
NBP będzie działał bez żadnych zakłóceń nawet w niepełnym, z punktu widzenia ustawy, składzie Zarządu – mówi Zero.pl prof. Grażyna Ancyparowicz, członek Rady Polityki Pieniężnej w latach 2016-2022, a obecnie doradca prezesa NBP. Odpiera zarzuty o finansowanie przez bank centralny budżetu w okresie pandemii, które znalazły się we wniosku o Trybunał Stanu dla Adama Glapińskiego. – Przegłosowanie przez Sejm takiego wniosku nie powoduje żadnych następstw prawnych – stwierdza.
Katarzyna Dybińska, Zero.pl: Czy 5 listopada rano Narodowy Bank Polski będzie w ogóle działał?
Prof. Grażyna Ancyparowicz, doradca prezesa NBP, członek Rady Polityki Pieniężnej w latach 2016-2022: Oczywiście. Bank będzie działał bez żadnych zakłóceń. Nawet w niepełnym, z punktu widzenia ustawy o NBP, składzie Zarządu.
Ustawa o NBP mówi, że zarząd banku centralnego składa się z prezesa i 6–8 członków, w tym dwóch wiceprezesów. 4 listopada o północy wygasa kadencja II wiceprezesa Adama Lipińskiego. Następcy brak. Kadencja I wiceprezes Marty Kightley wygasła w marcu, czyli 5 listopada będziemy mieć pięciu członków zarządu i żadnego wiceprezesa.
Uściślijmy najpierw jedną rzecz. Do przegłosowania decyzji, zgodnie z Regulaminem prac Zarządu, wystarczy zwykła większość głosów, nie jest wymagane kworum. Nie ma więc ryzyka, że z powodu niepełnego składu Zarządu NBP nasz bank centralny nie będzie w stanie sprawnie realizować swego mandatu.
To dlaczego od miesięcy dyskutujemy o braku kworum w zarządzie i możliwym paraliżu NBP?
Niewykluczone, że jest to element batalii o przejęcie NBP z naruszeniem jego autonomii instytucjonalnej, personalnej, finansowej i materialnej gwarantowanej w Konstytucji RP, art. 130 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej i w Statucie Europejskiego Systemu Banków Centralnych. Suflowane (jak sądzę) przez niektórych doradców Pana Premiera nadzieje na wprowadzenie zarządu komisarycznego do banku centralnego są iluzoryczne wobec konstytucyjnego statusu NBP jako autonomicznej instytucji, de facto sprawującej władzę monetarną.
Ale chyba jednak nie możemy powiedzieć, że żadnego problemu nie ma?
Oczywiście, brak pierwszego zastępcy i niepełny skład Zarządu utrudnia pracę, przede wszystkim Prezesowi, nie tylko z powodu zwiększenia liczby nadzorowanych departamentów, ale także z uwagi na ogrom obowiązków przypisanych do tego stanowiska. Trudno jest godzić obowiązki organu NBP (Prezes jest bowiem organem łączącym w spójną całość RPP i Zarząd) z bieżącym kierowaniem departamentami, nie posiadając żadnego zastępcy.
Czytaj także: Nadciąga paraliż NBP? Po neosędziach grożą nam neokredyty
Również pozostali członkowie Zarządu musieli przejąć nadzór nad większą niż dotychczas liczbą departamentów, co stanowi dodatkowe obciążenie obowiązkami. Nie mam jednak wątpliwości, że nawet w takich warunkach NBP będzie działał równie sprawnie i skutecznie. Pracownicy NBP słyną z bardzo wysokich kompetencji, doskonale znają wszelkie procedury, funkcje, zadania i wymogi przypisane bankowości centralnej, są znakomicie przygotowani merytorycznie do powierzonych im obowiązków, większość z nich jest związana z NBP od stażu aż po emeryturę, a więc prawie przez całe aktywne życie zawodowe.
Czyli nie ma obaw, że decyzje Rady Polityki Pieniężnej dotyczące stóp procentowych nie zostaną wdrożone?
Oczywiście, że nie. Nie będzie żadnych opóźnień. Decyzje Rady wykonuje Zarząd i jest to normalna procedura, niezależna od tego, czy organ ten pracuje w pełnym, czy niepełnym składzie.
