Aż 66 proc. Polaków „przynajmniej czasami” doświadcza objawów astenii: zmęczenia i osłabienia. Nieco rzadziej występują np. zaburzenia snu i bóle głowy – 49 proc. – Jeśli ten stan utrudnia nam codzienne funkcjonowanie czas szukać pomocy psychologicznej – mówi Zero.pl, prof. Marta Marchlewska. – Im dłużej zwlekamy, tym więcej pracy będziemy musieli włożyć w powrót do równowagi – dodaje ekspertka.

- Z badań wynika, że 64 proc. ankietowanych deklaruje dobrą lub bardzo dobrą kondycję psychiczną. Jednocześnie dokładnie taki sam odsetek respondentów przyznaje się do tęsknoty za bliskością. Często wybieramy fasadę i mówimy, że jest świetnie, zamiast szczerze ocenić swoje samopoczucie.
- Osoby w gorszej sytuacji finansowej borykają się z największą liczbą problemów psychicznych, a jednocześnie posiadają bardzo słabe sieci społeczne. Dawniej relacje sąsiedzkie i rodzinne pomagały im przetrwać, a dziś ten mechanizm zanika.
- Polacy najczęściej szukają profesjonalnego wsparcia dopiero w skrajnych sytuacjach, traktując psychologa jako ostatnią deskę ratunku. Specjaliści apelują, aby konsultować już pierwsze przewlekłe trudności. Szybka diagnoza pozwala uniknąć zaawansowanej, czasochłonnej oraz kosztochłonnej terapii.
Czytaj też: Na starość zajmą się nami roboty? System już pęka
Agnieszka Waś-Turecka, Zero.pl: Jak się pani dziś czuje?
Prof. Marta Marchlewska, Instytut Psychologii Polskiej Akademii Nauk*: Wspaniale. Jest piękny, słoneczny dzień i wszystko układa się pomyślnie. Mogę więc powiedzieć, że u mnie świetnie.
Gdyby jednak zaczęła pani pytać o szczegóły, mogłoby się okazać, że ostatnio sypiam nieco gorzej przez nadmiar pracy lub odczuwam niepokój związany z różnymi wyzwaniami, z jakimi wciąż mierzą się kobiety w świecie nauki. Zatem jeśli zaczęłybyśmy głębiej drążyć temat, mogłoby się okazać, że rzeczywistość nie jest aż tak idealna, jakby się wydawało.
Podobnie jak w przypadku wielu Polaków.
Dokładnie. Nasze badania pokazują, że gdy pytamy ludzi ogólnie o ich dobrostan psychiczny, często odpowiadają oni intuicyjnie i powierzchownie, nie uwzględniając całej złożoności swoich doświadczeń. Na przykład aż 64 proc. ankietowanych deklaruje dobrą lub bardzo dobrą kondycję psychiczną, a jednocześnie tyle samo respondentów przyznaje, że przynajmniej czasami odczuwa tęsknotę za bliskością.
Zazwyczaj deklarujemy zatem, że wszystko jest w porządku, wręcz „super”. Jednak gdy przechodzimy do konkretnych kwestii, takich jak przewlekłe zmęczenie, obniżony nastrój czy inne codzienne trudności, nagle okazuje się, że duża część badanych skarży się na symptomy okołodepresyjne lub asteniczne – czyli poczucie wyczerpania, które nie mija mimo odpoczynku.
Wyniki pokazują, że nie jesteśmy gotowi na szybki, bezpośredni kontakt w temacie naszego dobrostanu. Zamiast szczerości, w pierwszej kolejności wybieramy fasadę – mówimy, że jest świetnie.
Czyli to nie jest tak, że Polacy mówią jedno, a czują drugie, tylko bardziej, że diabeł tkwi w szczegółach?
Powiedziałabym, że nie jesteśmy do takich rozmów przygotowani kulturowo. Nie chodzi o to, że Polki i Polacy mówią nieprawdę, ale raczej o to, że rzadko mamy okazję zastanawiać się nad swoim samopoczuciem psychicznym i rozmawiać o nim w sposób pogłębiony.
