Reklama
Reklama

Reklama

Od „no boots on the ground” do desantu?

Reklama
TYLKO NA

Po czterech tygodniach intensywnych nalotów na Iran Stany Zjednoczone zaczynają przygotowania do operacji lądowej. Rosnące koszty wojny, nieskuteczność kampanii powietrznej i nieustępliwość Teheranu zmuszają Waszyngton do rozważenia scenariusza, który Donald Trump dotąd publicznie wykluczał: wejścia amerykańskich żołnierzy na irańskie terytorium.

Atak USA na Iran.
Atak USA na Iran. (fot. Shutterstock)
  • Mimo tysięcy precyzyjnych uderzeń USA i faktycznej degradacji irańskiego potencjału wojskowego, Teheran nie podporządkował się żądaniom Waszyngtonu i nadal prowadzi ataki dronowe oraz rakietowe, utrzymując presję na region.
  • Koszty obrony oraz tempo zużycia amunicji przechwytującej i ofensywnej stają się dla USA poważnym problemem – produkcja m.in. Tomahawków nie nadąża za zapotrzebowaniem, a odtworzenie zapasów zajęłoby lata.
  • Kampania powietrzna nie przyniosła kluczowych celów politycznych: nie doszło do zmiany reżimu, zniszczenia zdolności rakietowych Iranu ani przejęcia jego zapasów wzbogaconego uranu, co wymusza rozważanie scenariuszy operacji lądowej.
  • Jednocześnie Iran eskaluje presję gospodarczą – blokując Cieśninę Ormuz i narzucając opłaty w juanach – oraz zachowuje gotowość do dalszego pogłębienia kryzysu m.in. poprzez potencjalne włączenie jemeńskich Huti, co może zagrozić globalnym szlakom handlowym.

Reklama

Przez ostatnie cztery tygodnie oczy światowej opinii publicznej skierowane są na Bliski Wschód oraz na konsekwencje dla gospodarki światowej wynikające z wojny koalicji amerykańsko-izraelskiej z Iranem. Pomimo zapewnień prezydenta USA Donalda Trumpa o „krótkiej wojnie”, według doniesień amerykańskich urzędników, wojna może potrwać nawet do dziewięciu miesięcy, których koszty mogą pochłonąć 200 mld dol.

Podczas trwającej „specjalnej operacji” byliśmy świadkami z wojskowego punktu widzenia, niemal perfekcyjnej operacji powietrznej przeprowadzonej przez Waszyngton we współpracy z Tel Awiwem. W trakcie tej kampanii wykonano ponad 10 tys. precyzyjnych, punktowych uderzeń, eliminując około 50 najwyższych przywódców politycznych i wojskowych. Równolegle prowadzono ataki na irańską marynarkę wojenną, niszcząc ponad 30 jej okrętów, a także kontynuując uderzenia na zdolności produkcyjne Iranu, stanowiska baterii rakietowych oraz magazyny broni.


Reklama

W ubiegłym tygodniu Donald Trump w jednym ze swoich wpisów stwierdził, że USA zniszczyły już „100 % irańskich zdolności”, wskazując na zakończenie wojny w najbliższych dniach. Jednak mimo tych deklaracji oraz faktycznej degradacji irańskiego potencjału wojskowego, Iran nie podporządkował się amerykańskim żądaniom. Używając skali amerykańskiego prezydenta, to pozostałe „0%” zdolności „długiej ręki” (pocisków rakietowych, dronów) Iranu, wciąż są wykorzystywane do ataków na państwa Bliskiego Wschodu.


Reklama

Jednocześnie narzucając warunki tranzytu przez Cieśninę Ormuz: blokując przepływ statków należących do USA, Izraela i ich sojuszników, a także wymusza opłaty za „bezpieczny” transport w wysokości 2 mln dol. Co istotne, opłaty te mają być regulowane nie w dolarach amerykańskich, lecz w chińskim juanie, co podważa fundament amerykańskiej dominacji ekonomicznej opartej na systemie petrodolara.

Pomimo ponad 10 tys. przeprowadzonych uderzeń oraz znacznych strat, irańska determinacja polityczna ani zdolności wojskowe nie zostały złamane. Co prawda częstotliwość ataków ze strony Teheranu wyraźnie spadła – obecnie obejmuje ona kilkanaście dziennych uderzeń rakietowych oraz kilkadziesiąt ataków dronami – to „0%” nadal zadaje straty. Dla porównania, w ciągu pierwszych 24 godzin konfliktu Iran wystrzelił jedynie w kierunku Zjednoczonych Emiratów Arabskich 67 rakiet (balistycznych i manewrujących) oraz 541 dronów.

