Reklama
Świat

Po wyborach w USA jedno jest pewne: Europa musi bardziej zadbać o własną obronę

Wynik wyborów połówkowych w USA to nie tylko amerykańska historia o wojnie z Iranem i politycznych błędach Donalda Trumpa. Dla Europy ważniejsze jest inne pytanie: czy niezależnie od tego, kto rządzi w Waszyngtonie, Stary Kontynent będzie musiał coraz większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo wziąć na siebie?

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 09:01
10 min
Wojna z Iranem i rosnące ceny paliw przyczyniły się do porażki republikanów w wyborach połówkowych, ale Ameryka nie wróci do dawnej roli w globalnym porządku (fot. Kanał Zero)

Amerykańska polityka zatoczyła koło. W wyborach połówkowych do Kongresu USA wyborcy wystawili administracji prezydenckiej żółtą kartkę. Po zdecydowanej porażce demokratów w starciu z republikanami w wyborach prezydenckich w 2024 r. tym razem, po dwóch latach rządów, to republikanie przywdziali szaty wyborczych przegranych.

Polityczne koło

W tym politycznym kole nie chodzi wyłącznie o zamianę ról między republikanami a demokratami w systemie dwupartyjnym. Istotniejsze jest podobieństwo przyczyn obecnej porażki republikanów do tych, które w 1980 r. przyczyniły się do przegranej Jimmy’ego Cartera. Mogłoby się wydawać, że Carter i Trump nie mają ze sobą nic wspólnego. Różnią ich poglądy, przynależność partyjna czy sposób uprawiania polityki. Łączy ich jeden czynnik: Iran.

Porażka Cartera w wyborach prezydenckich w 1980 r. była w dużej mierze konsekwencją kryzysu, którego źródłem były wydarzenia w Iranie. Pierwszy z tych kryzysów miał charakter polityczny. Po rewolucji islamskiej i obaleniu szacha Mohammada Rezy Pahlawiego w 1979 r. Irańczycy zajęli amerykańską ambasadę w Teheranie, a następnie przez 444 dni przetrzymywali 52 Amerykanów jako zakładników. Na tym kryzys się nie zakończył.

REKLAMA
Reklama

Rewolucja islamska stała się bezpośrednim impulsem do wybuchu drugiego kryzysu: naftowego. Zakłócenie działalności irańskiego sektora naftowego, który był wówczas silnie powiązany z globalną gospodarką i odpowiadał za 7 proc. światowej produkcji ropy, doprowadziło do niedoborów surowca na światowym rynku. Wywołany w ten sposób szok podażowy spowodował gwałtowny wzrost cen ropy: między kwietniem 1979 a kwietniem 1980 r. światowe ceny ropy wzrosły niemal dwukrotnie. Niezadowolenie społeczne w USA pogłębiały dodatkowo wprowadzone regulacje cenowe oraz system administracyjnego przydziału dostaw. Wszystkie te czynniki przyczyniły się do narastania presji inflacyjnej, która pod koniec prezydentury Cartera osiągnęła poziom 13,5 proc.

„Wszyscy wiedzą, dlaczego przegraliśmy”. Republikanie rozliczają się z porażki

Sytuacja z przełomu lat 70. i 80. do złudzenia przypomina okoliczności, w których republikanie pod wodzą Donalda Trumpa ponieśli dzisiejszą porażkę wyborczą. Zasadnicza różnica tkwi w sposobie, w jaki doszło do obu kryzysów. Wówczas to Irańczycy, w wyniku rewolucji islamskiej, wystąpili z amerykańskiej strefy wpływów. Dziś kryzys jest konsekwencją nierealistycznych celów administracji Trumpa, która wspólnie z Izraelem zdecydowała się zaatakować Iran. W rezultacie wojna, która miała trwać zaledwie trzy dni, ciągnie się od przeszło ośmiu miesięcy. To na ten aspekt, bez ogródek, zwrócił uwagę wiceprezydent JD Vance, wskazując: „Przegraliśmy z powodu wojny”.

REKLAMA
Reklama

Inaczej niż za prezydentury Cartera Amerykanie nie muszą, póki co, mierzyć się z racjonowaniem paliwa. Dzisiaj administracja USA dysponuje znacznie większymi możliwościami amortyzowania skutków kryzysu na rynku energetycznym. Wynika to przede wszystkim ze znacznie większego wydobycia ropy i gazu w USA oraz z uwolnienia strategicznych rezerw ropy. Nie zmienia to jednak faktu, że od lutego średnia cena za galon diesla w USA wzrosła o około 70 proc.

