- Donald Tusk w imię przywracania praworządności sięga po retorykę politycznej rozprawy z przeciwnikami. Czy demokratyczna rewolucja nie zaczyna przypominać tej, którą sama zwalczała?
- Od Saint-Justa i Robespierre’a po współczesną technokrację powraca pokusa podporządkowania instytucji wyższej „sprawie”. Historia Europy pokazuje, że demokracja bywa obchodzona także przez tych, którzy deklarują jej obronę.
- Albert Camus przypominał, że fundamentem demokracji jest skromność i świadomość własnej niewiedzy. Władza przekonana o własnej nieomylności zaczyna natomiast przypominać platońskich filozofów, którzy wiedzą lepiej od obywateli.
Zrobił nam się hultajski bigos. I czy tego chcemy czy nie, ostatnie wydarzenia wokół Trybunału Konstytucyjnego emanują polskimi przywarami znanymi od dziesięcioleci. Z jednej strony bałwochwalczym i bezkrytycznym zachwytem nad sprawczością i zdecydowaniem szefa polskiego rządu.
Orędzie wygłoszone przez Donalda Tuska 31 października, prócz bardzo prozaicznych funkcji mobilizowania najwierniejszych i najbardziej przekonanych o słuszności podjętych decyzji, było pokazem surowej siły wobec przeciwników politycznych. Pokutowała w stosowanych retorycznych trikach okrutna konieczność rozprawienia się z politycznym bandytyzmem opozycji.
„Wyobraźmy sobie sytuację, w której złodziej wydziera starszej pani torebkę i ucieka. Kiedy zostaje zatrzymany, zaczyna wrzeszczeć, że stosuje się wobec niego przemoc i kradzieżą nazywa to, że próbuje się odebrać mu łup. Z kolei niektórzy gapie, symetryści, proponują, aby dla załagodzenia sprawy złodziej i ofiara podzielili się po równo zawartością torebki.”
Z drugiej, po trzech latach z górką prowadzenia polskich spraw, rząd nadal walczy z opozycyjną łobuzerią. Szuka ukrytych we wszystkich instytucjach demokratycznych i sądowniczych wrogich opcji, które należy – tutaj paradoks – niedemokratycznymi i pozasądowymi środkami zwalczyć. Jasno zostało to wyrażone w przytaczanym fragmencie wystąpienia premiera. Nawiasem mówiąc „strona demokratyczna” tak długo walczyła, obrzydzała i niemal fizjologicznie odrzucała poprzednie rządy, że na mocy freudowskiego mechanizmu à rebours, zaczęła swoich śmiertelnych wrogów przypominać.
Symetryści mogą mieć dziś używanie. Tusk nie mogąc pozbyć się Kaczyńskiego i nie potrafiąc go pokonać demokratycznym uśmiechem (nota bene, często szyderczym) używa ze zdwojoną siłą tego samego oręża i tych samych sposobów, co jego poprzednicy. Z tą różnicą, jak słusznie zauważa Patryk Słowik, że nie na mocy „wadliwych ustaw”, ale z pomocą „policyjnych pałek i ludzi w kominiarkach”.
Trójpodział władzy Donalda Tuska
Saint-Just, Danton i rewolucyjna logika wyższej sprawy
Z trzeciej strony, obecne wydarzenia wokół TK przypominają inną polską specyfikę niedojrzałej demokracji. Chęć zerwania ciągłości instytucjonalnej. Pragnienie wyzerowania Trybunału, wyznaczania mu punktu zero za pomocą „dekretu” i „siły”. W tym myśleniu niewiele pozostało z ducha demokratycznego. Przejęcie TK z pomocą „policyjnych pałek i ludzi w kominiarkach” lokuje się w kręgu mechanizmów rewolucyjnych. Toutes proportions gardées takie samo pragnienie towarzyszyło francuskim rewolucjonistom w 1789 r.
