W bloku tematycznym Zero.pl „Polska naszych dzieci” zmierzyłem się z tematem transportu za 23 lata od dziś. Jesteśmy w trakcie wielkich zmian w transportowych przyzwyczajeniach, ale z niektórych trendów jeszcze nawet nie zdajemy sobie sprawy.

- Czym będziemy jeździć po naszym kraju za 23 lata? W mojej próbie przewidywania przyszłości spróbuję zmierzyć się z odpowiedzią na to pytanie.
- Czy w kraju o wymierającej populacji będą jeszcze potrzebne zbudowane wielkim wysiłkiem autostrady?
- Czy za 23 lata ktoś będzie jeszcze umiał zatankować samochód?
- Wszystkie teksty w ramach cyklu „Polska 2049 – kraj naszych dzieci” dostępne są tutaj.
Właściwie wszystkie wpisy z serii „Polska naszych dzieci” opierają się na pustoszeniu i wymieraniu naszego kraju. Po osiągnięciu pewnego poziomu dobrobytu ludzie przestają się rozmnażać. Jest to trend ogólnoświatowy, więc nie mam zamiaru nawet go tu dodatkowo komentować. Jednak wymieranie Polski obejmie przede wszystkim wsie i małe miasteczka, co będzie miało ogromny wpływ na funkcjonowanie transportu – zarówno prywatnego, jak i publicznego. Zacznę jednak od motoryzacji prywatnej.
Motoryzacja w 2049 r. w Polsce
Po czternastu latach od wprowadzenia zakazu sprzedaży samochodów spalinowych ich liczba z każdym rokiem spada. Odkąd Warszawa, jako pierwsze miasto w Polsce, wprowadziła w 2038 r. zakaz wjazdu samochodem spalinowym do miasta w ogóle (a właściwie do rozszerzonej strefy czystego transportu nie obejmującej tylko obwodnicy), auta napędzane paliwami kopalnymi zaczęły jeszcze szybciej tracić na popularności.
Wciąż widzi się w ruchu stare, spalinowe samochody należące do mieszkańców, którzy postanowili iść pod prąd elektryfikacji, ale coraz częściej straż ekologiczna (formacja wydzielona ze straży miejskiej w 2035 r.) wyłapuje takie pojazdy, a ich kierowców karze mandatami.
Zresztą życie właściciela auta spalinowego nie jest łatwe, ponieważ każde tankowanie oznacza wyczerpywanie puli prywatnych kredytów emisyjnych i jeśli zdecydujemy się w roku przejechać kilka tysięcy kilometrów – cały nasz roczny zapas KREM (KR-edytów EM-isyjnych) pójdzie na paliwo do auta i nie zostanie już na nic innego.
Koncern paliwowy Sherlen powstały z fuzji Shell i Orlenu w 2036 r. zapowiedział ostatnio wyłączenie czterech z siedmiu stacji benzynowych pozostałych w okolicach Warszawy. W całej Polsce zostanie ich 26. Nikogo to specjalnie nie martwi, bo i tak stoją pustawe. Lata temu zabroniono już na nich sprzedaży artykułów spożywczych, a później ograniczono godziny ich funkcjonowania do przedziału od 6 do 18. Wieczorem samochodu nie zatankujesz, bo i po co? Żeby hałasować mieszkańcom po nocy?
Posiadanie samochodu to sport ekstremalny
W Warszawie – po trzech kadencjach Rafała Trzaskowskiego i kolejnych trzech Jana Mencwela w roli prezydenta miasta – nie ostały się już praktycznie żadne publiczne miejsca parkingowe. Parkować można tylko na wyznaczonych parkingach za szlabanami otwieranymi apką połączoną z samochodem. System sam wie, czy jest jakieś wolne miejsce i na podstawie tego otwiera lub zamyka szlaban.
Właściciele aut – tylko elektrycznych, oczywiście – muszą mieć własny garaż lub miejsce parkingowe – naziemne albo w hali garażowej. Na ulicy parkować nie wolno nigdzie, na wzór japoński. Jednak warszawiacy i tak mają dobrze, bo Kraków – jako pierwsze miasto w Polsce – w 2044 r. wprowadził pilotażowy program „SZCZYBA” czyli „szczyt komunikacyjny bez aut”. Zakazane jest korzystanie z prywatnego samochodu w godzinach 6-9 i 14-18 w dni powszednie. Wiele firm przeszło na pracę w godzinach 11-19, ale korki jednak spadły.
