz częściej działa przede wszystkim dla tych, którzy nim zarządzają. Tworzy się nowa kasta uprzywilejowanych: lepiej opłacanych, odgrodzonych od szarzyzny codzienności.
W tym konkretnym momencie diagnoza Carlsona spotyka się z figurą Ameryki coraz mniej wyprostowanej. Pionowość załamuje się na naszych oczach. Budynki wciąż stoją, ale coraz więcej ludzi ma poczucie, że stoją pod nimi, przygnieceni przez system, który miał ich chronić. Zamiast wspólnoty pojawia się hierarchia, zamiast równych reguł – przywilej.
„Klasa Epsteina” – symbol bezkarności amerykańskich elit
Dla Carlsona emanacją bolesnego rozróżnienia na „doły” i „wyżyny”, na tych, których nie obowiązują „powszechne reguły” i na tych, którzy muszą się doń stosować „à la lettre” jest słynna kolacja w dystyngowanej restauracji French Laundry. Podczas COVID-owych restrykcji uczestniczył w niej ówczesny gubernator Kalifornii - Gavin Newsom.
– Mamy więc do czynienia z bardzo wyraźną degradacją systemu, który z czasem staje się coraz bardziej skorumpowany, a ci, którzy sprawują władzę, wykorzystują ją dla własnych korzyści, a także dla dobra swoich rodzin i przyjaciół. Ostatecznie zaczęto nazywać to „klasą Epsteina”, ponieważ dokładnie tym właśnie jest – podkreśla Carlson.
Określenie „klasa Epsteina” nie pochodzi jednak od Carlsona. Narodziło się pod koniec 2025 r., w samym środku politycznej batalii wokół tzw. „afery Epsteina”. Do języka amerykańskiej polityki wprowadził je kalifornijski demokrata i członek Izby Reprezentantów - Ro Khanna.
„Klasa Epsteina” zaczęła oznaczać coś więcej niż konkretną grupę ludzi. To figura transpartyjnej elity, ludzi stojących ponad podziałami politycznymi, których łączy przede wszystkim jedno: poczucie faktycznej bezkarności. Niezależnie od tego, czy noszą barwy republikanów, czy demokratów.
„Klasa Epsteina” łączy prawicę i lewicę
Właśnie tutaj pojawia się ciekawy paradoks. Sprawa Epsteina dostarczyła wspólnego języka dwóm populizmom, które zwykle stoją po przeciwnych stronach politycznej barykady. Lewica mówi o zamkniętej kaście uprzywilejowanych. Prawica, o skorumpowanych elitach, które stworzyły własny system immunitetu. Obie strony wskazują jednak na ten sam problem: istnieją ludzie, dla których reguły gry są inne.
Carlson próbuje ustawić się dokładnie w tym pęknięciu. Nie tyle między republikanami a demokratami, ile między tymi, którzy stoją na szczycie, a tymi, którzy mają poczucie, że coraz bardziej zsuwają się na dół.
Ameryka wyprostowana zaczyna się więc chwiać. A jej dawny pionowy majestat ustępuje miejsca pytaniu znacznie bardziej przyziemnemu: kto właściwie jeszcze stoi, a kto musi klęczeć przed systemem?
Sam fakt, że systemem rządzą ludzie dbający przede wszystkim o siebie, nie jest niczym nowym, stwierdza Carlson. Historia zna takich systemów aż nadto. Problem zaczyna się wtedy, gdy system traci zdolność reagowania na rzeczywistość. Kiedy przestaje działać, a zaczyna jedynie trwać.
Niemniej najbardziej zadziwiającą rewelacją, uważa dziennikarz, nie jest wsobność systemu amerykańskiej demokracji, stworzenie arystokratycznych koterii i nierówności w dostępie do zasobów.
Tucker Carlson ostrzega przed wojną nuklearną i kryzysem Ameryki
Według Carlsona Stany Zjednoczone pod przewodnictwem Trumpa coraz mniej potrafią odpowiedzieć na zagrożenia, które stoją tuż za drzwiami. A są to zagrożenia wyjątkowe, a nawet, by użyć nadużywanego sformułowania, „zagrożenia egzystencjalne”. Wojna nuklearna i sztuczna inteligencja – dwie technologie, które mogą należeć do najbardziej przełomowych, a zarazem najbardziej niebezpiecznych w całej znanej historii człowieka.
