Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, skąd fenomen chińskich aut w Europie czy w ogóle w Polsce. Ale jeszcze raz – chociaż często jakościowo wcale nie są lepsze od „naszych” aut, są jednak sporo tańsze. I jeśli Kowalski ma do wyboru kupić za te same pieniądze pięcioletniego Passata z nieznanym przebiegiem albo nowe, chińskie auto, to należy spodziewać się, że chociaż przemyśli sprawę.
Te przemyślenia bardzo często kończą się po – nomen omen – myśli Chińczyków. Świadczy o tym już dwucyfrowy udział marek z tego kraju na polskim rynku. Żeby nie było – nie tylko polskim. Chińczycy radzą sobie piorunująco dobrze w wielu krajach Unii Europejskiej, wspomnę tu tylko Hiszpanię czy Włochy.
Zwracam uwagę, że to kraje z dużymi motoryzacyjnymi tradycjami, które mają swoje marki. Okej, nazywanie Cupry czy umierającego Seata hiszpańską marką to trochę nadużycie, ale jednak. W każdym razie – Chińczykom nie przeszkadza nawet coś w rodzaju patriotyzmu gospodarczego w krajach z dużymi tradycjami motoryzacyjnymi. Po prostu przyszli z niskimi cenami jak po swoje.
Co jednak ważne, tanie chińskie auta są jeszcze tańsze w Chinach
Użyję jednego z najbardziej jaskrawych przykładów na rynku. Denza Z9 GT, chiński supersamochód, na tamtejszym rynku kosztuje mniej niż 200 tys. zł. W Polsce w zależności od wersji średnio... pół miliona.
Chiński samochód za pół miliona złotych jest już z nami w pokoju. Istne szaleństwo
I to dotyczy nie tylko aut luksusowych czy premium, ale właściwie każdego chińskiego auta.
Dlaczego tak się dzieje? Cóż, oczywiście wszyscy plują na tę złą i wredną Unię Europejską. Że zaporowe cła, że transport, że podatki.
Tymczasem prawdę widać w wynikach finansowych chińskich koncernów
Kilka dni temu swoimi liczbami pochwalił się – chociaż „pochwalił się” to może złe określenie – koncern Geely. Może dla szerszego kontekstu: Geely to prawdziwy moloch, który posiada w swoim portfolio kilkanaście marek motoryzacyjnych. Geely ma Volvo. Geely ma Lotusa. Geely ma Lynk & Co, które zaraz będzie można kupić w salonach Volvo. Geely ma szalenie popularnego w Azji – no dobra, w Malezji – Protona. I tak dalej.
Koncern w trzecim kwartale tego roku zanotował łączne przychody w wysokości 99 mld juanów, co oznacza niecałe 15 mld dol. Ale zysk netto spółki macierzystej to już raptem 5,21 mld juanów, czyli jakieś 777 mln dol. To niewiele jak na firmę tej skali. W Europie to oznaczałoby raczej wyprzedaż akcji na giełdzie, bo firma się zwija.
Ale to jeszcze nic. Jeśli zajrzymy w cyferki głębiej, dowiemy się, że sprzedaż aut w Chinach jest po prostu… nieopłacalna. Otóż w trzecim kwartale roku koncern wyeksportował ponad 340 tys. pojazdów, które dały zysk netto w wysokości 4,84 mld juanów, czyli ok. 722 mln dol.
Tak, eksport dał Geely mniej więcej 93 proc. zysków. Tymczasem sprzedaż w Chinach, która stanowi 60 proc. sprzedaży koncernu, dała zaledwie 7 proc. zysków.
W tym samym czasie swoje wyniki podał inny gigant – BYD. W tym wypadku zysk wyniósł 1,5 mld dol. Nie podano dokładnych liczb, ale koncern przyznał, że motorem wzrostu jest eksport.
