
Wybory połówkowe w USA były o gospodarce. Od miesięcy Amerykanie zmagają się z wysokimi rachunkami i rosnącymi kosztami życia. Teraz to oni wystawili rachunek Donaldowi Trumpowi – i jest to rachunek słony. – Hasło Billa Clintona pozostaje wciąż aktualne – komentuje w rozmowie z Zero.pl analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, Piotr Dzierżanowski.
- Cząstkowe wyniki wyborów połówkowych w USA wskazują na to, że Partia Demokratyczna zdobędzie większość zarówno w Senacie, jak i w Izbie Reprezentantów.
- Koszty życia, realne dochody obywateli, inflacja – te tematy zaprzątały głowy Amerykanów, którzy szli do urn.
- Zmiana barw w Kongresie USA to efekt swoistego referendum nad polityką prezydenta, bo taki charakter mają wybory połówkowe w USA – mówi Zero.pl analityk Piotr Dzierżanowski.
„Gospodarka, głupcze!” – hasło Jamesa Carville'a, głównego stratega kampanii wyborczej Billa Clintona w 1992 r., wraca dziś jak bumerang. Wybory połówkowe w USA pokazały po raz kolejny, że portfele obywateli są czynnikiem, który może przesądzić o ostatecznej decyzji głosujących, niezależnie od burzliwych dyskusji światopoglądowych w mediach czy głośnych afer.
Śledź naszą relację z wyborów w USA: Koniec dominacji Trumpa. „Ziobro przynosi pecha” [RELACJA NA ŻYWO]
– Hasło Billa Clintona pozostaje wciąż aktualne – mówi Zero.pl Piotr Dzierżanowski, analityk ds. międzynarodowych stosunków gospodarczych w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (PISM). – Dane z amerykańskiej gospodarki, choć niektóre wyglądają niekorzystnie, nie są tragiczne, a gospodarka USA na poziomie makro nie jest pogrążona w kryzysie. To, w jaki sposób obecna sytuacja ekonomiczna jest odczuwana przez wyborców i jak te kwestie zostały spolitycyzowane, wpłynęło jednak na wydarzenia ostatniej nocy.
Ekspert: Wybory połówkowe były referendum nad polityką Trumpa
W sondażu Reuters/Ipsos z 2 listopada (pokazał on poparcie dla działań Trumpa na poziomie 32 proc., blisko najniższego wyniku w historii), ok. 78 proc. wyborców stwierdziło, że rosnące koszty utrzymania będą dla nich bardzo ważną lub najważniejszą kwestią przy podejmowaniu decyzji o tym, na kogo oddać głos. Zapytani o to, która partia lepiej radzi sobie z tym problemem, ankietowani wskazywali w większym stopniu na demokratów (43 proc. wskazań w porównaniu z 32 proc. wskazań dla republikanów).
– Pamiętajmy przy tym, że amerykańska scena polityczna jest w ogóle dość mocno
spolaryzowana – dodaje Piotr Dzierżanowski. – Donald Trump ma wiele problemów i pod jego adresem wysuwane są różne zarzuty. Jego druga kadencja jest zupełnie wyjątkowa i nacechowana działaniami nieprzewidywalnymi, jednak to chyba nie one zaważyły na podejściu wyborców. Trump był przecież kontrowersyjny już wtedy, kiedy wygrywał w 2024 r. i to się nie zmieniło.
– Wybory połówkowe są jednak swoistym referendum nad polityką prezydenta, czy też raczej plebiscytem – zauważa analityk. – Trump sam wpisał się mocno w przedwyborczy krajobraz: angażował się w kampanię kandydatów republikańskich, wcześniej w prawybory.
Co spędza sen z powiek konsumentom w USA?
Ekspert PISM nie ma wątpliwości, że na sentyment Amerykanów w ogromnym stopniu wpływa inflacja. Wrzesień, z którego pochodzą najnowsze dane na ten temat, przyniósł dalszy wzrost wskaźnika cen konsumenckich: do 3,7 proc. w ujęciu rocznym wobec 3,4 proc. w sierpniu i lipcu. Cel inflacyjny amerykańskiego banku centralnego, czyli Rezerwy Federalnej (Fed), to tymczasem 2 proc.
– Gdzie są główne problemy amerykańskiego wyborcy? To przede wszystkim kwestia kosztów życia. Ona była istotna już w 2024 r., kiedy Trump wygrał, a Biden przegrał. Republikanie podkreślali wtedy wysoką inflację, co oczywiście miało związek z covidem, a potem wzrostem kosztów energii po agresji Rosji na Ukrainę. Ten wzrost inflacji nie podobał się wyborcom, więc zagłosowali za zmianą władzy dwa lata temu. Dziś te problemy pozostają aktualne.