– Jeśli ten kierunek się utrzyma, zmierzamy więc w kierunku konfliktu nuklearnego, ponieważ dwa konflikty, jeden na Bliskim Wschodzie, drugi w Europie Wschodniej, na Ukrainie i w Iranie, nagle zaczynają się ze sobą w jakiś sposób splatać – przestrzega Carlson.
Nawiasem mówiąc, amerykańskie ruchy alt-right silnie powiązane z sukcesem wyborczym Donalda Trumpa, stały się inicjatorami renesansu myśli katastroficznych. Tacy myśliciele jak Curtis Yarvin albo Nick Land z konstatacji o „degeneracji systemu” i „schyłku cywilizacji” uczynili jądro swoich filozoficznych rozważań. Ten pierwszy ukuł nawet anagram o wymownym brzmieniu RAGE (z ang. wściekłość), czyli Retire All Gouvernement Employees („zwolnić wszystkich urzędników”).
Na zgliszczach dawnej administracji budowana ma zostać świetlana przyszłość pod przewodnictwem „szefa zarządu” odnowionego państwa. Jak pisał w głośnym artykule „List otwarty do progresywnych wolnomyślicieli”: „znajdźcie najlepszego szefa zarządu na świata i niech całkowicie steruje budżetem, politykami publicznymi i administracją”.
Yarvin idzie jeszcze dalej, sugeruje likwidację uniwersytetów i wolnej prasy. Natomiast Nick Land w mrocznych, filozoficznych wizjach kreśli świat upadku ludzkiej cywilizacji, rozpierzchnięcia jej w cybernetycznej machinerii.
Marzenie o powrocie do „dawnej Ameryki”
Czy Tucker Carlson marzy o nastaniu nowego, amerykańskiego superpaństwa przesiąkniętego kulturą korporacji przyszłości, futurystycznych państw-mrowisk rodem z mitologii z Cyberpunka? Nie. Można odnieść wrażenie, że marzy mu się powrót do dawnej i dumnej Ameryki. Jego dekalog naprawczy, by tak rzec, okazuje się niemilknącym dytyrambem na rzecz prostej Ameryki: krajobrazów z dzieciństwa, niepodrabialnego smaku coca-coli, ludzi uczciwych, prawych polityków, sprawiedliwych sędziów.
W nieuporządkowanych spostrzeżeniach komentatora wybija się poniekąd polityczna wizja. Wedle Tuckera bezpowrotnie mija nie tylko era samego Trumpa, lecz również tradycyjnego podziału na demokratów i republikanów.
– Innymi słowy, jeśli chce się zmienić społeczeństwo, trzeba przede wszystkim zapewnić wyborcom większy wybór przy urnach. Potrzebni są przywódcy, którzy chcą służyć obywatelom tego kraju, ponieważ naprawdę się o nich troszczą. A służba publiczna powinna wynikać właśnie z tej troski – grzmi Carlson.
Dług odbiera suwerenność
Po długich peregrynacjach myślowych dawna gwiazda stacji Fox News, przechodzi do enumeracji odnowionego dekalogu gwarantującego powrót do wielkich Stanów Zjednoczonych. Po pierwsze. Ameryka powinna być sprawiedliwa. Nie tylko powinna taka być. Więcej – została przecież powołana do istnienia właśnie po to. W tym, mówi Carlson, tkwi cały sens Ameryki: w przekonaniu, że państwo powinno być przede wszystkim sprawiedliwe wobec własnych obywateli.
– To jest klucz do wszystkiego – tłumaczy Carlson – Oczywiście stanowi on fundament naszego systemu sądownictwa. W pewnym momencie był również zasadą, która przyświecała naszym rozwiązaniom gospodarczym: jedni mieli zarabiać więcej, inni mniej, w zależności od swoich umiejętności czy pracy. Taki zawsze był cel. Ostatecznie jednak każdy pozostawał człowiekiem i zasługiwał na godność.