NATO zwiększa wydatki na obronność. Mark Rutte pokazał nowy raport


Reklama

Koszt obrony przed irańskimi atakami w pierwszych 16 dniach konfliktu, jak wyliczył brytyjski „RUSI”, wyniósł około 26 mld dol. Należy jednak podkreślić, że szacunek ten opiera się na wartości wcześniej wyprodukowanej i zgromadzonej amunicji przechwytującej. Odtworzenie tych zapasów przy obecnych kosztach produkcji mogłoby być co najmniej dwukrotnie droższe.


Reklama

W tym kontekście ujawnia się jeden z kluczowych problemów USA: utrzymania operacji o podobnej intensywności ataków. Amerykańskie magazyny zaawansowanej technologicznie i wysublimowanej amunicji, najzwyczajniej w świecie kurczą się. Krajowy przemysł obronny nie jest w stanie nadążyć z ich uzupełnianiem. Już w ciągu pierwszych czterech dni operacji USA wraz z państwami Zatoki Perskiej wystrzeliły łącznie 943 pociski przechwytujące systemu Patriot – czyli tyle, ile konsorcjum Lockheed Martin/Boeing jest w stanie wyprodukować w ciągu około 18 miesięcy.

Podobna sytuacja dotyczy uzbrojenia ofensywnego. W pierwszych 16 dniach konfliktu USA użyły ponad 500 pocisków Tomahawk. Przy obecnym tempie produkcji ich odtworzenie zajęłoby do pięciu lat. Co prawda producent, firma RTX, zapowiedział w lutym zwiększenie produkcji do ponad 1000 pocisków rocznie do 2030 roku, jednak oznacza to, że realne zwiększenie zdolności potrzebuje czasu.

Straty poniesione przez USA pozostają relatywnie ograniczone i obejmują: 13 zabitych żołnierzy, utratę tankowca nad Irakiem, uszkodzenie myśliwca F-35, zestrzelenie trzech samolotów F-15 w wyniku ognia sojuszniczego kuwejckiej obrony przeciwlotniczej, utratę 11 bezzałogowców MQ-9 Reaper oraz zniszczenie części infrastruktury radarowej w regionie. Jednak należy zatem oddać Amerykanom, że operacja prowadzona jest z dużą precyzją i efektywnością – można powiedzieć, że przy użyciu „skalpela”.


Reklama

Jednak w ciągu czterech tygodni kampanii powietrznej USA nie zdołały osiągnąć swoich celów politycznych wojny. Nie doszło ani do zmiany reżimu w Iranie, ani do całkowitego zniszczenia irańskiego potencjału rakietowego, ani do przejęcia irańskich zapasów uranu wzbogaconego do poziomu 60 proc. Brak realizacji tych celów po raz kolejny pokazuje fundamentalną prawidłowość: działania prowadzą wojskowi, lecz wojny rozstrzygają politycy. O ich powodzeniu lub porażce decyduje bowiem zdolność do wyznaczania i osiągania realistycznych, a nie maksymalistycznych celów politycznych. Te postawił Donald Trump.


Reklama

Wobec obecnych działań, które USA prowadzą w sposób niezwykle efektywny i metodyczny, realizując intensywną kampanię powietrzną. Warto podkreślić, że tego rodzaju operacje nie stanowią novum w historii amerykańskich wojen. Odwołanie się do analogii historycznych może jednak rodzić poważne zagrożenia, potencjalnie prowadzące do błędnych decyzji strategicznych – zwłaszcza w obliczu ich głównej rywalizacji z Chinami.

W tym miejscu zasadne jest przywołanie 1991 r., a więc pierwszej fazy wojny w Zatoce Perskiej. Lądową operację „Pustynna Burza” poprzedziła wówczas pięciotygodniowa kampania powietrzna. Dopiero po jej zakończeniu, gdy zniszczono iracki system świadomości sytuacyjnej – obejmujący radary, obronę przeciwlotniczą, stacje radiowe oraz infrastrukturę łączności – rozpoczęto operację lądową. To ta operacja rozpoczęła serię wojen na Bliskim Wschodzie, kotwicząc tam amerykańską obecność wojskową na dekady.