Piotr Dzierżanowski, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych
– Przede wszystkim rosną ceny energii, a te są ważne w każdych amerykańskich wyborach i w amerykańskim myśleniu o świecie w ogóle – mówi Piotr Dzierżanowski. W górę idą koszty ogrzewania domów czy energii elektrycznej. Mocno rosną ceny benzyny, a pamiętajmy, że samochody pełnią ważniejszą rolę w kulturze USA niż w kulturze europejskiej. To wielki kraj ze słabo rozwiniętym transportem publicznym na wielu obszarach, przez co samochód jest w wielu miejscach niezbędny, by dojechać do pracy. Droższa benzyna to realny wzrost codziennych kosztów funkcjonowania.
Wyższe ceny paliw rozlały się też oczywiście na całą gospodarkę, na koszty transportu towarów czy produkcji przemysłowej. Podwyższona inflacja pozostaje problemem – a na domiar złego rośnie ona szybciej niż płace, co powoduje realny spadek siły nabywczej.
– Kolejną istotną kwestią dla Amerykanów jest dostęp do kredytu, który przez wiele lat był tani – wskazuje analityk PISM. – Jednak wielkie inwestycje w AI i rozbudowa centrów danych sprawiły, że giganci technologiczni zaczęli w większym stopniu rywalizować o finansowanie, zwiększając konkurencję o kredyt a w efekcie jego koszt. Do tego dochodzą same stopy procentowe, które pozostają wysokie ze względu na politykę Fed, walczącego w ten sposób z inflacją. Amerykański wyborca mógł łatwo połączyć kropki: Trump wskazał nowego szefa Fed, Kevina Warsha, który miał spełnić jego oczekiwania dotyczące obniżek stóp, ale tak się nie stało. W związku z tym Amerykanie mogą przypisywać Warshowi, jako „człowiekowi Trumpa”, a w konsekwencji także samemu Trumpowi, wywindowanie kosztów kredytu. Miliony Amerykanów spłacają kredyty hipoteczne i co miesiąc muszą zmagać się z wyższymi ratami. Dodatkowo, ponieważ Trump otwarcie popiera rozwój AI, może być łączony także ze wzrostem kosztów pożyczek ze względu na duże inwestycje w tym sektorze.
– Podobnie zresztą Amerykanie łączą wzrost cen benzyny z rozpoczęciem wojny w Iranie, która sama w sobie też mocno polaryzuje scenę polityczną – wylicza rozmówca Zero.pl. – Wyborcy łączą też przyczynę ze skutkiem, jeśli chodzi o politykę celną administracji Trumpa i pamiętają, że słynny „dzień wyzwolenia” skutkował wzrostem niepewności biznesowej i niewielkim, ale zauważalnym w statystykach wzrostem inflacji.
Pesymizm wyborców uderzył w Trumpa
Wskaźnik nastroju amerykańskich konsumentów, mierzony przez Uniwersytet w Michigan i pilnie śledzony przez ekonomistów, jest obecnie na najniższym poziomie od pięciu miesięcy (mimo iż pod koniec października został skorygowany w górę do poziomu 48,0 pkt. wobec pierwotnego odczytu 46,3 pkt.). Siła nabywcza pozostaje kluczowym czynnikiem kształtującym postrzeganie gospodarki przez obywateli. Obecny poziom nastrojów z tym związanych jest o 10 proc. niższy niż przed rokiem i o 15 proc. niższy niż w lutym, czyli tuż przed wybuchem wojny USA i Izraela z Iranem.
Czytaj także: Trump podjął decyzję ws. Izraela. „Przestaniemy dawać im pieniądze”
– W jednym z ostatnich przedwyborczych sondaży kwestie gospodarcze zostały uznane za najważniejsze przez 39 proc. wyborców, a dwie trzecie głosujących wyraziło opinię, że polityka Trumpa doprowadziła do pogorszenia sytuacji gospodarczej – zwraca uwagę Piotr Dzierżanowski. – Podobnie ponad 60 proc. obwiniło prezydenta za wzrost cen. Partii republikańskiej ciężko było w tej sytuacji utrzymać przewagę narracyjną. W efekcie w wielu okręgach wynik wyborczy, jaki uzyskali, jest o kilka–kilkanaście procent niższy niż wynik Donalda Trumpa z wyborów prezydenckich sprzed dwóch lat w tych samych miejscach.

