Reklama
Kraj

Tak umarł Trybunał Konstytucyjny. Ruszyła gra o władzę bez ograniczeń

Polska potrzebuje niezależnej instytucji stojącej na straży przestrzegania tego, co nakazuje konstytucja, i to natychmiast. Zwłoki, jakie pozostały po Trybunale Konstytucyjnym, tej roli nie spełnią. Zwłaszcza że każda władza ma już możliwość dowolnego korygowania składu TK przy użyciu policji.

Andrzej Krajewski
Opinia autorstwa: Andrzej Krajewski
Dzisiaj 15:42
8 min
Warszawa, 01.11.2026. Policja przed Trybunałem Konstytucyjnym (fot. Paweł Supernak / PAP)
TYLKO NA

Nawet fatalne dla przyszłości Polski zdarzenia mogą obrócić się na jej korzyść, jeśli zainicjują zwrot przynoszący pozytywne zmiany. W piątek premier Donald Tusk zakończył żywot Trybunału Konstytucyjnego, przerywając agonię wbiciem osikowego kołka prosto w serce. Uczynił to w wigilię Halloween. Wprawdzie stworzona w kwietniu 1985 r. instytucja zachowuje zdolność udawania objawów życia, lecz jedyne, co z tego wyniknie, to kolejne odsłony politycznego horroru.

Nie jest żadną tajemnicą, że Trybunałem od Halloween zarządza Maciej Berek, przez ćwierć wieku bliski współpracownik Donalda Tuska, który nigdy nie zawiódł pryncypała. Z kolei odpowiedzialność za tego skutki bierze na siebie, wraz z podpisywaniem dokumentów, sędzia Anna Korwin-Piotrowska. Jednak istotniejszy jest fakt, że poprzednie szefostwo TK, w osobach prezesa Bogdana Święczkowskiego oraz wiceprezesa Bartłomieja Sochańskiego, nie urzęduje, bo do pracy nie wpuści ich policja.

Czytaj też: Trybunał Konstytucyjny. O co naprawdę walczą Tusk, Kaczyński i Nawrocki?

Śmiertelny precedens

W odniesieniu do piątkowych wydarzeń obie strony sporu mogą nadal przerzucać się prawnymi zapisami oraz ich interpretacjami z zaciekłością podobną do tej z XIII w., gdy prowadzono dysputy, czy anioły są bytami zajmującymi miejsce w przestrzeni.

Reklama
Reklama

Niestety rozważania takie już zupełnie nie odnoszą się do rzeczywistości. Ta zaś mówi, że Donald Tusk stworzył dla siebie i wszystkich kolejnych rządów pragmatyczną metodę zarządzania Trybunałem Konstytucyjnym.

Mianowicie, jeśli jego praca się nie spodoba, wówczas może przyjść policja i przekazać sędziom, iż już nigdy nie wejdą do biura. Podany powód, podobnie jak określenie punktu w przestrzeni zajmowanego przez anioła, zależy od kreatywności osoby wydającej policji rozkazy.

Za sprawą tego użytecznego precedensu, gdyby kolejne wybory wygrała w Polsce prawica, nowy rząd mógłby podesłać pod Trybunał patrol policji. Ten zaś o poranku przekazałby urzędującym sędziom prosty komunikat: „Panowie, nie wchodzicie”, dodając, iż powinni poszukać sobie nowego zajęcia.

Acz odebranie zwłokom TK zdolności do okazywania ostatnich oznak życia może nastąpić nawet wcześniej. Do świadomości kolejnych osób zasiadających w Trybunale zacznie się bowiem przebijać przykra prawda. Cokolwiek zrobią, staną się ofiarami politycznej wojny o Trybunał, a ta może eskalować.

Czytaj także: Chaos wokół TK. Donald Tusk: Rozwiązanie konfliktu jest proste

Oznacza to, że prawnicy, wiodący dotąd bezpieczne, wygodne i dostatnie życie, będą musieli zderzać się z atakami opozycyjnych mediów, wściekłością ludzi widzących w nich pomazańców Tuska oraz demonstrantami biwakującymi pod ich miejscem pracy (o ile zaczną do niego przychodzić).

Reklama
Reklama

Do tego dojdą nierzadkie w takich przypadkach groźby, strach o bliskich oraz perspektywa, że za rok policja może ich nie wpuścić do pracy. Oczywiście wszyscy mają zapewnioną ochronę oraz immunitet. Ale kto żyje w Polsce, ten wie, jak na dłuższą metę z immunitetami bywa. Zbigniew Ziobro miałby wiele ciekawych historii na ten temat do opowiedzenia.

Zatem możliwe jest, że w głowach niektórych osób zasiadających w TK zaświta myśl: „Po co mi to?”. Zwłaszcza gdy towarzyszyć jej będzie konstatacja, iż zostały sprowadzone do roli marionetek używanych w politycznej rozgrywce. Nie da się więc wykluczyć nagłych rezygnacji z zaszczytnej funkcji. To przyniosłoby utratę przez Trybunał możności udawania ostatnich oznak życia.

Gra o nowy ustrój

Wydarzenia, których jesteśmy świadkami, owocują ewolucją polskiego ustroju politycznego. Jego nowa forma może nie spodobać się miłośnikom uczciwych wyborów, wolności słowa oraz swobód obywatelskich. Ewolucję tę da się opisać w pięciu zdaniach.