Co innego zdrowie fizyczne – na to istnieje społeczne przyzwolenie, a rozmowy o dolegliwościach ciała stały się wręcz polskim „small talkiem”. Bez trudu mówimy sąsiadowi o problemach z kręgosłupem, ale znacznie rzadziej o tym, że od tygodnia nie możemy przestać się czymś zamartwiać.
Dlaczego?
Przyczyn jest kilka. Z jednej strony to kwestia aprobaty społecznej i chęci pokazania, że jesteśmy silni, że damy sobie radę sami – że jesteśmy „fighterami”, którzy poradzą sobie z każdym ciężarem, jaki przyniesie życie. Z drugiej strony, często nie chcemy przyznać się do problemu przed samymi sobą. To nie tylko kwestia ukrywania czegoś przed światem, ale wewnętrzna blokada przed stwierdzeniem: „Ok, ten smutek trwa już zbyt długo, rzeczy, które cieszyły, przestały dawać radość, chyba potrzebuję pomocy”.
Z badań, o których pani wspomniała wynika, że Polacy dość dobrze oceniają swoją sytuację indywidualną – radzenie sobie ze stresem czy własne życie – a znacznie gorzej relacje społeczne. Czy to oznacza, że dobrze czujemy się sami ze sobą, ale kontakt z innymi nas przerasta?
Rzeczywiście, relacje społeczne są naszą piętą achillesową. Nasze badania potwierdzają, że wymiar dobrostanu związany z kontaktami z ludźmi i społecznym funkcjonowaniem jednostki jest najsłabszym ogniwem.
Przyczyn można szukać w wielu obszarach. Jedną z nich jest pandemia, która mocno nadszarpnęła więzi. Cały czas próbujemy je odbudować, z różnym skutkiem.
Warto też zastanowić się nad czynnikami, o których nie mówi się jeszcze tak dużo, bo nie zostały w pełni zbadane – jak choćby rosnąca rola chatbotów i sztucznej inteligencji. Przeszliśmy drogę od budowania kontaktów w świecie realnym do komunikacji zapośredniczonej przez internet, co było szczególnie widoczne u młodszych osób. Teraz być może wchodzimy w erę, w której zamiast z drugim człowiekiem, będziemy rozmawiać z algorytmem. To musi rzutować na jakość relacji międzyludzkich.
Czy relacje z innymi zawsze sprawiały nam więcej problemów niż relacja z samym sobą?
Klasyczne teorie psychologiczne wskazują, że wsparcie społeczne, tzw. social support, to jeden z głównych filarów radzenia sobie ze stresem i trudnymi emocjami. Gdy pojawiały się przeszkody, jedną z podstawowych strategii było pójście do drugiego człowieka – po rozmowę lub konkretną pomoc instrumentalną.
Z perspektywy ewolucyjnej nie jest to zaskakujące. Przez większą część historii naszego gatunku szanse na przetrwanie zależały od przynależności do grupy i możliwości liczenia na innych ludzi. Obecnie mamy z tym coraz większy problem. Współcześnie trudniej jest nam budować i utrzymywać relacje, które dają poczucie realnego wsparcia.
Czyli kiedyś w obliczu problemu mogliśmy liczyć na innych, a teraz czujemy, że nie mamy do kogo się zwrócić?
Tak może być, co widać szczególnie przy analizie klas społecznych. Badania prowadzone m.in. przez Macieja Gdulę pokazywały, że klasy ludowe tradycyjnie opierały się na silnych więziach rodzinnych, sąsiedzkich i lokalnych wspólnotach. Te relacje pełniły funkcję nieformalnej sieci bezpieczeństwa.
Nasze badania pokazują jednak niepokojącą prawidłowość: osoby w gorszej sytuacji finansowej, które jednocześnie borykają się z największą liczbą problemów psychicznych i barierami w dostępie do pomocy, mają obecnie bardzo słabe sieci społeczne. Dawniej te relacje były buforem pomagającym przetrwać trudności – dziś ten mechanizm zanika.