Przyznam, że dziwi mnie ta cała sytuacja. W zarządzie są obecnie wakaty, w perspektywie kilku miesięcy pojawią się kolejne. Gdybym była premierem, próbowałabym wprowadzić do Zarządu swoich kandydatów, zwłaszcza że dwie spośród proponowanych przez Prezydenta RP osób pochodzą ze środowisk bliskich ideowo i mentalnie Panu Premierowi.
Wróćmy do wakatów w zarządzie. Dlaczego Premier nie złożył kontrasygnaty pod wnioskiem o ich obsadzenie?
A to już pytanie do Pana Premiera. Mogę jedynie powiedzieć, że obstrukcja wobec wniosku Prezydenta RP szkodzi wizerunkowi Polski, podważa wiarygodność naszego kraju wobec inwestorów. Już skutkuje to spadkiem notowań naszej waluty, co z kolei generuje coraz wyższe koszty obsługi długu.
Podobno kompromis co do obsady wakatów był już blisko, tylko pomysł SAFE 0 proc. doprowadził do zerwania porozumienia.
Nic mi na ten temat nie wiadomo. Jestem zdumiona poziomem braku profesjonalizmu osób wypowiadających się publicznie na ten temat. Złoto jest rezerwą na najbardziej kryzysowe sytuacje, więc w żadnym przypadku nie może być użyte na cele bieżące, takie jak zakup uzbrojenia czy finansowanie deficytu sektora rządowego.
Polska ma obecnie bardzo duże zasoby złota, dzięki inwestycjom NBP. Znaczna część tych zasobów, w oczekiwaniu na zakończenie budowy nowego, spełniającego wszystkie wymogi skarbca, jest przechowywana w Londynie i Stanach Zjednoczonych. W szczególności w Londynie funkcjonuje największa giełda kruszców, na której dokonują zakupów m.in. banki centralne.
SAFE 0 proc. był projektem, w którym kluczową rolę miałaby odgrywać tzw. krótka sprzedaż. Niedawno tego typu operację na złocie przeprowadził bank centralny Francji. Najogólniej rzecz ujmując, operacja taka polega na pożyczeniu kruszcu (lub opartego na nim kontraktu) i natychmiastowej sprzedaży na giełdzie z zamiarem odkupienia w przyszłości po niższej cenie. Nie naruszałoby to zatem naszych zasobów złota. Zysk z takiej transakcji nie może jednak finansować deficytu budżetowego (zakazuje tego zarówno prawo europejskie, jak polskie), natomiast – pod pewnymi warunkami – może zasilić fundusz celowy, w szczególności Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych.
I w ujęciu prawnym wszystko byłoby w porządku?
Tak, bo nie mówimy o sprzedaży złota i przekazaniu go komukolwiek, lecz o przeprowadzaniu transakcji rynkowych, które przynosiłyby dodatkowy zysk. Należy taki zysk odróżnić od zysku z niezrealizowanych różnic kursowych, a także odróżnić od zwykłego zysku banku centralnego, którego 95 proc. jest przekazywane do budżetu państwa.
W Pani ocenie nad merytoryczną oceną tej propozycji przeważyła polityka?
Jeżeli polityka partyjna i interes partii dominuje nad dobrem wspólnym i bezpieczeństwem współobywateli, to mam nadzieję, że po wyborach osoby, które blokują dobre dla nas wszystkich ustawy, przestaną być parlamentarzystami. Odnoszę jednak wrażenie, że niechęć do projektu ustawy Prezydenta RP wynika także z braku zrozumienia technicznego mechanizmu tej operacji. Wśród polityków bardzo niewiele osób – nawet jeśli mają dyplom ekonomisty – rozumie mechanizmy funkcjonowania rynków finansowych.
Wrócę do tego, co mówiła Pani o Regulaminie prac Zarządu NBP. To jest dokument wewnętrzny, ale przecież jest też ustawa o NBP. Czy w banku centralnym nie ma obaw, że właśnie w świetle zapisów ustawy legalność działania zarządu będzie kwestionowana, w związku z brakiem wymaganej liczby członków?
Ustawa nie przewiduje, aby taki stan rzeczy mógł podważyć decyzje Zarządu. Poza tym nie jest winą NBP – jeśli w ogóle można tu użyć takiego sformułowania – że te wakaty nie zostały w porę obsadzone. To jest konsekwencja sporu politycznego i kompetencyjnego pomiędzy Prezydentem RP a Premierem.