Reklama
Reklama

Najpierw Platforma Obywatelska w 2015 r. udowodniła, że kończący kadencję Sejm może sobie wybierać sędziów Trybunału Konstytucyjnego „na zapas”, byle tylko zdążyć przed przegranymi wyborami. Po czym Jarosław Kaczyński udowodnił, że sejmowa większość potrafi tak pokombinować, by skład TK orzekał zgodnie z telefonicznymi wytycznymi prezesa PiS. Następnie Donald Tusk udowodnił już w 2024 r., że rząd może nie publikować orzeczeń Trybunału w Dzienniku Ustaw i mieć je głęboko gdzieś. Dwa lata później Karol Nawrocki udowodnił, że prezydent nie musi przyjmować ślubowań wybranych przez Sejm sędziów TK, bo tak. W odpowiedzi premier Tusk udowodnił, że potrafi zmienić skład Trybunału przy użyciu oddziału policji.

Tak wspólnym wysiłkiem ukatrupiono Trybunał Konstytucyjny i zmieniono ustrój polityczny III RP.

Teraz nie opiera się on na konstytucji, lecz na zależności od tego, kto ma większość sejmową, a kto własnego prezydenta. Ostateczną wygraną daje moment, gdy jednej osobie udaje się kontrolować jednocześnie parlament i urząd prezydencki. A po zgonie Trybunału taka osoba zyskuje możliwość generowania ustaw o wadze konstytucyjnej.

Trybunał Konstytucyjny zagrożony paraliżem. Sędziowie mogą zablokować budżet

Reklama
Reklama

Czyli przyjęta przez parlament ustawa i podpisana przez prezydenta może być całkowicie sprzeczna z konstytucją. Może łamać wszelkie zasady i zagwarantowane w ustawie zasadniczej swobody obywatelskie. Jeśli aparat państwa wcieli ją w życie, a policja wybije obywatelom z głowy protesty, to nowe prawo stanie się ważniejsze od konstytucji.

Zatem państwo będzie mogło zrobić swoim obywatelom w zasadzie wszystko, a ostatnim zabezpieczeniem pozostaną wolne, uczciwe wybory. Jednak przecież i z nimi, podobnie jak z Trybunałem, można sobie poradzić.

Teraz albo nigdy

Jak zatem widać, kwestia tego, kto wygra nadchodzące za rok wybory, staje się śmiertelnie poważna. Tym bardziej że Donald Tusk swoimi działaniami sprawił, iż jeśli straci władzę, to grozi mu ze strony prawicy to samo, co brazylijski prezydent Lula zafundował swemu poprzednikowi Jairowi Bolsonaro. Jak na dziś jest to 27 lat odsiadki (acz rodzina Bolsonaro nadal nie powiedziała ostatniego słowa). Taka opcja zawiśnie nad premierem i jego najbliższym otoczeniem, jeśli PiS zdoła utworzyć zdominowany przez siebie rząd. Bo co do tego, kogo chciałby do więzienia posłać prezydent Nawrocki, trudno mieć wątpliwości.

Ale został rok. Donald Tusk nadal więc zachowuje szansę na ocalenie. W nowym ustroju dają mu ją dwa rozwiązania. Albo to on jesienią 2027 r. znów zostanie premierem, albo Nawrocki nie będzie już prezydentem. Oczywiście połączenie obu rozwiązań w jedno stanowiłoby optymalne wyjście dla przywódcy Koalicji Obywatelskiej.

Reklama
Reklama

Jednak doprowadzenie do tego wymaga podjęcia morderczej walki politycznej, a jeśli stanie się to koniecznością, także łamania wszelkich zasad.

Niestety może to oznaczać, że polityczna wojna rozwali od środka III Rzeczpospolitą i zawali się ona nam na głowy. I to dokładnie w momencie, gdy na wschodzie trwa krwawa wojna, a cały Zachód Europy wszedł w fazę wstrząsów politycznych i głębokich zmian. Należy więc wziąć pod uwagę ewentualność, iż nie tylko Rosja zechce wówczas wyciągnąć korzyści z faktu, że chaos zapanował w Warszawie. Bardzo trwałe korzyści.

Dlatego rzeczą najpilniejszą staje się zatrzymanie ewolucji ustroju III RP i sprawienie, by znów konstytucja była jego fundamentem. Zwłoki Trybunału Konstytucyjnego już nie spełnią tej roli, niezależnie od tego, jak uczciwe i bezstronne osoby w nim zasiądą. Poza tym ich dobrą wolę zawsze może przekreślić jeden patrol policji wykonujący rozkazy przełożonych.

Konieczne jest albo przekazanie uprawnień sądu konstytucyjnego działającemu już Sądowi Najwyższemu, albo stworzenie zupełnie nowego. Ale tak, by większości jego członków nie wskazywał dominujący w Sejmie obóz polityczny, karnie wykonujący rozkazy swego wodza.

Jeśli polskiej klasie politycznej nie uda się tej sztuki dokonać do nadchodzących wyborów, to zakończenie wojny Donalda Tuska z Jarosławem Kaczyńskim może wyglądać więcej niż widowiskowo. Historyczni wodzowie dwóch najważniejszych stronnictw III RP zabiorą ją ze sobą do grobu.

Reklama
Reklama

Może Cię zainteresuje: 

Źródło: Zero.pl
Andrzej Krajewski
Andrzej KrajewskiPublicysta, historyk, autor książek „Ropa. Krew cywilizacji” i „Rzeczpospolita kryzysowa”- autor zewnętrzny
Reklama
Reklama