Sprawa Epsteina w dużej mierze okazała się kwintesencją braku sprawiedliwości. Oburzające okazały się jego przestępstwa, niepokojący zaś rozmiar jego powiązań ze światem biznesu i polityki do dziś nie został właściwie rozpoznany, ale wedle Carlsona, najbardziej bulwersujące było, że Epstein tak długo wymykał się amerykańskiemu systemowi sprawiedliwości. Niemal ostentacyjnie, w blasku fleszy i z pomocą całego establishmentu, wymykał się osądowi. Brak skutecznego i egalitarnego systemu sądowego stanowi istotne zachwianie jednego z fundamentalnych fundamentów amerykańskich mitów: prężność najdrobniejszych wspólnot z jednej strony oraz równość wobec prawa, z drugiej.
– Drugą rzeczą, której potrzebuje Ameryka, jest suwerenność. Co właściwie oznacza „suwerenność”? To wolność od zewnętrznych wpływów, prawo do podejmowania decyzji w imieniu własnego narodu i we własnym imieniu, bez dyktatu z zewnątrz. Suwerenność jest synonimem wolności – objaśnia Tucker Carlson.
Zmorą coraz bardziej duszącą Stany Zjednoczona jest postępujące uzależnienie i brak niezawisłej decyzyjności. Dla Carlsona atak na Iran oraz polityka COVID-owa dobitnie egzemplifikują utratę amerykańskiej suwerenności.
Carlson przesuwa pojęcie suwerenności z poziomu państwa na poziom jednostki. Człowiek zadłużony, przekonuje, nie jest w pełni wolny. Jeśli ktoś winien jest bankowi więcej niż może spłacić, w pewnym sensie oddaje mu część kontroli nad własnym życiem. Dług staje się więc nie tylko zobowiązaniem finansowym, ale również formą zależności, a nawet, w interpretacji Carlsona, współczesnego niewolnictwa.
W tej optyce szczególnie przewrotnie wygląda kult „dobrej historii kredytowej”. System przedstawia zadłużenie jako dowód wiarygodności i odpowiedzialności, podczas gdy Carlson odwraca perspektywę: im bardziej jesteś zadłużony, tym bardziej zależysz od instytucji finansowej. Człowiek, który miał być suwerenem, staje się klientem własnego długu.
W jego opowieści dług staje się więc kolejnym pęknięciem w figurze „Ameryki wyprostowanej”. Suwerenne państwo potrzebuje suwerennych obywateli. A obywatel, który całe życie spłaca bank, trudno uznać za człowieka stojącego całkowicie na własnych nogach.
American Dream przestaje działać
Carlson dodaje do swojej wizji Ameryki trzeci filar: produktywność. Kraj godny tego miana powinien wytwarzać, rzeczy pożyteczne, trwałe, piękne. Nie chodzi wyłącznie o PKB czy liczbę wyprodukowanych towarów. Chodzi o materialny ślad ludzkiej pracy. O coś, co można wziąć do ręki i powiedzieć: to ma sens, to poprawia życie, to jest po prostu piękne.
W tej opowieści ważne miejsce zajmuje sztuka. Dawniej, przypomina Carlson, ceniono ją właśnie dlatego, że była niepotrzebna. Nie musiała niczego produkować, przynosić zysku ani zwiększać wydajności. Wystarczało, że podnosiła człowieka na duchu. Była wartością samą w sobie.
Tymczasem ten sposób myślenia miał zniknąć. Praca coraz częściej nie służy już tworzeniu czegoś wartościowego, lecz zarabianiu pieniędzy na spłatę kolejnych zobowiązań. Człowiek pracuje więc nie po to, żeby coś zbudować, lecz żeby obsługiwać własny dług. Produkcja staje się elementem wielkiego mechanizmu zadłużenia.