Polacy nie wysiadają z samochodu. To nie twój problem, Filipie
Autonomia, ale bez Łodzi
Korzystanie z prywatnego samochodu nie ma zresztą w mieście większego sensu, bo w początku lat 40. wprowadzono w końcu pilotażowe strefy jazdy autonomicznej. Uruchomiony wreszcie po 20 latach przygotowań projekt Electromobility Poland, wspólnie z tajwańskim Foxconnem, może nie okazał się finansowym sukcesem, ale wytwarzane w Jaworznie taksówki pod marką „LEVAN” faktycznie jeżdżą po strefach jazdy autonomicznej bez kierowców – elektroniczny asystent przeprowadzi nas przez proces wyboru miejsca docelowego i płatności.
Działa to lepiej lub gorzej, parę razy LEVAN-y wjechały na chodnik lub stanęły w miejscu bez wyraźnego powodu, no ale coś jednak się udało. Funkcjonuje to we wszystkich dużych miastach oprócz Łodzi, gdzie czujniki wyznaczające granice strefy autonomicznej stale ginęły, aż w końcu operator dał sobie spokój.
Poza wyznaczonymi strefami jeżdżą jednak normalne taksówki prowadzone przez „ludzkich” kierowców – najpopularniejszy sposób docierania do pracy. Odkąd Polska otworzyła granice dla Afrykańczyków w nadziei na dopływ młodych ludzi do kraju, powstały istotne mniejszości: kenijska, ugandyjska i angolska. Ich przedstawiciele zamieszkują stare blokowiska, pamiętające zamierzchłe czasy PRL, gdzie już od dawna po polsku się nie dogadamy, a policji nie ma sensu wzywać.
Z niektórych bloków Wrocławia czy Warszawy ostatni Polacy wyprowadzili się w latach 30. Trudno nawet pojąć, jakim sposobem te bloki jeszcze stoją – ale pod każdym z nich parkuje nielegalnie mnóstwo aut podłączonych przedłużaczami do ładowania. Regularnie dochodzi do przeciążeń sieci energetycznej, ale nikt się tym nie przejmuje, bo jeździć trzeba.
Czytaj więcej materiałów z cyklu „Polska 2049 – kraj naszych dzieci”:
- Co zostawimy Polsce w 2049 r.? Nie za wiele
- Prof. Uścińska: Polacy, oszczędzajcie. ZUS wam nie wystarczy
- Wielki reset mieszkaniowy. Demografia zmieni zasady gry
- Świat bez dzieci to koniec świata
- Kto Ty jesteś? Czy dzieci migrantów staną się częścią polskiego społeczeństwa, gdy dorosną
- Katastrofa demograficzna puka do drzwi. „Rodzina powinna być centrum polityki państwa”
- Polska w 2049 r. Jak będą wyglądać transport i motoryzacja?
- Tak będziemy pracować w 2049 r. „Wygra ten, kto nadąży. Wiele zawodów jest zagrożonych”
- Czy nasze córki będą musiały bronić granic Polski? Rachunek na przyszłość
A jeśli nie taksówka?
Boksowanie się polskiego państwa z rzeczywistością trwało prawie 15 lat – gdy mniej więcej w 2025 r. na ulice zaczęły wysypywać się elektryczne motorowery bez homologacji używane w dostawach, były one całkowicie zakazane.
Z czasem pojawiło się ich tak dużo, że policja musiałaby zajmować się wyłącznie nimi. Dozwolono więc jazdę tymi jednośladami z zastrzeżeniem, że nie mogą przekraczać 45 km/h. Nikt, a już na pewno dostawcy, tego nie przestrzegali, więc dopuszczono je po prostu do ruchu, pod warunkiem wykupienia tablicy i ubezpieczenia OC, czego też nikt nie robił.
Nierówna walka systemu z realiami zakończyła się w 2039 r.: uznano, że po prostu można jeździć elektrycznym jednośladem o prędkości do 60 km/h gdzie się chce, ile się chce – jak rowerem. Pieszym delikatnie zasugerowano, by po prostu uważali i nie włazili pod jadące elektromotorowery.