Przypomina się słynna mowa oskarżycielska Saint-Justa przeciwko Dantonowi. W rozbudowanym, pełnym rewolucyjnego patosu oskarżeniu Saint-Just przywołuje geniusz Francji, którego nie zdołają poskromić żadne siły, oraz jej nieskazitelną reputację na arenie międzynarodowej. Wolność, równość i braterstwo stawia Saint-Just ponad przyjaźnią, przyzwoitością i prawdą. Nie mają znaczenia osobiste więzi.
Nie liczą się również bezpodstawne oskarżenia o udział Dantona w rojalistycznym spisku. Wszystko to ustępuje miejsca „sprawie” – la cause – czyli niepodzielnej i wiecznej Republice, którą rewolucjonista otacza niemal religijnym kultem, wynosząc ją ponad jednostkowe życie i ludzkie przywiązania.
Z właściwą sobie emfazą Saint-Just oznajmia nawet, że „od czasów rzymskich świat jest pusty”. Podobnie Tusk w imię obrony demokracji, w imię wyższej „sprawy” zdecydował się zawiesić demokrację. A poprzednie rządy kwalifikuje jako niebyłe, jak wstydliwą pustkę, którą należy czym prędzej wyrzucić na śmietnik historii.
„Zbyt długo czekaliśmy na skarb, jakim jest niepodległa, demokratyczna Polska, żeby się przestraszyć i ustąpić. Zbyt dobrze nam, Polakom, udało się budowanie silnego państwa, żebyśmy mieli je poddać.” – podkreślał w sobotnim orędziu Donald Tusk.
Działania obecnego rządu mają być końską kuracją na wyrzuty sumienia. Premier wpadł w pułapkę, którą sam na siebie zastawił. Jak można bowiem usiąść do stołu z poprzednikami, których oskarżało się o najgorsze polityczne bezeceństwa? Nie wystarczyły już rozmaite finty i fortele, komisje śledcze, listy gończe, akty oskarżenia, obstrukcje, rewanżystowskie przesłuchania, nastroje otwartej i fizycznej nienawiści.
Słowa mają swoje znaczenie i konkretny, performatywny ładunek. A raz wprawioną w ruch śmieciarkę mechanizmów demokratycznych trudno zatrzymać. I tak minister Waldemar Żurek, komentując w TVN24 piątkowe wydarzenia w TK, przyznał, że „poszło lepiej”, niż pierwotnie zakładał, choć – jak relacjonował – „sędziowie spotkali kibola w drzwiach”. Prokurator Generalny z finezją przytaczał, rzecz jasna, prezydencką wizytę w TK. Słowa, jak wspominaliśmy wyżej, mają swoje konsekwencje. Dlatego, według demokracji „punktu zero” nie może być dyskusji majestatu władzy z „kibolem” czy „złodziejem torebek”…
Jest przełom ws. zarządu NBP. Donald Tusk: Podpisałem nominacje
Platon kontra Arystoteles. Kto powinien rządzić demokracją?
Odżywa zresztą w całym świecie demokratycznym spór Platona z Arystotelesem, toczony jeszcze w epoce Peryklesa. Dotyczył fundamentalnej kwestii politycznej: komu należy powierzyć sprawowanie władzy i jakie kwalifikacje powinien posiadać ten, kto po nią sięga? Platon chciał oddać rządy temu, kto „wie”. Z tego właśnie powodu odrzucał demokrację, powierzającą władzę wszystkim, niezależnie od ich wiedzy i kompetencji. Arystoteles zajmował stanowisko odmienne. Uważał, że polityka nie jest domeną wiedzy eksperckiej, lecz trafnego osądu, a ten nie stanowi przywileju wybranej garstki – może być udziałem każdego człowieka.