Osoby z wyższym wykształceniem i lepszą sytuacją materialną mają bardziej zróżnicowane wsparcie. W ich otoczeniu znajdzie się i lekarz, i prawnik, i specjalista od remontów. Osobom gorzej sytuowanym brakuje takich zasobów. Ich sytuacja jest wyjątkowo trudna, bo często towarzyszy im także przekonanie, że psychologia nie jest dla nich, a ze wszystkim muszą radzić sobie sami.
„Nie mam czasu i środków na posiadanie problemów psychicznych”?
Dokładnie tak. Co ciekawe, ci ludzie rzadko narzekają na brak środków na terapię. Oczywiście dostęp do publicznej psychiatrii i psychologii w naszym kraju pozostawia wiele do życzenia, ale te osoby nawet nie próbują po tę pomoc sięgać. Żyją w percepcji, że profesjonalne wsparcie to domena elit, która ich nie dotyczy.
Z czym mamy największy problem w relacjach? W badaniach pojawia się poczucie samotności i ograniczonej przynależności. Co Polakom doskwiera najbardziej?
Przede wszystkim brak bliskiej osoby, do której można zwrócić się z problemem – poczucie izolacji i odłączenia.
Co więcej, można odnieść wrażenie, że coraz rzadziej angażujemy się w grupy i wspólnoty, które wymagają regularnego kontaktu i wspólnego działania. Badacze związani z nurtem tzw. social cure pokazują, że poczucie przynależności do grup jest jednym z ważnych zasobów chroniących dobrostan psychiczny. Podobnie najnowszy raport OECD Social Connections and Loneliness, będący jedną z największych międzynarodowych analiz więzi społecznych i samotności, wskazuje, że poczucie przynależności do wspólnoty jest istotnie związane z dobrostanem psychicznym. Ważne jest więc nie tylko to, czy mamy bliską osobę, ale także czy czujemy się częścią rodziny, sąsiedztwa, organizacji czy grupy znajomych.
Czyli nie mamy bliskich, bo sami nie wykazujemy inicjatywy, by ich znaleźć?
Przyczyn jest wiele. Z pewnością stajemy się bardziej skłonni do spędzania czasu w samotności. Pandemia, praca zdalna i tryb hybrydowy sprawiły, że utraciliśmy część więzi, a wraz z nimi łatwość nawiązywania nowych kontaktów. Nawet spontaniczne budowanie relacji, jak choćby dobieranie się w pary, zostało zdominowane przez technologię. Aplikacje randkowe i inne nowoczesne narzędzia z jednej strony mają ułatwiać życie, z drugiej zmieniają sposób, w jaki nawiązujemy i podtrzymujemy relacje. Niektórzy badacze zwracają uwagę, że mogą one utrudniać budowanie głębszych więzi i sprzyjać bardziej powierzchownym formom kontaktu.
Dlaczego tak się dzieje? Z obawy czy z lenistwa?
Myślę, że przyzwyczailiśmy się do wyręczania nas przez technologię. Nasza inicjatywa maleje, bo chcielibyśmy, aby wszystko działo się „samo” lub za pośrednictwem algorytmu. Widzimy już przecież próby programowania sobie „przyjaciół” czy „partnerów” w oparciu o modele językowe.
To pokusa zastąpienia wymagających relacji przewidywalną interakcją. Technologia zazwyczaj potwierdza nasze poglądy i rzadko podaje naszą postawę w wątpliwość. To sprawia, że stajemy się mniej otwarci na drugiego człowieka, bo oczekujemy, że będzie on jak chatbot: afirmujący, wzmacniający naszą, często kruchą, samoocenę i unikający konfrontacji. To zjawisko może rzutować na naszą psychikę i zmieniać sposób kształtowania relacji.
To przypomina równię pochyłą. Technologii będzie tylko więcej, więc relacje z drugim człowiekiem będą już tylko zanikać? Staniemy się na to zbyt leniwi?
Niestety, taki scenariusz jest możliwy. Nie wiem, czy nazwałabym to lenistwem – to raczej unikanie niewygodnych emocji i konfrontacji z kimś, kto ma inne plany czy spojrzenie na świat. A przecież to właśnie ta inność jest w relacji najcenniejsza. Drugi człowiek może nas skorygować, wzbogacić, pokazać inny kierunek.