Czy Iran ma jeszcze szansę wygrać? Andrzejczak i Dębski o możliwych scenariuszach


Reklama

W obliczu trwającej kampanii oraz niemożności realizacji przez Donalda Trumpa koncepcji „szybkiego zwycięstwa”, Iran wyraźnie demonstruje swoją nieustępliwość. Biorąc zatem pod uwagę stanowiska obu stron, mające w istocie charakter maksymalistyczny, można przewidywać, że w najbliższych dniach USA mogą zdecydować się na rozpoczęcie operacji lądowej. Oznaczałoby to odejście od dotychczasowych deklaracji Donalda Trumpa i członków jego administracji – „no boots on the ground”. W takim scenariuszu, podobnie jak w 1991 r., na terytorium Iranu mogliby pojawić się amerykańscy żołnierze.


Reklama

Desant na Iran

Wśród potencjalnych celów operacji lądowej wymienia się irańskie wyspy: Kharg, Abu Musa, a także działania zmierzające do izolacji irańskiego wybrzeża w rejonie Cieśniny Ormuz.

Rozpoczynając od wyspy Kharg, należy wskazać, że jest ona położona w północnej części Zatoki Perskiej, w odległości ok. 24 km od wybrzeża Iranu. Jej znaczenie ma charakter strategiczny, ponieważ obsługuje się na niej nawet 90 proc. irańskiego eksportu ropy naftowej. Potencjalny atak na tę wyspę miałby wyraźnie eskalacyjny charakter. Już samo jej istnienie stanowi istotne narzędzie presji wobec Iranu. Choć zarówno Izrael, jak i USA atakowały wcześniej irańską infrastrukturę energetyczną, dopiero po trzech tygodniach kampanii Amerykanie uderzyli w Kharg – przy czym celem nie była infrastruktura energetyczna, lecz znajdujące się tam instalacje wojskowe.

W scenariuszu operacji desantowej zakłada się możliwość zajęcia infrastruktury jako elementu nacisku negocjacyjnego wobec Iranu, którego stabilność gospodarcza w dużej mierze zależy od funkcjonowania tej wyspy. Jednocześnie podkreśla się, że mimo pozornej atrakcyjności tego celu, operacja wiązałaby się z bardzo wysokim poziomem ryzyka – zarówno militarnego, jak i politycznego dla samego Donalda Trumpa, przed którym stoją w tym roku wybory „połówkowe”.


Reklama

Z wojskowego punktu wykonalności, już sam etap podejścia sił desantowych przez Cieśninę Ormuz stanowiłby poważne wyzwanie. Wymagałby wcześniejszego rozpoznania i oczyszczenia torów wodnych z min, przy jednoczesnym narażeniu okrętów na zmasowane działania asymetryczne Iranu. Mogłyby one obejmować użycie dronów powietrznych i nawodnych, łodzi szturmowych oraz pocisków rakietowych. Nawet w przypadku skutecznego przejścia przez cieśninę konieczne byłoby uzyskanie pełnej dominacji w powietrzu oraz na całym akwenie Zatoki Perskiej.


Reklama

Sam desant najprawdopodobniej miałby charakter aeromobilny, z wykorzystaniem śmigłowców oraz samolotów Osprey, co umożliwiłoby szybkie zajęcie kluczowych elementów infrastruktury. Ograniczona głębokość obrony wyspy mogłaby sprzyjać powodzeniu pierwszej fazy takiej operacji, jednak utrzymanie kontroli nad jej obszarem stanowiłoby znacznie większe wyzwanie. Dodatkowo należałoby uwzględnić obecność około 20-tysięcznej ludności cywilnej pracującej przy terminalach naftowych, a także ryzyko wcześniejszego przygotowania terenu przez Irańczyków w postaci różnego rodzaju pułapek i umocnień.

W konsekwencji, choć przejęcie wyspy mogłoby czasowo podporządkować eksport irańskiej ropy naftowej i stworzyć potencjalną kartę przetargową w negocjacjach, jego realna wartość strategiczna pozostaje dyskusyjna. Iran, dysponując pozostałymi zdolnościami mógłby nie być skłonny do ustępstw, a sama operacja prowadziłaby raczej do dalszej eskalacji konfliktu, o czym poniżej.


Reklama

Wskazuje się, że alternatywne działania jak blokada wyspy – co w rzeczywistości ma już miejsce – mogłyby przynieść zbliżone efekty przy znacznie niższym poziomie ryzyka poniesienia strat dla Amerykanów.