To właśnie te okoliczności doprowadziły do zwycięstwa demokratów. Istnieje jednak zasadnicza różnica między obecną porażką republikanów a przegraną Cartera w 1980 r. Carter mierzył się wówczas z Ronaldem Reaganem, który podczas kampanii przedstawiał konkretne rozwiązania i atrakcyjny program wyborczy. Tymczasem współcześni demokraci zbudowali swoje zwycięstwo na sprzeciwie wobec polityki Donalda Trumpa. Podobny mechanizm można było zaobserwować podczas wyborów parlamentarnych w Polsce w 2023 r.

Zapewniał o „niebinarnym Bogu”, teraz wygrał w Teksasie. Kim jest James Talarico?

Powrót MAGA?

Choć zwycięstwo wyborcze demokratów jest imponujące, wbrew oczekiwaniom liberalnych środowisk w Europie jego konsekwencje będą ograniczone. Wraz z zaprzysiężeniem nowego składu Kongresu 3 stycznia 2027 r. republikanie faktycznie stracą kontrolę nad obiema izbami. Jeśli jednak republikanie zachowają spójność we własnych szeregach, paraliż administracji prezydenckiej będzie niemożliwy.

REKLAMA
Reklama

Demokraci zyskują oczywiście istotne narzędzia wpływu na politykę państwa. Będą mogli blokować nominacje na stanowiska, prowadzić śledztwa oraz odgrywać znaczącą rolę w negocjacjach, choćby dotyczących budżetu. Nie oznacza to jednak, że Kongres pozbawi Biały Dom prerogatyw władzy wykonawczej. Prezydent nadal będzie dysponował uprawnieniami do prowadzenia polityki zagranicznej i dowodzenia siłami zbrojnymi, w tym do prowadzenia operacji zbrojnych przez 60 dni.

Wbrew oczekiwaniom części liberalnych elit politycznych w Europie zwycięstwo demokratów nie musi oznaczać trwałego odwrócenia trendu w amerykańskiej polityce. Przekonanie, że wybory połówkowe stanowią pierwszy etap procesu, który za dwa lata doprowadzi do powrotu Ameryki na „właściwe tory”, przypomina narrację towarzyszącą zwycięstwu Joego Bidena w 2020 r. Wówczas również oczekiwano, że zmiana w Białym Domu oznacza powrót do dawnego porządku politycznego. Wydarzenia pokazały jednak, że takie oczekiwania były przedwczesne.

Dzisiejsza porażka republikanów nie musi więc oznaczać ich politycznego odwrotu. Wyborcy wystawili administracji Donalda Trumpa żółtą, a nie czerwoną kartkę dla całego obozu republikańskiego. Przez najbliższe dwa lata partia będzie musiała wyciągnąć wnioski z wyborczej porażki. Jeśli republikanie chcą odzyskać zaufanie wyborców i zwyciężyć w wyborach prezydenckich w 2028 r., będą zmuszeni przesunąć środek ciężkości swojej polityki na sprawy wewnętrzne. Oznacza to powrót do realizacji obietnic, z którymi Trump szedł do wyborów w 2024 r. Ma to szczególne znaczenie, ponieważ wraz z zakończeniem wyborów połówkowych rozpoczyna się prekampania przed wyborami prezydenckimi.

REKLAMA
Reklama

Kierunek tej zmiany wprost wskazał wiceprezydent JD Vance w swoim powyborczym wpisie. Przywołując rozmowy z wyborcami, wymienił cztery postulaty mogące skłonić ich do ponownego poparcia Partii Republikańskiej. Są nimi: zakończenie wojny, skupienie się na kosztach życia i inflacji, powrót do zasady „America First” oraz zmiana charakteru relacji USA z Izraelem.

To właśnie te cztery kwestie, zdaniem Vance’a, powinny powrócić jako punkt wyjścia do odbudowy utraconego poparcia. Jak podsumował: „by uratować nasz kraj”.

Zwycięstwo łatwe jak… ABC? Dlaczego Amerykę porwała demokratyczna fala

Demokratyczne złudzenie

Nawet jeśli dzisiejsza zmiana układu sił w Kongresie zapoczątkuje trend, który utrzyma się przez kolejne dwa lata, a w wyborach prezydenckich w 2028 r. demokraci ponownie obejmą władzę w Białym Domu, nie będzie to oznaczało powrotu do dawnego porządku. Warto więc ostudzić oczekiwania naszych krajowych liberałów. Ameryka, jaką znali, nie powróci.

Nie jest to moja ocena. Wprost wskazał na to Jim Himes, członek Izby Reprezentantów, należący do tzw. „Gang of Eight”, wąskiego grona liderów Kongresu informowanych o najważniejszych sprawach dotyczących amerykańskiego bezpieczeństwa. Innymi słowy, Himes jest politykiem, którego stanowisko odzwierciedla sposób myślenia demokratów o bezpieczeństwie narodowym.