Dlatego powinniśmy pamiętać, by czasem samych siebie challengować w relacjach interpersonalnych. Musimy szukać ludzi, także tych, którzy nie są tacy sami jak my. To jest kluczowe, by nie zamknąć się w bańce samopotwierdzania.
Znaczna część Polaków zgłasza objawy astenii. Czym dokładnie ona jest?
To stan ekstremalnego zmęczenia, w którym mamy trudność ze skoncentrowaniem się nawet na prostych, codziennych zadaniach. Naturalne jest, że czasem bywamy zmęczeni po trudnym tygodniu, ale astenia polega na tym, że ten stan nie mija mimo odpoczynku. Możemy przespać osiem godzin, a po przebudzeniu wciąż czuć ogromne wyczerpanie.
Z naszych badań wynika, że jej objawów – zmęczenia i osłabienia – doświadcza „przynajmniej czasami” aż 66 proc. Polaków. Nieco rzadziej występują np. zaburzenia snu i bóle głowy – 49 proc., czy problemy z koncentracją i stresem – 47 proc.
Jeśli widzimy u siebie symptomy astenii to znaczy, że czas szukać pomocy psychologicznej?
Jeśli ten stan utrzymuje się długo i utrudnia nam codzienne funkcjonowanie – zdecydowanie tak. Ważne, by nie zaniedbywać tych sygnałów. Im dłużej zwlekamy, tym więcej pracy będziemy musieli włożyć później w powrót do równowagi. Psycholog nie powinien być „ostatnią deską ratunku”, gdy wszystko inne zawiedzie.
To główne przesłanie naszej kampanii w projekcie „Psychologia dla Społeczeństwa”. W haśle „Daj sobie spokój. Czeka u psychologa” wykorzystujemy grę słów – chcemy przekazać, że spokój czeka na pacjenta u specjalisty. Zachęcamy, by podarować sobie komfort psychiczny. Wizyta u psychologa to narzędzie sprawczości, a nie utrata autonomii. To my decydujemy, co i kiedy mówimy. To aktywna forma walki o siebie.
Wróćmy do klas społecznych. W badaniach osoby z klasy wyższej lepiej oceniają swoje zdrowie i rzadziej zgłaszają objawy depresyjne. Czyli pieniądze jednak dają szczęście?
Pieniądze pomagają, ale nasza definicja klasowości obejmowała więcej wymiarów: wykształcenie, korzystanie z kultury czy sieci społeczne. Oczywiście, dostęp do kultury bywa łatwiejszy, gdy ma się zasoby finansowe, choć istnieje wiele darmowych inicjatyw. Kluczowy jest jednak dostęp do wiedzy.
Wiedza psychologiczna jest wciąż mniej dostępna dla klas niższych. Te osoby często boją się specjalistów, mając o nich błędne wyobrażenia – na przykład, że psycholodzy potrafią czytać w myślach i celowo manipulują klientami/pacjentami.
To zrozumiałe, że osoby bardziej skoncentrowane na zapewnieniu środków do przeżycia „od pierwszego do pierwszego” nie skupiają się na dokształcaniu w zakresie psychologii.
Zgadza się, ale pojawia się pytanie: dlaczego wiedza o zdrowiu psychicznym nie jest fundamentem powszechnej edukacji? Dlaczego ma być przeznaczona tylko dla elit? Treningi radzenia sobie ze stresem czy emocjami powinny być dostępne w szkołach dla każdego. Żyjemy w świecie pełnym stresorów: natłok informacji, wojna tuż za granicą, gwałtowne zmiany społeczne.
Wprowadzenie takich programów to kwestia „prosta, ale trudna”. Prosta koncepcyjnie, ale trudna systemowo, bo brakuje odważnych reform. Przez tę lukę w edukacji ludzie szukają wiedzy w sieci, gdzie łatwo trafić na „pop-psychologów” promujących niesprawdzone teorie. Odbiorcy często nie potrafią odróżnić rzetelnej wiedzy od szkodliwych treści, zwłaszcza gdy influencerzy mówią językiem pewności siebie, nie mając ku temu żadnych merytorycznych podstaw, a naukowcy, choć podstawy merytoryczne i wiedzę mają, ciągle powtarzają ,,to zależy”.