Reklama

Były dowódca CENTCOM, generał Joseph Votel, odnosząc się do sił desantowych niezbędnych do przeprowadzenia takiej operacji, stwierdził: „Wyobrażam sobie, że na tak niewielkiej wyspie jak Kharg potrzebna byłaby siła wielkości batalionu piechoty morskiej lub wojsk lądowych, zdolna do realizacji tego zadania. Mówimy więc o około 800-1000 żołnierzach - mniej więcej takiej skali, być może nawet nieco mniejszej, ale raczej nieznacznie większej”.

Przejęcie Uranu

Aby jednak USA mogły ogłosić rzeczywisty sukces, konieczne byłoby osiągnięcie przynajmniej jednego z zakładanych celów strategicznych postawionych przed wybuchem wojny. Oprócz zmiany reżimu w Teheranie kluczowym postulatem, wielokrotnie powtarzanym przez Trumpa, pozostaje stwierdzenie: „Iran nie może posiadać broni jądrowej”.

Obok wcześniejszych działań polegających na niszczeniu zdolności Iranu do wzbogacania uranu – w tym bombardowań ośrodków w Isfahanie, Natanzie i Fordow podczas operacji „Midnight Hammer” – istotnym celem stałoby się przejęcie już wyprodukowanego materiału. Początkowo kwestia ta była przedmiotem negocjacji między USA a Iranem przed 28 lutego. Po wybuchu wojny w przestrzeni publicznej zaczęły jednak pojawiać się koncepcje jego przejęcia w drodze operacji specjalnej.


Reklama

Należy podkreślić, że tego rodzaju działanie zasadniczo różniłoby się od ataków na infrastrukturę. Byłaby to operacja znacznie bardziej złożona i wieloetapowa, obarczona wysokim ryzykiem i wymagająca zaangażowania znaczących zasobów. Wskazuje się, że lokalizacja składowanego materiału znajduje się w rejonie ośrodka nuklearnego Isfahan (według deklaracji amerykańskiego wywiadu: zniszczonego w zeszłym roku), położonego głęboko na terytorium Iranu – ponad 400 km od wybrzeża oraz w podobnej odległości od granicy z Irakiem. Oznaczałoby to konieczność przeprowadzenia operacji w głębi kraju i zapewnienia izolacji operacyjnej na rozległym obszarze.


Reklama

Wyzwanie nie ograniczałoby się jedynie do dotarcia na miejsce, lecz przede wszystkim do utrzymania obecności wojskowej w środowisku wrogim oraz trudnym górzystym terenie. Działanie niewielkich oddziałów SOF byłoby oczywiście niewystarczające. Dlatego niezbędne byłoby wsparcie większych sił zabezpieczających, rozbudowanego zaplecza logistycznego oraz stałej osłony powietrznej. Generał Joseph Votel ocenia, że oprócz sił specjalnych do realizacji takiej operacji potrzebne byłoby do 4 tys. żołnierzy, co oznaczałoby zaangażowanie sił na poziomie ponad brygady.

Dodatkowym wyzwaniem pozostaje charakter samego celu. Materiał jądrowy nie jest zasobem, który można szybko przejąć i ewakuować jak zakładników. Jego lokalizacja najprawdopodobniej jest ukryta, silnie zabezpieczona oraz celowo rozproszona. Sam proces identyfikacji, wydobycia i transportu wymagałby specjalistycznych zdolności oraz znacznego nakładu czasu.

W praktyce oznacza to, że operacja nie miałaby charakteru krótkotrwałego rajdu, lecz wieloetapowej operacji. W konsekwencji, choć przejęcie materiału rozszczepialnego mogłoby stanowić istotny sukces polityczny i strategiczny, realność takiego scenariusza w warunkach trwającego konfliktu pozostaje ograniczona.


Reklama

Dyslokacja sił

Powyższe scenariusze nie mają jednak charakteru czysto spekulacyjnego. Przed rozpoczęciem operacji powietrznej 28 lutego USA przez kilka tygodni koncentrowały w regionie Bliskiego Wschodu swoją „Wielką Armadę”, komponenty lotnicze oraz systemy obrony powietrznej. Obecnie, od około dwóch tygodni, obserwuje się przerzut do regionu sił zdolnych do przeprowadzenia ów operacji lądowej.


