Jeśli ktoś uważał, że mecz o trzecie miejsce jest na mundialu niepotrzebny, to niechciane dziecko postanowiło mu udowodnić, że jest w wielkim błędzie. Kibice dostali widowisko, od którego nawet na sekundę nie dało się oderwać. Groziło to bowiem przegapieniem gola. Anglia zdobyła brązowy medal, pokonując Francję 6:4. Oba zespoły wyglądały, jakby kontrolę nad nimi przejęło dwóch nastolatków w zmaganiach na konsoli do gier.

Miny Didiera Deschampsa i Thomasa Tuchela po ostatnim gwizdku mówiły wszystko. Szok. Obaj selekcjonerzy nie mogli uwierzyć w to, co zobaczyli, a przecież widzieli w życiu dużo. Francuz żegnał się tym spotkaniem z reprezentacją i choć wolałby to zrobić z medalem na szyi, to z całą pewnością jego ostatni taniec na długo zostanie w naszej pamięci. O tym starciu będzie się opowiadać w angielskich pubach i francuskich kafejkach miesiącami.
Z kolei Niemiec na stanowisku trenera Anglii mógł odetchnąć z ulgą. Przed rozpoczęciem spotkania część widzów go wygwizdała. To pokłosie obarczania go winą za słabą końcówkę przeciwko Argentynie i utracone szanse na złoto. Jednak po tej przejażdżce rollercoasterem Tuchel zostawia angielskich fanów z poczuciem chaosu w głowie i daje nadzieję, że drużyna pod jego wodzą może grać pięknie.
Czytaj także: Anglia – Francja 6:4. Stanowski o szalonym meczu mundialu
Anglia spięła ten mundial klamrą. Zaczęła go od świetnego meczu przeciwko Chorwacji w grupie, a skończyła na spektakularnym zwycięstwie nad Francją. Brąz mistrzostw świata to ich najlepszy wynik od 1966 roku. Po tamtym mundialu dwukrotnie stanęli przed szansą na podium, ale obie batalie o trzecie miejsce przegrali – w 1990 roku, a także w 2018.
To nie jest rekord
Trudno pewnie uwierzyć, ale 10 goli w jednym meczu to nie jest rekord MŚ. Ten padł w 1954 roku. Wówczas Austria pokonała Szwajcarię 7:5. Jedenastobramkowe rezultaty są aż trzy. Jeden z udziałem Polski, w legendarnej bitwie z Brazylią, którą przegraliśmy 5:6, a w której błyszczał Ernest Wilimowski, zdobywca czterech bramek. 8:3 Węgrzy pokonali Niemców w 1954 roku, a w 1982 roku rozbili Salwador 10:1.
Francja nawiązała w sobotę do własnego osiągnięcia – meczu na 10 goli z 1958 roku, kiedy to pokonała Paragwaj 7:3.
W Miami cudami pachniało już do przerwy. Anglia prowadziła 4:0 i po tym, co jej fani zobaczyli w starciu z Argentyną, mogli tylko przecierać oczy ze zdumienia. Szczególnie że na ławce spotkanie rozpoczęli dwaj najlepsi strzelcy Tuchela na mundialu: Harry Kane i Jude Bellingham. Ostatecznie bohaterem Anglików został Bukayo Saka. Piłkarz Arsenalu popisał się hat-trickiem.
Koneserzy futbolu po meczu narzekali, że obie ekipy zagrały jak na podwórku, że nie było krycia, że gdzie w ogóle obrona i takie tam, ale kto chciałby słuchać malkontentów, gdy w sobotni wieczór dostajesz lepszą rozrywkę niż na wszystkich platformach streamingowych.
Czytaj również: Trump na finale mundialu. Na scenie Madonna i Bieber
Deschamps, widząc, co się dzieje na boisku, postanowił gwałtownie zareagować w przerwie, chciał ratować twarz, uniknąć kompromitacji. Po tym, jak dokonał aż czterech zmian, Trójkolorowi ruszyli z piskiem opon i znów zaczęli przypominać zespół, który kroczył dumnie do półfinału. Napędzali z furią kolejne ataki i przy stanie 3:4 zaczęło się wydawać, że nie tylko dopadną zaraz Anglię, ale ją prześcigną i dorzucą jeszcze parę trafień.
Czytaj także: Polska turystka po udarze utknęła na Cyprze. „Ubezpieczyciel umywa ręce”
Czytaj także: Nigel Farage zmierzy się w wyborach z Hrabią Śmietnikogłowym. To przybysz z kosmosu
To był mecz mieszanych uczuć dla Michaela Olise, który z jednej strony ustanowił rekord asyst podczas jednego turnieju, z drugiej jednak nie wykorzystał znakomitych sytuacji, które pozwoliły Anglii utrzymać się w tym spotkaniu przy życiu.