Kiedy zatem następuje ten moment, w którym powinniśmy uznać, że pomoc profesjonalisty jest niezbędna?
Alarmujące powinno być to, że nasze funkcjonowanie się zmienia, choć w natłoku zadań trudno to czasem zauważyć. Często to bliscy pierwsi zwracają nam uwagę, że dzieje się coś niepokojącego.
Sygnałami ostrzegawczymi są: utrata satysfakcji z rzeczy, które wcześniej cieszyły, zaburzenia snu, narastający lęk przed sytuacjami, które dawniej nie stanowiły problemu, czy głęboki, nieuzasadniony smutek. Każdy z nas jest inny i inaczej reaguje na trudności, dlatego tak ważna jest uważność na samego siebie. Jeśli czujemy, że sytuacja zaczyna nas przerastać, nie czekajmy.
Czyli pomoc psychologiczna powinna być postrzegana jako opcja nie dopiero wtedy, gdy mamy do czynienia z permanentnym, wielkim kryzysem, ale już wtedy, gdy doświadczamy przewlekłych codziennych trudności?
Zdecydowanie tak bym do tego podeszła. Istnieje kilka symptomów, które powinny dać nam do myślenia. Jeśli czujemy, że „coś jest gorzej”, że nie czujemy się sobą lub nie funkcjonujemy tak dobrze jak zwykle, lepiej to skonsultować. Pozwólmy specjaliście nas zdiagnozować i wyjaśnić, co się dzieje, zamiast czekać w nieskończoność.
Można tu zastosować analogię do zdrowia fizycznego. Gdy coś nas boli, idziemy do lekarza na diagnostykę. Często dowiadujemy się, że to nic poważnego, ale możemy wdrożyć działania, które sprawią, że poczujemy się lepiej. Z pomocą psychologiczną jest identycznie. Jeśli przez długi czas zaniedbujemy objawy, problem narasta, a choroba się rozwija. Później interwencja jest znacznie bardziej zaawansowana i czasochłonna.
Warto też pamiętać, że jest to „kosztochłonne” w sensie wysiłku, jaki musimy włożyć w powrót do zdrowia. Dodatkowo dotyka to również naszych relacji. Nasze zdrowie psychiczne nie jest obojętne dla środowiska, w którym żyjemy – wcześniej czy później osoby z otoczenia również odczują skutki naszych problemów. Dlatego tak ważne jest, aby zareagować jak najszybciej.
To byłaby duża zmiana myślenia, bo z badań wynika, że Polacy zgłaszają się po pomoc zazwyczaj w skrajnych sytuacjach, np. przy myślach samobójczych.
Niestety, pomoc psychologiczna wciąż jest postrzegana jako „ostatnia deska ratunku” – coś, po co sięgamy, gdy dochodzimy do ściany i zupełnie nie radzimy sobie z życiem. Nie powinniśmy tak o tym myśleć. Warto postrzegać wsparcie psychologiczne również jako element rozwoju osobistego. Takie podejście jest już obecne w klasie wyższej, ale mogłoby przynieść korzyści każdemu, niezależnie od warstwy społecznej. Choć zapotrzebowanie na pomoc jest ogromne, bariery – szczególnie te mentalne – wciąż pozostają znaczące.
W Polsce w diagnozach chorób psychicznych najczęściej wskazywane są depresja i lęki. Inne, jak uzależnienia czy PTSD, pojawiają się rzadziej. To kwestia statystyki czy faktu, że depresja przestała być tabu?
To globalna prawidłowość. Zaburzenia depresyjne i lękowe należą dziś do najczęściej diagnozowanych problemów zdrowia psychicznego na świecie. Przyczyn może być wiele: od tempa życia i wymagań, jakie stawia przed nami świat, po interakcję czynników biologicznych ze środowiskowymi. Przewlekły stres może wpływać na funkcjonowanie organizmu i mózgu, zwiększając podatność na problemy psychiczne u osób, które są na nie szczególnie wrażliwe.