Według sondażu „Wall Street Journal” z 2025 r. aż 70 proc. Amerykanów uważa, że „American Dream” „nie jest już wart zachodu” albo że „nigdy nie był tego wart”. To nie jest zwykłe rozczarowanie polityką. To zwątpienie w samą obietnicę, na której przez dekady budowano amerykańską tożsamość: że ciężka praca, talent i determinacja pozwalają człowiekowi awansować.
Do tego dochodzi jeszcze jeden symptom. W badaniu Gallupa przeprowadzonym z okazji 250. rocznici powstania Stanów Zjednoczonych duma narodowa spadła do 53 proc. – najniższego poziomu od ćwierćwiecza.
Bez jedności Ameryka zacznie się rozpadać
Nieoczywiste przypomnienie amerykańskiego dziennikarza – piękno. Ameryka, przekonuje, powinna być nie tylko bogata, silna i produktywna. Powinna być również miejscem, w którym dobrze się żyje. A więc miejscem zwyczajnie pięknym.
Carlson dodaje kolejny element swojej wizji Ameryki: zdrowie. I rozumie je szerzej niż tylko brak choroby. Chodzi o zdrowe ciało, ale również o zdrowie duchowe, o człowieka przytomnego, sprawnego, zdolnego do jasnego myślenia. W jego przekonaniu nie ma nic wstydliwego w tym, że społeczeństwo chce właśnie takich obywateli.
Carlson marzy również o Ameryce obustronnie uczciwej. Skoro państwo wymaga od obywatela prawdomówności, powinno samo podlegać dokładnie tej samej zasadzie. Dlatego Carlson proponuje prostą symetrię: jeśli kłamstwo wobec rządu jest przestępstwem, kłamstwo rządu wobec obywatela również powinno nim być.
W Carlsonowskim katalogu są inne oczywistości jak mądrość, optymizm oraz przyzwoitość. Przykuwa jednak uwagę ostatni dezyderat. Wezwanie do jedności. Ameryka musi być narodem nie tylko z nazwy. Amerykanie muszą czuć, że tworzą jeden lud, bo bez tego, przekonuje, nawet największe państwo zaczyna się rozpadać. Historia zna wystarczająco wiele przykładów państw, które przestały istnieć nie dlatego, że zabrakło im terytorium czy armii, lecz dlatego, że zabrakło im poczucia wspólnoty.
Ameryka nie ma oczywistej, organicznej tożsamości. Musi ją więc dopiero stworzyć. I właśnie od tego, zdaniem Carlsona, zależy jej przyszłość. Jedność nie jest stanem naturalnym, który można uznać za dany raz na zawsze. Jest projektem. A jeśli Ameryka chce nadal stać wyprostowana, musi najpierw znaleźć powód, dla którego jej mieszkańcy chcą stać razem.
Carlson „tożsamość amerykańską” przedstawia ją jako sprawę pilną, ale zarazem jako projekt. Nie jako coś, co Amerykanie już posiadają, lecz coś, co dopiero trzeba zbudować.
I być może właśnie tutaj znajduje się najważniejszy punkt całego wywodu. Carlson nie kończy na diagnozie kryzysu. Mówi: spróbujmy stworzyć na nowo wspólnotę, która będzie zdolna utrzymać państwo razem. To brzmi już nie jak kolejny konserwatywny komentarz, lecz jak polityczny program.
Czyżby nawoływał do stworzenia trzeciej partii albo przynajmniej przebudowy trumpizmu w jego wersji po Trumpie – lub bez Trumpa?
Céline’owski bohater zobaczył sto lat temu Amerykę wyprostowaną, pełną energii i wiary w przyszłość. Carlson widzi dziś Amerykę coraz bardziej leżącą pod ciężarem długu i podziałów. Jego dekalog jest próbą odpowiedzi na pytanie, jak ją ponownie postawić na nogi. Sprawiedliwość, suwerenność, praca, zdrowie, uczciwość i jedność mają przywrócić jej dawny pion. Tyle że Carlson, mówiąc o przyszłości, wciąż patrzy wstecz. Chce, by Ameryka znów stanęła wyprostowana, jak ta, którą sto lat temu zobaczył z pokładu statku Bardamu.