Reklama

Oznacza to, że do ok. 50 tys. żołnierzy stale stacjonujących w państwach Zatoki Perskiej dołącza się pełnowymiarowy komponent ekspedycyjny zdolny do realizacji operacji desantowych.

Trzon tych sił stanowią dwie morskie grupy ekspedycyjne piechoty morskiej: 31. oraz 11. Marine Expeditionary Unit – wraz z przypisanymi im grupami okrętów desantowych (USS Tripoli oraz USS Boxer). Łącznie liczą one do 9 tys. marines i marynarzy. Kluczowe jest zaznaczenie, że to one dysponują pełnym przekrojem zdolności niezbędnych do realizacji scenariusza zajęcia irańskiego wybrzeża.

Nowy dowódca GROM. Płk Krzysztof „Komar” Mila przejmuje jednostkę


Reklama

Równolegle przerzucany jest komponent 82. Dywizji Powietrznodesantowej, obejmującej elementy jej dowództwa oraz bataliony 1. Brygadowej Grupy Bojowej pełniącej funkcję Sił Natychmiastowego Reagowania, zdolnych do rozmieszczenia na całym świecie w czasie nie dłuższym niż 18 godzin. W powyższych scenariuszach, takie jednostki mogłyby zostać wykorzystane właśnie do zabezpieczenia operacji, gdzie w pierwszym rzucie byłoby to około tysiąca żołnierzy. Jednak zatwierdzone plany przewidują użycie nawet 3 tys. spadochroniarzy, zdolnych do szybkiego wzmocnienia przyczółka oraz przejęcia kontroli nad kluczowymi obszarami.


Reklama

W efekcie USA stworzyły w regionie zgrupowanie zdolne nie tylko do demonstracji siły, lecz także do przeprowadzenia realnej operacji lądowej. Całość tych działań wskazuje, że plany przygotowania pola walki na lądzie, mogą wejść w fazę realizacji.

Irański as w rękawie

Problem polega jednak na tym, że Iran nie pozostaje bierny wobec amerykańskiej eskalacji. Wciąż dysponuje środkami pozwalającymi na zadawanie dotkliwych strat – nie tylko Amerykanom, ale przede wszystkim gospodarce światowej. Kluczowym narzędziem pozostaje demonstrowana możliwość ataków na państwa Zatoki Perskiej oraz zablokowanie Cieśniny Ormuz, przez którą przepływa około 20 proc. globalnego eksportu ropy naftowej.

Zasobem, który wciąż nie został wykorzystany przez Iran – można powiedzieć, swoistym asem w rękawie Teheranu – pozostają jemeńscy Huti. Choć ich przywódcy deklarują gotowość przystąpienia do wojny, od czterech tygodni przyjęli oni postawę wyczekującą. Co w istocie jest instrumentem nacisku na Amerykanów stanowiącym o twardym elemencie strategii odstraszania Iranu.


Reklama

Groźba ich włączenia się do konfliktu oznaczałaby jego rozszerzenie na Morze Czerwone i Zatokę Adeńską, a w konsekwencji faktyczne zablokowanie Cieśniny Bab al-Mandab – południowego wejścia do Kanału Sueskiego. Przez tę kluczową arterię morską przepływa około 12-15 proc. światowego handlu, a w przypadku transportu kontenerowego udział ten może sięgać nawet 25-30 proc.


Reklama

Jednocześnie, po ograniczeniu przepływu około 20 proc. globalnego eksportu ropy naftowej w Zatoce Perskiej, ewentualna blokada Cieśniny Bab al-Mandab mogłaby objąć dodatkowe około 5 proc. światowego morskiego handlu ropą. Należy przy tym podkreślić, że w ciągu ostatnich czterech tygodni znaczenie tego szlaku dodatkowo wzrosło. W wyniku blokady Cieśniny Ormuz przez Iran, Arabia Saudyjska przekierowała część swojego eksportu ropy do portu Yanbu nad Morzem Czerwonym. W efekcie eksport z tego portu wzrósł z około 750 tys. baryłek dziennie do blisko 3 mln baryłek.

W konsekwencji, jeśli scenariusz włączenia się Huti do konfliktu się zmaterializuje, Stany Zjednoczone mogą stanąć w obliczu strategicznego przeciążenia i kolejnego ryzyka ugrzęźnięcia w regionie.

GROUND ZERO #113 CZY IRAN MA SZANSE SIĘ OBRONIĆ?


Reklama

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny

Reklama