Idealny pojazd miejski istnieje. W przyszłości innych nie będzie. (fot. harrypham2000 / Pixabay)
Transport publiczny
W obliczu zmniejszającej się populacji już od lat 30. zaczęto wygaszać połączenia kolejowe i autobusowe do mniejszych miast. W 2049 r. pociągi jeżdżą tylko między mniej więcej ośmioma lub dziewięcioma największymi miastami. Nie dojedziemy już nimi do Wałbrzycha, Rzeszowa czy Zielonej Góry.
Pozostają elektryczne autobusy, które dziennie przejeżdżają ok. 300 km, a w nocy ładują się na przydworcowych ładowarkach pantografowych. Są stosunkowo tanie, obsługiwane przez chiński tabor i chińskiego przewoźnika KWIK BUS, który w 10-12 lat zmonopolizował tę branżę.
Chińczycy zbudowali również kolej wysokich prędkości. Mamy więc paradoks, gdzie dawne linie kolejowe leżą odłogiem, a między dużymi miastami pociąg pędzi nawet 300 km/h. Sprzedaż PKP Chińczykom w roku 2042 była ukoronowaniem wielu lat starań ze strony chińskiej, które to starania omal nie spaliły na panewce, jednak 94-letni prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński w zaskakującym ruchu wsparł Chińczyków i doprowadził do podpisania umowy prywatyzacyjnej dla PKP.
Warszawa dosłużyła się trzeciej linii metra. Jej budowa kosztowała więcej niż dwóch pierwszych razem wziętych, ale ze względu na kompromisowy przebieg, który miał zadowolić wszystkich – jest mało użyteczna, bo podziemny pociąg meandruje po mieście, zamiast łączyć dzielnice. Przeważnie jeździ też pusty.
Kraków stale przesuwa datę oddania pierwszej linii metra. Na 2050 r. ma już na pewno być gotowa, jednak ostatnio znowu aresztowano szefa miejskiego komitetu do spraw budowy metra pod zarzutem defraudacji – na nikim to nie zrobiło wrażenia, wcześniej stało się to już minimum 13 razy. Inne polskie miasta o rozwoju komunikacji zbiorowej raczej nie myślą. Większość mieszkańców wyniosła się do „międzymieścia”, czyli łanowych osiedli pod miastem, zasilając tzw. gminy obwarzanka, natomiast same centra miast mają charakter wyłącznie turystyczny. W centrum Krakowa mieszka mniej niż 500 osób na stałe, a średnia wieku wśród nich przekracza 60 lat.
Nie ma już lotów krajowych. Unia Europejska zakazała ich w 2036 r. Można polecieć z Krakowa do Bratysławy, ale nie do Gdańska. Można – o ile ma się zapas prywatnych kredytów emisyjnych ETS4. Jeden lot z Warszawy do Londynu kosztuje mniej więcej 1/4 rocznego przydziału ETS4, na lot do Nowego Jorku trzeba odkładać swoje ETS-y dwa lata.
Na koniec ciekawostka
Pod Warszawą od lat istnieje klub miłośników samochodów zabytkowych. Państwo pozwala jeździć nimi w weekendy, ale benzynę do nich zawierającą zmniejszony dodatek biokomponentów (normalnie jest 25 proc.) trzeba kupować tylko w jednym miejscu i jest horrendalnie droga.
Mimo to miłośnicy klasyków wciąż się spotykają i czasem nawet zrobią jakąś przejażdżkę po obrzeżach stolicy. Zdarzają się tam prawdziwe motoryzacyjne dinozaury, jak Ford Mondeo z 2001 r. albo Daewoo Lanos z 1998 r. Ludzie jadący na elektromotorowerach wytrzeszczają oczy, omal się nie wywracając z wrażenia – jak można jeździć czymś tak starym, w dodatku jeszcze zmieniając biegi podczas jazdy? Do prowadzenia takiego auta trzeba mieć trzy nogi – żartują miłośnicy zabytków. Narzekają jednak, że do ich klubu nikt już nie przystępuje od prawie 15 lat, a najmłodszy członek dobija do sześćdziesiątki. W kraju, w którym średnia wieku to 52 lata, trudno się jednak temu dziwić.
W najbliższym czasie planowane są znaczne uproszczenia w zdobyciu prawa jazdy
– Znajomość języka polskiego nie będzie konieczna. Kurs będzie obrazkowy – zapowiada Mychajło Melnyk, przewodniczący stowarzyszenia egzaminatorów.
Wszystkie teksty w ramach cyklu „Polska 2049 – kraj naszych dzieci” dostępne są tutaj.