Saka jak Pele
Nikomu w historii mistrzostw świata nie udało się odrobić czterech bramek straty. Francji ostatecznie też nie, a na otarcie łez pozostał fakt, że Kylian Mbappé wyprzedził, przynajmniej do dziś, Leo Messiego pod względem liczby zdobytych bramek na tych MŚ, a także we wszystkich mundialach. Trafienia z Anglikami noszą numery 9 i 10. Argentyńczyk ma ich 8. Z kolei w ogólnym bilansie Messi zdobył 21 bramek, Mbappé ma już 22. To tylko dodaje pikanterii wieczornemu finałowi.
Czwarte miejsce nazywane jest w sporcie najgorszym, ze względu na bliskość podium i poczucie zostania z niczym. Louis van Gaal, holenderski trener, dlatego właśnie uważał rozgrywanie spotkań o trzecią lokatę za bezsensowne. – Rozgrywasz bardzo dobry turniej, a potem przegrywasz dwa mecze i jedziesz do domu z poczuciem porażki – tłumaczył. Nikt nie mówił, że wielka piłka czasem nie zaboli.
To swoją drogą niesamowite, że Francja, grając taki futbol, mając Mbappé, który jako pierwszy od czasu Gerda Müllera w 1970 roku kończy mundial z dwucyfrową liczbą goli, poleci do Paryża z pustymi rękami.
Anglia z pewnością zaś w dużej mierze odkupiła winy za spotkanie z Argentyną. Uśmiech nie schodził z twarzy Bukayo Saki, dla którego to był wspaniały dzień. Swoim wyczynem nie tylko zapewnił sobie zabranie do domu piłki z tego meczu (ładny moment, gdy Bellingham oddał mu rzut karny, by kolega mógł cieszyć się z hat-tricka), ale też nawiązał do wyczynu słynnego Geoffa Hursta. Ten zdobył trzy bramki w finale w 1966 roku. Od tamtej pory żaden angielski zawodnik w fazie pucharowej mistrzostw świata nie popisał się czymś takim. Tylko wielki Pele strzelił na mundialu trzy gole Francji, teraz powtórzył to skrzydłowy Arsenalu.
Akcja Bellinghama, puentująca to szalone spotkanie i cały turniej Anglii, była czymś kosmicznym. Piłkarz Realu po solowym rajdzie zdobył siódmą bramkę na tych mistrzostwach. To rekord reprezentacji, jeśli chodzi o wielkie imprezy, czy to MŚ, czy EURO. Bellingham zagrał fenomenalny turniej.
Teraz Zidane
Francuzi po raz pierwszy w historii MŚ stracili sześć bramek. Nigdy też za kadencji Deschampsa, trwającej 14 lat, rywal nie strzelił im tylu goli. Nie ma się co czarować – Wyspiarze mocno zepsuli pożegnanie francuskiej legendy. Jednak Deschamps, mimo tego, co wydarzyło się wczoraj na Florydzie, może być dumny ze swojej przygody z reprezentacją.
Od września drużynę narodową przejmie Zinedine Zidane. Była gwiazda kadry, a także trener Realu z wielkimi sukcesami, czekał na tę posadę, konsekwentnie odrzucając wszelkie oferty od europejskich potentatów klubowych. Wejdzie w olbrzymie buty. Im więcej czasu upłynie od ery Deschampsa, tym bardziej kibice nad Sekwaną docenią jego wyniki. Do pełni szczęścia zabrakło właśnie tego brązu. Wówczas selekcjoner miałby komplet medali, a pseudonim Trójkolorowi nabrałby nowego znaczenia.
Tuchel odetchnął z ulgą. Choć bronił twardo decyzji personalnych, które podjął w meczu z Argentyną, zarzekając się, że niczego nie żałuje, to narracja płynąca z Anglii była często dość jednoznaczna – to jego uczyniono winnym porażki.
Można odnieść wrażenie, że w meczu przeciwko Francji jego zespół zagrał już na luzie, bez stresu, który spętał im nogi w ostatnich dwóch kwadransach półfinału. To była drużyna, którą chce się oglądać. Przebojowa, szybka, bez trudu stwarzająca zagrożenie. Tuchel tak traktował spotkanie o trzecie miejsce. Jako test. Uważał bowiem w trakcie turnieju, że to Francja jest faworytem do mistrzostwa. I kiedy już odpadła po meczu ze świetnie grającą Hiszpanią, a los rzucił ją na drogę Anglii, selekcjoner tej ostatniej chciał się przekonać, jak jego piłkarze wypadną na tle kogoś tak mocnego. Sprawdzian został zaliczony.
Ten mundial nie widział takiego spektaklu. 20 strzałów celnych, a przecież do tego kilka szokująco niecelnych, a także najwyższe xG, czyli współczynnik goli oczekiwanych.