Chiński gigant uderzył poniżej pasa. Włosi zakazali zbyt dosłownej reklamy
Jak to możliwe? To wynika z bardzo specyficznego modelu chińskiej gospodarki. Trudno nazwać to kapitalizmem, trudno też nazwać to komunizmem. W każdym razie w Chinach z powodu olbrzymiej konkurencji – oraz nadpodaży produkcji – producenci są zmuszeni do ciągłego obniżania swoich marż.
Do tego stopnia, że nie jest niczym zaskakującym sprzedaż poniżej kosztów produkcji lub na ich granicy. To typowa chińska strategia, nie tylko w tej branży, której celem jest wyniszczenie konkurencji. Wygra ten, kto dłużej ustoi na nogach. W połowie roku „South China Morning Post” podawał, że średnia marża na aucie sprzedanym w Chinach – po przeliczeniu na nasze – to... 800 zł.
Sytuację pogarsza zwrot w chińskiej polityce. Producenci aut byli przez lata potężnie subsydiowani przez rząd. W obecnym planie pięcioletnim (dobra, to jednak komunizm) skończyły się bezpośrednie dopłaty do produkcji aut elektrycznych. To wszystko odbija się na kondycji tamtejszych koncernów.
To stąd napór chińskich marek na inne rynki
Chińczycy potrzebują europejskich pieniędzy jak kania dżdżu. Nie są w stanie rozwijać się tylko na poziomie krajowym. Ba, na poziomie krajowym mogą tylko wegetować w najlepszym wypadku. Chińczycy przegrzali swój przemysł motoryzacyjny i są w stanie produkować rocznie tyle aut, żeby zaspokoić CAŁE roczne europejskie zapotrzebowanie na nowe auta. I to – mniej więcej – trzy (!) razy. Oczywiście chiński rynek także nie jest w stanie połknąć tej nadpodaży.
To zresztą kolejny kamyczek do ogródka związanego ze sprzedażą aut w Chinach. Przemysł nie może zwolnić, fabryki wypluwają z siebie kolejne egzemplarze aut, te stoją na placach i są sprzedawane za niemal bezcen. Bo trzeba coś z tym zrobić przecież.
Tymczasem producenci z Państwa Środka mają jeszcze jeden problem: lokalny rynek w ostatnim czasie im się załamał. Jak bardzo? Ostatnio do mediów trafiły dane za wrzesień, który stanowi szczyt sezonu zakupowego. Tymczasem sprzedaż samochodów osobowych w Chinach spadła w tym okresie o 28 proc. rok do roku, co stanowi największy spadek w ostatnim czasie – informował japoński portal „Nikkei Asia”.
Nie ma więc ani państwowych subsydiów, ani zainteresowania klientów. Za to masowo produkują auta, których nikt nie chce.
I właśnie dlatego chińskie auta w Europie będą drożeć
Bez naszej kasy chińskie koncerny nie są na ten moment w stanie przetrwać. I o ile wszyscy mówią, że z około dwustu (naprawdę) chińskich marek motoryzacyjnych finalnie zostanie może kilkanaście, dobitnie widać, że problemy mają nawet największe koncerny.
Szans na przerwanie tego błędnego koła na chińskim rynku za bardzo nie widać. W tamtejszej gospodarce fabryki muszą pracować, a auta muszą być produkowane. I już. Tak ten system działa. Chińska gospodarka może nie jest typową gospodarką centralnie sterowaną, ale pewne problemy pozostają nieśmiertelne.
Jeśli więc jedynym źródłem dochodu jest eksport, Chińczycy będą musieli podnosić ceny, żeby przetrwać. Mimo wszystko na razie są one na tyle niskie, że jeszcze mają duże pole do manewru. Pytanie, czy jeśli podrożeją, dalej będą tak popularne. Bo na dzisiaj ich głównym atutem jest jednak w zdecydowanej większości cena, a nie jakość.
PS. Tak naprawdę chińskie auta są drogie, jeśli weźmiemy pod uwagę utratę wartości i problemy przy odsprzedaży. Ale to historia na inny tekst.