REKLAMA
Reklama

Tak się składa, że Himes przedstawił to stanowisko w ubiegłym miesiącu w Warszawie, podczas „Warsaw Security Forum”. Wówczas Joel Linnainmäki z Fińskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych zadał mu pytanie: na ile przyszła administracja demokratów utrzyma dotychczasowe oczekiwania USA wobec Europy w zakresie bezpieczeństwa i obronności, a na ile ulegną one zmianie?

Himes odpowiedział: „Na pierwszy rzut oka wszystko będzie wyglądało zupełnie inaczej. (…) Powierzchownie wszystko się zmieni. Zmieni się język, jakim będzie posługiwać się administracja. Nie będzie już gróźb pod adresem Danii. Nie będzie atakowania Kanady. Znikną wszystkie te absurdalne, przypominające cyrk działania obecnego prezydenta, które nie służą żadnemu rzeczywistemu celowi, a wręcz przynoszą odwrotny skutek od zamierzonego. Powrócimy do naszej bardziej dyplomatycznej, globalistycznej postawy.

Ale pamiętajmy o kilku kwestiach. Chciałbym tutaj zwrócić uwagę na rzeczy mniej oczywiste. Dzisiaj dość ostro krytykowałem Trumpa, ale pod całą tą cyrkową otoczką często kryje się pewna fundamentalna prawda. A prawda jest taka, że Amerykanie uświadomili sobie, iż przez całe pokolenie ponosili ogromne koszty utrzymywania parasola obronnego nad innymi państwami. Trump dostrzegł te nastroje i politycznie je wykorzystał. Dlatego USA nadal będą wywierać presję na Europejczyków, aby ci przejmowali większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo i obronność. (…)”, zwracając jednocześnie uwagę, że kwestie handlowe USA z Europą pozostaną źródłem napięć we wzajemnych stosunkach.

REKLAMA
Reklama

„To nie żółta kartka, tylko kolosalna porażka”. Polska odczuje skutki wyborów w USA

Wspólny cel

Wniosek płynący z tych słów jest jednoznaczny. Niezależnie od tego, który z dwóch scenariuszy politycznych zrealizuje się w USA, Ameryka nie powróci do swojej dawnej roli w globalnym porządku. Nie dlatego, że nie chce przewodzić światu i wieść prym, lecz dlatego, że z przyczyn strukturalnych ma coraz mniejsze możliwości utrzymywania dawnej pozycji. Chcąc prowadzić politykę opartą na wartościach, konieczne jest posiadanie silnego zaplecza gospodarczego, zdolnego udźwignąć koszty takiej polityki. Tymczasem fundamenty, na których przez dekady opierała się amerykańska dominacja, stają się coraz słabsze.

Wystarczy spojrzeć na kondycję amerykańskiej gospodarki. Dług publiczny przekroczył 40 bln dol., a roczne koszty jego obsługi z tytułu odsetek wynoszą 1 bln dol. Rentowność dziesięcioletnich obligacji skarbowych zbliża się do 5 proc., podczas gdy amerykański rynek pracy wykazuje oznaki stagnacji. Równocześnie systematycznie maleje udział USA w światowej produkcji przemysłowej: w 2005 r. udział USA w wartości światowej produkcji przemysłowej wynosił 22 proc., dzisiaj to około 17 proc. (Chiny: 27 proc.). Innymi słowy, gospodarcze podstawy amerykańskiej potęgi nie są już tak silne jak w czasach, gdy Waszyngton mógł bez większych ograniczeń ponosić koszty utrzymywania globalnego porządku.

Właśnie dlatego, niezależnie od tego, czy w Białym Domu zasiadać będą republikanie, czy demokraci, zasadniczy kierunek amerykańskiej polityki pozostanie podobny. Priorytetem stanie się odbudowa wewnętrznej siły gospodarczej USA, nawet jeśli będzie się to odbywać kosztem Europy.

REKLAMA
Reklama

Paradoksalnie różnica między obiema partiami sprowadza się do sposobu komunikowania tej zmiany. Republikanie będą mówić o niej wprost, otwarcie stawiając amerykańskie interesy ponad oczekiwaniami sojuszników. Demokraci powrócą natomiast do dobrze znanej retoryki „obrony demokracji liberalnej”, wspólnych wartości i transatlantyckiej solidarności. Będą zapewniać Europejczyków o trwałości wzajemnych więzi, podkreślać znaczenie sojuszy i posługiwać się znacznie bardziej przyjaznym językiem.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny
REKLAMA
Reklama