Depresja i lęki są też częściej diagnozowane, bo coraz więcej o nich mówimy, co ośmiela ludzi do szukania profesjonalnego wsparcia. To kluczowe, bo nieleczona depresja niesie ze sobą tragiczne skutki.
Co nas najbardziej powstrzymuje przed wizytą u specjalisty?
To splot kilku barier. Dominuje chęć udowodnienia sobie i światu, że jesteśmy silni i poradzimy sobie sami. To wynika z norm kulturowych narzucanych przez społeczeństwo, które – zwłaszcza w mniejszych miejscowościach – wciąż nie jest przychylnie nastawione do osób chorujących psychicznie. Psychologia uprzedzeń pokazuje, że osoby z diagnozą psychiatryczną to grupa wciąż silnie stygmatyzowana.
W badaniach prosiliśmy ludzi, by wyobrazili sobie sytuację, w której otrzymują taką diagnozę. Respondenci bardzo bali się zmiany traktowania przez bliskich, współpracowników i spadku samooceny. Co ciekawe, u osób, które realnie taką diagnozę posiadają, te wskaźniki obaw były niższe niż w wyobrażeniach osób bez diagnozy. Lęk przed etykietą bywa więc gorszy niż rzeczywistość, choć nie jest bezpodstawny, bo reakcje otoczenia bywają negatywne.
Musimy pracować nad tym, by wizyta u terapeuty była postrzegana jako wzmocnienie, a nie utrata autonomii. To proces długofalowy – nie dostajemy recepty na „zdrowie” po jednej wizycie. Ale jeśli wejdziemy w ten proces rzetelnie, wyjdziemy z niego silniejsi.
Czytaj też: Dlaczego po tygodniu wracasz zmęczony, jakbyś wcale nie był na urlopie
A co z barierą finansową? Koszt cotygodniowych prywatnych wizyt to ogromne obciążenie dla domowego budżetu.
To wyzwanie systemowe dla decydentów. Dostępność publicznych specjalistów musi się zwiększyć. Jednocześnie zachęcam, by mimo wszystko sprawdzać możliwości – nasze obserwacje pokazały, że czas oczekiwania zależy od miejsca i czasem pomoc można uzyskać szybciej, niż się powszechnie sądzi.
Trzeba jednak pamiętać o jednym: nawet najlepszy system nie zadziała, jeśli nie przełamiemy barier wewnętrznych. Musimy najpierw uświadomić sobie, że nasze zdrowie jest ważne i chcieć po tę pomoc sięgnąć. Często zakładamy z góry, że pomoc będzie niedostępna, zbyt droga albo nie dla nas. Tymczasem bez podjęcia próby nie mamy szansy przekonać się, jakie możliwości rzeczywiście są dostępne.
Wspomniała pani o tym, że ludzie coraz częściej „rozmawiają” z chatbotami AI. Sztuczna inteligencja odbiera już pracę polskim psychologom?
Jeszcze nie. Choć wiele osób postrzega AI jako kompetentne w przekazywaniu informacji, wciąż wyżej oceniamy ludzi w wymiarze, który nazywamy „ciepłem” – czyli w aspektach relacyjnych, empatii i zaufaniu. Chatbot, mimo zaawansowania, pozostaje modelem językowym. Nie potrafi realnie empatyzować ani zrozumieć tego, co w nas tkwi głęboko. Kontakt terapeutyczny odbywa się „poza słowami”, a cała psychologia to coś znacznie więcej niż werbalne tworzenie zdań czy konfirmowanie myśli użytkownika.
Czyli AI nie zastąpi psychologa?
Docelowo technologia może wręcz pogłębić problemy z relacjami, które my – ludzie – będziemy musieli później wspólnie rozwiązywać w gabinetach. Dlatego moja prognoza jest taka: technologia sprawi, że pracy dla psychologów będzie raczej więcej niż mniej.
* Prof. Marta Marchlewska jest kierowniczką programu badawczo-interwencyjnego Psychologia dla Społeczeństwa, realizowanego przez Instytut Psychologii PAN na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Instytut przekłada te wnioski na ogólnopolską kampanię edukacyjną „Daj sobie spokój. Czeka u psychologa”.