Pomogli Infantino
Anglii udało się przełamać niemoc nie tylko w kwestii meczów o trzecie miejsce, ale również w rywalizacji z Francją, z którą wygrała tylko jedno z wcześniejszych dziewięciu spotkań. To właśnie Francuzi stanęli na drodze Anglików w czasie MŚ w Katarze. Choć drużyna prowadzona wtedy przez Garetha Southgate’a grała naprawdę dobre spotkanie, w ćwierćfinale musiała uznać wyższość ekipy Deschampsa (1:2). Od mundialu w 1982 roku Anglia nie wygrała żadnego meczu z Francją o stawkę.
Emocje Tuchela mocno się zmieniały w ostatnich dniach. Od skrajnego rozgoryczenia tym, co zobaczył w końcówce starcia z Argentyną, i wypowiedzenia zdania: „Żaden z naszych piłkarzy ani żaden z francuskich nie chce grać w tym meczu”, przez refleksję dzień później („Jeżeli wygramy, będzie to najlepszy wynik Anglii na mundialu od 60 lat”), po spełnienie marzeń.
Niemiec przejął kadrę Anglików z misją zdobycia mistrzostwa świata, ale bez zbędnej kokieterii – trzecie miejsce chyba nie jest takie złe? Udało mu się poprawić wynik poprzednika z 2018 roku, gdy Synowie Albionu byli tuż za podium. A dodatkowo pomogli Gianniemu Infantino. Ten to jest w czepku urodzony.
Jeśli ktoś podważa jego decyzje czy pomysły, za moment one się bronią. Tak było z poszerzonym gronem mundialowych uczestników, które ostatecznie przyniosło kilka pięknych chwil postronnym kibicom (historia Republiki Zielonego Przylądka). Ci, którzy marudzili na to, że przy tak wielkiej liczbie meczów trzeba jeszcze grać o trzecie miejsce, także dostali ciętą ripostę.
Między trzecim a czwartym miejscem na mundialu, w kwestii nagrody finansowej, są 2 mln dolarów różnicy. Dla bardzo bogatych federacji z zachodu Europy nie robi to wielkiej różnicy, szczególnie że koszty, jakie te federacje poniosły z tytułu samego pobytu na mistrzostwach, są olbrzymie, dużo większe niż w Katarze.
Kto nie widział, niech żałuje
Do pierwszego gwizdka w Miami śmiało można było forsować tezę, że mecz o trzecie miejsce nie zniknie, bo przecież to kolejne okienko dla FIFA, w którym można upchnąć sponsorów, reklamy, sprzedać bilety. Te ostatnie nie szły jak świeże bułeczki. Na dobę przed spotkaniem ludzie sprzedawali swoje wejściówki po obniżonej cenie. Aż 7 tysięcy miejsc było dostępnych. Co ciekawe, FIFA nie zmniejszyła cen na oficjalnej platformie. Po meczu nasuwa się jeden wniosek: kto nie widział, niech żałuje.
Rywalizacja w Miami potwierdziła, że mecze o brązowy medal, z historycznego punktu widzenia, wcale nie są takie złe, jak wszyscy starają się je malować. Od 1974 roku do tej soboty rozegrano ich dwanaście. Aż jedenaście przyniosło ponad trzy gole. Ten ostatni – aż 10 bramek. Ofensywne show, jakie potrafią często tworzyć zawodnicy, wynika z kilku czynników. Jednym z tych najważniejszych jest spadek presji. Jeśli marzysz o finale, to taki mecz pocieszenia zamienia się trochę w grę towarzyską. A taka często bywa otwarta z obu stron.
Francja wierzy w kontynuację dzieła Deschampsa, czekając na Zizou. Anglia musi wierzyć w mundialowe złoto za cztery lata i tym się teraz karmić. 60 lat cierpienia – nic się nie zmieniło, jednak nie ma sensu popadać w czarną rozpacz.
Czytaj też: Finał mundialu. Cała Ameryka Łacińska nie za Argentyną
Ładnie to zresztą wszystko podsumował Declan Rice, który w meczu z Francją pełnił rolę kapitana Anglii i szybko otworzył wynik pięknym golem.
– Mamy już dość mówienia, że jesteśmy dumni z dochodzenia do półfinałów i ćwierćfinałów. Ostatecznie chcemy z Anglią wygrywać. Ale zajęcie trzeciego miejsca na tym turnieju jest prawdziwym osiągnięciem – powiedział pomocnik Arsenalu. – Naprawdę jesteśmy bardzo blisko. W ostatnich latach dużo mówiło się o tej grupie i o tym, jak odpadała z kolejnych turniejów. Były porażki w półfinałach, ćwierćfinałach i finałach. Myślę, że musimy po prostu dalej robić swoje. Naprawdę uważam, że jesteśmy blisko – zakończył.