Jak kosztowny może być ten problem dla gospodarki? Ekonomiści Commerzbanku w niedawnej analizie napisali, że inwestorzy zwracają uwagę na niepewność co do obsady zarządu NBP i że to ciąży złotemu. Pani podziela tę optykę?
Oczywiście. Całkowity zagraniczny dług Polski (w przeliczeniu na euro) wynosi ok. 519 mld euro, z czego około 221 mld euro przypada na sektor publiczny, ok. 202 mld euro na sektor bankowy i pozostałe instytucje finansowe, a ok. 96 mld euro na przedsiębiorstwa niefinansowe. Oznacza to, że osłabienie złotego wobec euro o 1 proc. (o 4 grosze) już zwiększyło nominalną wartość całego zagranicznego zadłużenia o około 23-25 mld zł.
Gdyby sytuacja taka utrzymała się, przy założeniu, że średni koszt obsługi zagranicznego długu wynosi około 3,5 proc. rocznie dla sektora publicznego i 4,5 proc. dla sektora prywatnego oraz instytucji finansowych, osłabienie złotego zwiększałoby roczne koszty obsługi zadłużenia o ok. 340 mln zł dla sektora publicznego oraz 620 mln zł dla sektora prywatnego i finansowego. Ponadto, przeliczony według nowego kursu, dług publiczny w walutach obcych wzrósłby o ok. 10-12 mld zł , co przybliżyłoby – bez zaciągania nowego długu – relację długu publicznego do konstytucyjnych progów ostrożnościowych.
A jak Pani ocenia jeden z głównych zarzutów formułowanych wobec prezesa NBP we wniosku o Trybunał Stanu, czyli finansowanie budżetu państwa w czasie pandemii?
Przede wszystkim: decyzje podejmowane przez Radę Polityki Pieniężnej w 2020 r. wynikały z obawy przed deflacją, co potwierdzają ogólnie dostępne na stronie NBP komunikaty po posiedzeniach Rady. Ta motywacja była wyraźnie artykułowana przez wszystkich członków RPP, podobnie jak w komunikatach innych banków centralnych, w tym Fed i Europejski Bank Centralny.
NBP nie finansował budżetu państwa kredytem, ani nie nabywał obligacji od emitentów (Skarbu Państwa, PFR, BGK). Dla wzmocnienia mechanizmu transmisji monetarnej, obok instrumentów oddziałujących na krótkoterminową cenę pieniądza, użył bilansu, przeprowadzając w ramach strukturalnych operacji otwartego rynku skup rządowych obligacji i obligacji gwarantowanych przez Skarb Państwa. Jest to narzędzie kształtowania długoterminowej ceny pieniądza, czyli długoterminowej stopy procentowej, stosowane przez wszystkie banki „celujące w inflację”. Notabene, w Polsce skala strukturalnych operacji otwartego rynku była stosunkowo niewielka, nie przekraczała łącznie 7,5 proc. polskiego PKB, podczas gdy w Unii Europejskiej było to średnio ok. 19 proc. PKB, w Stanach Zjednoczonych ok. 30 proc. PKB, a w Wielkiej Brytanii ok. 40 proc. PKB.
Perspektywa deflacji budziła aż takie obawy?
Deflacja jest takim samym albo nawet większym zagrożeniem dla stabilności makroekonomicznej, jak umiarkowanie podwyższona, przekraczająca cel banku centralnego, inflacja konsumencka. Deflacja oznacza, że przedsiębiorstwa nie są w stanie sprzedać tego co wyprodukowały, nawet jeśli redukują ceny do poziomu poniesionych kosztów lub jeszcze niżej. W konsekwencji mamy lawinę upadłości, zwłaszcza małych przedsiębiorstw, czego następstwem jest ogólne ograniczenie aktywności gospodarczej, skutkujące wielomilionowym bezrobociem i nędzą. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w początkach lat 90., minionego wieku, a potem – choć w mniejszym wymiarze – w latach 2009-2015. Kryzys pandemiczny byłby równie dotkliwy w skutkach, przed czym przestrzegały wszystkie światowe organizacje.
Czyli udział banków komercyjnych w finansowaniu potrzeb pożyczkowych państwa nie był w istocie pośrednią monetyzacją długu?