Już w tym antycznym sporze odnajdujemy źródło odwiecznego napięcia między nieufnością a zaufaniem. Czy można powierzyć zbiorowości prawo do podejmowania decyzji? Czy głos obywateli, niekoniecznie wykształconych w sztuce rządzenia, zasługuje na równą uwagę co głos ekspertów? To pytanie wędruje przez kolejne tysiąclecia, nie tracąc nic ze swojej aktualności.
To właśnie arystotelesowska odpowiedź staje się jednym z fundamentów demokracji. Odpowiedź platońska daje natomiast intelektualne uzasadnienie rządom autokratycznym. Co znamienne, powraca również we współczesnej technokracji. Rządy kompetencji, ekspertów i specjalistycznej wiedzy nie tyle bowiem zastępują demokrację, ile wszczepiają się w jej organizm, stopniowo podważając jej sens i czyniąc ją anachroniczną. W imię wiedzy odbiera się wówczas znaczenie osądowi obywateli, a politykę – sztukę wspólnego decydowania o własnym losie – sprowadza do administrowania przez tych, którzy uznali, że wiedzą lepiej.
Obecne rządy uznały, że wiedzą lepiej, jak ma wyglądać „praworządność”. Pod antycznym sporem Platona z Arystotelesem kryje się zresztą całkiem współczesna historia. W ostatnich dwóch dekadach Europa dostarczyła wielu przykładów demokratycznych derywacji.
Francuzi odrzucili w 2005 r. w referendum traktat konstytucyjny UE, by zasadniczo podobne rozwiązania powróciły w traktacie lizbońskim, przyjętym już drogą parlamentarną. Podobny los spotkał holenderskie referendum przeciw umowie stowarzyszeniowej UE z Ukrainą. W Grecji głosujący odrzucili w 2015 r. warunki wierzycieli, lecz rząd Aleksisa Tsiprasa ostatecznie zaakceptował kolejny program pomocowy. W Hiszpanii katalońscy separatyści próbowali jednostronnie przeprowadzić referendum niepodległościowe, ignorując porządek konstytucyjny. Wreszcie niemiecki Trybunał Konstytucyjny unieważnił operację przeniesienia 60 mld euro niewykorzystanych uprawnień do zadłużenia do funduszu klimatycznego, uznając ją za obejście reguł budżetowych. W 2024 r. rumuński Trybunał Konstytucyjny unieważnił wybory prezydenckie po ujawnieniu informacji o ingerencji zagranicznej, nieprzejrzystym finansowaniu kampanii i manipulacjach w mediach społecznościowych.
Przykłady można do woli mnożyć. Lecz wspólnym mianownikiem tych historii jest pokusa zastępowania demokratycznego osądu obywateli polityczną kalkulacją elit, ekspercką racjonalnością lub arbitralnie pojmowaną racją stanu.
Albert Camus o demokracji. Dlaczego władza potrzebuje skromności?
Warto w tym miejscu przywołać Alberta Camusa, który w eseju o demokracji i skromności dostrzegał w tej ostatniej jedną z najważniejszych cnót politycznych. „Demokracja jest społecznym i politycznym ćwiczeniem się w skromności” – pisał francuski myśliciel. Demokrata, dodawał, potrafi przyznać się do własnej niewiedzy, uznać niepewność swoich sądów i zaakceptować, że nie wszystko zostało mu dane. Dlatego potrzebuje innych: ich wiedzy, doświadczenia, odmiennych racji i sprzeciwu.
W tym właśnie tkwi istota demokratycznego usposobienia – w świadomości, że nikt nie dzierży monopolu na prawdę, a mandat wyborczy nie jest homologacją nieomylności. Władza, która przestaje konsultować, a zaczyna pouczać; która zamiast przekonywać, stawia pod ścianą; która własną rację utożsamia z racją państwa, porzuca arystotelesowską pokorę na rzecz platońskiej pychy.
Camusowska skromność okazuje się zatem nie ozdobnikiem demokratycznej kultury, lecz jednym z warunków jej przetrwania.