Oczywiście, że nie. Nieprzypadkowo, zgodnie z naszą Konstytucją i prawem europejskim, politykom nie nadano kompetencji prawnych, umożliwiających ingerencję w działalność organów banku centralnego. Autorzy wniosku o postawienie Prezesa NBP przed Trybunałem stanu publicznie udowodnili, że mylą pojęcia „pieniądz z helikoptera” i monetyzacja długu z luzowaniem ilościowym. Pierwsze oznacza kredytowanie przez bank centralny budżetu państwa, drugie – skup rządowych papierów dłużnych na rynku pierwotnym.
Luzowanie ilościowe to sposób na transmisję decyzji RPP do realnej gospodarki, której grozi deflacja z uwagi na brak efektywnego popytu. W czasie kryzysu panuje bezrobocie, maleją wpływy do budżetu. Od czasów Keynesa minister finansów musi w takiej sytuacji pozyskać pieniądze na działania osłonowe. Sprzedaje zatem obligacje. W gruncie rzeczy pożycza pieniądze od banków i innych podmiotów rynku finansowego. Inwestorzy, wykorzystując sytuację, mogliby stawiać wygórowane żądania co do rentowności takiej operacji. Natomiast, jeśli bank centralny ogłasza, że jest gotów odkupić niskooprocentowane dłużne papiery wartościowe, inwestorzy są skłonni obniżyć swoje oczekiwania, wiedząc że mogą odsprzedać bankowi centralnemu nabyte walory, nie czekając na termin ich wykupu.
Przy okazji warto przypomnieć, że decyzje dotyczące wypełniania mandatu NBP są zawsze podejmowane zbiorowo. Głos Prezesa liczy się tak samo (z wyjątkiem remisu), jak pozostałych członków RPP i Zarządu.
Zarzuty dotyczące działań NBP są jednak bardzo poważne, a o ewentualnym postawieniu Prezesa przed Trybunałem Stanu będą decydować parlamentarzyści. Czy Pani zdaniem rozumieją oni mechanizmy, których dotyczą te zarzuty?
Znam te zarzuty, byłam również na tę okoliczność przesłuchiwana w Prokuraturze Krajowej, co (nawiasem mówiąc) jest naruszeniem instytucjonalnej autonomii NBP, podobnie jak ingerencja Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej w działalność organu NBP, jakim jest Prezes. To nie są zarzuty, lecz fałszywe wyobrażenia niekompetentnych lub nieżyczliwych osób, oparte na zeznaniach świadków, którzy nie uczestniczyli bezpośrednio w procesie decyzyjnym dotyczącym luzowania ilościowego. Łatwo to sprawdzić w Monitorze Polskim albo wchodząc na stronę internetową NBP.
Czy ewentualne przegłosowanie przez Sejm wniosku o postawienie prezesa NBP przed Trybunałem Stanu oznaczałoby automatyczne zawieszenie go w obowiązkach?
Przegłosowanie przez Sejm takiego wniosku nie powoduje żadnych następstw prawnych, jest bowiem sprzeczne z wyrokami Trybunału Konstytucyjnego, stanowiskiem EBC i Komisji Europejskiej, w kwestii autonomii organów banku centralnego i osób wchodzących w skład tych organów. Oficjalne stanowisko stanowiące odpowiedź na formułowane przez Komisję zarzuty jest zawarte w broszurze wydanej i przekazanej przez NBP posłom i senatorom. Polecam wszystkim osobom zainteresowanym sporem kompetencyjnym pomiędzy Sejmem, rządem a NBP tę publikację.
Czytaj także: Nawrocki pokrzyżował plany Tuska? Politolog kreśli cztery możliwe scenariusze
Mam wrażenie, że dystans wobec sporu między rządem a NBP zachowuje minister Andrzej Domański. A jaka jest Pani ocena?
Minister finansów z pewnością wie, jak funkcjonuje mechanizm rynku finansowego, toteż zachowuje się powściągliwie i mądrze nie wdając się w spory kompetencyjne. Przypuszczam, że ma dosyć własnych problemów, obsługując covidowe długi, na które dodatkowo nakładają się fatalne dla budżetu państwa skutki ustawy z 1 października 2024 r. o finansowaniu samorządów. Beneficjentami tej ustawy są budżety wielkich miast, ze szkodą dla powiatów i gmin. Nawiasem mówiąc ustawa ta rykoszetem uderzyła w szpitale powiatowe, pogłębiając kryzys w ochronie zdrowia. Jest to jednak temat na kolejne spotkanie.
Może zainteresuje Cię także:

