„Business as usual with Russia” – to hasło niesie się obecnie po świecie silniej niż kiedykolwiek od pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę. Największa w tym zasługa Donalda Trumpa, któremu można wiele zarzucić, ale nie owijanie kwestii międzynarodowych w bawełnę. „Mogłaby to być prosta, trumpowska transakcja, w której przywódcy wielkich mocarstw siadają i ustalają kurs, podczas gdy mniejsze mocarstwa muszą przyjąć to, co im dano” – oto wypowiedź prezydenta USA na temat potencjalnych ustaleń w sprawie przyszłości Ukrainy z Władimirem Putinem i Xi Jinpingiem. Może i byłby to tercet nieco egzotyczny, ale za to jak muzyczny! Objawiłby się nam bowiem koncert mocarstw w pełnej krasie. I wydaje się, że nie przeszkadzałoby to niektórym politykom nad Wisłą. Ot, chociażby Grzegorzowi Braunowi, któremu bliżej, jeśli chodzi o stosunek do Rosji, do pożytecznego idioty Kremla niż do geniusza politycznych szachów.
Pierwsza taka rozmowa z Putinem od wybuchu wojny. „Bezpośrednia i merytoryczna”
Zapach rosyjskiego gazu? Raczej swąd
„Uwielbiam zapach rosyjskiego gazu o poranku” – te słowa lidera Korony obiegły Polskę wzdłuż i wszerz. Jedni zauważyli, że to zbyt emocjonalny ton, jak na polityka, który lubi się określać jako realista. Inni pytali, co w takim razie z „kondominium rosyjsko-niemieckim pod żydowsko-amerykańskim zarządem powierniczym”. Jeszcze inni punktowali niekonsekwencję Brauna, który w 2021 r. mówił o Nord Stream 1 i 2 tak: „To jest zaiste pakt Ribbentrop–Mołotow, Hitler–Stalin 2.0, turboplus. To jest uprawianie polityki przez innych ponad naszymi głowami”. Obecnie zaś przekonuje, że „Nord Stream [...] nie tylko nie chcemy bojkotować. Chcemy wziąć udział, chcemy zostać udziałowcami tego wspaniałego projektu [...], co wymagałoby od naszego państwa, państwa polskiego, zaangażowania”.
Być może europoseł i reżyser liczy na to, że polscy wyborcy mają pamięć złotej rybki, ale dla przypomnienia: Rosja w przeszłości wielokrotnie posługiwała się gazem jako bronią energetyczną przeciw Polsce. Jednym z wielu przykładów jest styczeń 1992 r., gdy nasi sąsiedzi ograniczyli o 50 proc. dostawy tego surowca nad Wisłę. Mało? To przenieśmy się bliżej współczesności, do 2010 r. Negocjowana wówczas polsko-rosyjska umowa w sprawie importu „błękitnego paliwa” zakładała, że nie będziemy mogli go reeksportować. Nie moglibyśmy się w ten sposób pozbyć ani metra sześciennego gazu, co oznaczałoby, że skazujemy się na zaśmiecenie Polski niepotrzebnym surowcem. Na tym nie koniec – zgodnie z dokumentem bylibyśmy uzależnieni od Gazpromu aż do 2037 r. (!).
Ołeszki umierają z głodu. Zawieszenie broni, aby ratować dzieci, a nie negocjacje
I tu do akcji wkroczyła Unia Europejska, ten znienawidzony przez Brauna „Eurokołchoz”, a konkretnie Komisja Europejska. Wskutek interwencji KE obie strony musiały jeszcze raz usiąść do stołu, czego efektem było m.in. wycofanie zapisu o zakazie reeksportu. Tyle o gazie, ale lider Korony i jego środowisko proponują również, w imię lepszych relacji z Moskwą, radykalne obniżenie naszego bezpieczeństwa militarnego. Pod jakże patriotycznym hasłem „Na polskiej ziemi tylko polski żołnierz” kryje się przecież postulat wycofania z Polski wojsk NATO. Dokładnie tego oczekiwał Putin w 2021 r., kiedy jego ludzie przedstawiali Amerykanom projekt umowy Rosja–NATO o gwarancjach bezpieczeństwa. Rosyjski dyktator nie zmienił zdania do dziś, a historia uczy, że z Kremlem można coś ugrać tylko, jeśli trzyma się głowę wysoko. Nie między kolanami, jak chciałby Braun.
Decydująca wojna dla I RP
„Liczne doświadczenia upewniły nas o tym, że władca ten był zawsze przeciwny naszym interesom, że nie było w Polsce żadnego wymierzonego przeciwko nam wydarzenia, na czele którego on by nie występował lub w którym nie miał udziału” – tak caryca Katarzyna II pisała o Stanisławie Auguście Poniatowskim pod koniec 1794 r. Czyżby ostatni monarcha I RP, wbrew powszechnie panującej opinii, aż tak wybił się na niepodległość wobec Rosji? Niestety, nie do końca: w ciągu ponad 30 lat panowania król miewał momenty większej stanowczości w stosunku do Kremla, ale finalnie niemal zawsze ulegał Rosjanom. To i tak było za dużo dla Katarzyny, która oczekiwała na polskim tronie bezwolnej marionetki.
Pod tym względem Stanisław August ją rozczarował, ale nie miał na tyle odwagi (złośliwi powiedzieliby, że cojones), żeby pozostać konsekwentnym w oporze. I to w najważniejszych historycznych momentach, jak podczas wojny polsko-rosyjskiej (1792). Gdy 17 maja tego roku blisko 100 000 żołnierzy carycy przekroczyło granicę z Rzeczpospolitą, mogło się wydawać, że kampania potrwa najwyżej 2–3 tygodnie. Ówczesna polska armia stanowiła bowiem plac budowy, i to taki, na którym ledwo zdołano wylać fundamenty pod przyszły gmach. W dodatku dowodzący na odcinku litewskim Ludwik Wirtemberski okazał się zdrajcą. Nim otrzymał dymisję, przez kilka tygodni pozorował obronę, tak naprawdę zapraszając agresorów w głąb kraju.
Mimo tak niekorzystnych warunków do końca lipca „główne siły [naszych] wojsk [...] zostały zachowane, a straty osobowe były niewielkie” (dr Adam Danilczyk). Pesymista mógłby zauważyć, że do tego czasu Rosjanie zajęli ziemie do linii Bugu. Owszem, ale na niezajętym jeszcze obszarze (od Wielkopolski po Lubelszczyznę) polscy żołnierze mogli liczyć na szybsze dostawy broni, amunicji i żywności, a także na posiłki. Co więcej, wojska pruskie, które mogłyby potencjalnie wspomóc atakujących, były wówczas zaangażowane w wojnę z rewolucyjną Francją. Książę Józef Poniatowski, dowódca na odcinku koronnym (litewskim po pożegnaniu Wirtemberskiego kierował Michał Zabiełło), opracował nawet plan kontrofensywy, która mogła zmienić losy wojny.
Kijów chce przyspieszenia negocjacji. Krytyczna sytuacja przed zimą
Caryca dyktuje, Stanisław August kapituluje
Nie da się wykluczyć, że jedna czy dwie decydujące bitwy z Rosjanami zakończyłyby się naszą klęską. Równie prawdopodobny był jednak militarny sukces, łącznie z wypchnięciem agresorów za Bug. Co na to wszystko Stanisław August? Zawczasu był zdecydowany na kapitulację, o czym poufnie poinformował (poprzez swojego współpracownika, Joachima Chreptowicza) rosyjskiego ambasadora. Jakow Bułhakow raportował carycy 18 lipca: „Wicekanclerz Chreptowicz, przybywając na polecenie króla, oznajmił mi, że [Polacy] zamierzają we wszystkim stosować się do moich rad”. Tym samym Poniatowski sam zdał się na łaskę i niełaskę Katarzyny oraz jej reprezentanta, podczas gdy jego armia wciąż się biła. Mało tego, nie była wcale skazana na porażkę.
Jeśli jednak król z góry stawiał siebie i wojsko w roli petentów, i to z nosem przy samej ziemi, trudno się dziwić, że imperatorowa podyktowała mu warunki najsurowsze z możliwych. W liście skierowanym bezpośrednio do Stanisława Augusta zażądała, aby polscy żołnierze natychmiast złożyli broń. Z kolei sam monarcha miał niezwłocznie przystąpić do konfederacji targowickiej. Caryca oczekiwała przy tym, że różne akty prawne, które przegłosował w ostatnich latach sejm i które modernizowały Rzeczpospolitą, zostaną anulowane. W tym Konstytucja 3 Maja: „Idzie o to, aby wrócić Rzeczypospolitej dawną jej wolność i formę rządu, zagwarantowaną traktatami z nią mojemi, a wywróconą gwałtownie przez rewolucyję 3-go maja, ze wzgardą praw najświętszych”.
Trump chce wrócić do interesów z Rosją i Ukrainą. „Po tym, jak ta wojna się zakończy”
Mimo że nasz bohater należał do głównych autorów owej „rewolucyji”, nie miał większych wątpliwości co do tego, że należy przyjąć rosyjskie ultimatum. Następnie zwołał na Zamku Królewskim naradę rady ministerialnej, której większość opowiedziała się za kapitulacją. W sumie nic dziwnego, skoro Poniatowski zadbał o to, aby w jej składzie przeważali ludzie ulegli wobec Rosji. Dalsze wydarzenia to już równia pochyła: złożenie broni przez Polaków (w proteście przeciw rozkazowi króla z wojska odeszło około 200 oficerów, w tym książę Józef i Tadeusz Kościuszko), Rosjanie wkraczający do Warszawy, wreszcie II i III rozbiór Polski. Oddajmy jeszcze głos profesorowi Richardowi Butterwickowi, który w jednym z wywiadów podsumował postawę króla. Jak stwierdził: „Ulegając szantażowi imperatorowej [...], upuścił z rąk jedyne karty, które jeszcze mu pozostały, w postaci bitnego i ochoczego wojska i poparcia opinii publicznej. Faktyczne skutki jego kapitulacji okazały się opłakane”. Nic dodać, nic ująć.
„Car za bardzo jest człowiekiem honoru”
Z polityków, którzy przyjęli orientację na Rosję w dobie zaborów, najbardziej dali się zapamiętać Aleksander Wielopolski i Roman Dmowski. W przypadku pierwszego współpraca z zaborcą skutkowała kilkoma zamachami na życie, a wreszcie doprowadziła do wybuchu powstania styczniowego. Drugi w porę skorygował polityczny kurs i postawił na Francję oraz Wielką Brytanię, dzięki czemu uchodzi dziś za jednego z ojców odzyskania przez Polskę niepodległości. Ale po kolei: margrabia Wielopolski dał się poznać jako zwolennik ugody z Rosją już w 1846 r. Opublikował wtedy (anonimowo) słynny „List polskiego szlachcica w sprawie rzezi galicyjskiej, adresowany do księcia Metternicha”. Choć oficjalnym adresatem był kanclerz Austrii, w rzeczywistości pismo stanowiło polityczną ofertę wobec cara Mikołaja I.
Przyszły naczelnik rządu cywilnego Królestwa Polskiego argumentował w nim, że urzędnicy zaboru austriackiego celowo podsycali konflikt na linii polska szlachta – polscy chłopi, aż wreszcie doprowadzili do tzw. rabacji galicyjskiej. Pod tą nazwą kryją się masowe ataki włościan na właścicieli ziemskich i ich majątki na terenie Małopolski (m.in. okolice Tarnowa i Nowego Sącza), do których doszło w lutym i marcu 1846 r. Z chłopskich rąk zginęły wówczas 2–3 tysiące osób, nie tylko ziemian, ale też urzędników dworskich czy księży. Polityczną odpowiedzialnością za tę tragedię Wielopolski obarczył właśnie kanclerza Metternicha, którego uznał za dwulicowca z krwią na rękach.
Pozytywnej oceny doczekał się za to car, który „jest zbyt dobrym szlachcicem, by pozwolić, nawet wśród swych wrogów, zabijać podobnych sobie; jest zbyt uczciwy, by ich niszczyć gwoli przezorności, i za bardzo jest człowiekiem honoru, aby znieważać swoje ofiary”. W związku z tym polskie społeczeństwo, a zwłaszcza jego wyższe warstwy, powinny zwrócić się ku dynastii Romanowów. „Szlachta polska bez wątpienia wolała będzie kroczyć wraz z Rosjanami na czele cywilizacji słowiańskiej, młodej, krzepkiej i ku przyszłości zwróconej, niźli, wzgardzona, znienawidzona, znieważona, miała się wlec na samym końcu waszej [austriackiej] cywilizacji, zgrzybiałej, dokuczliwej i zarozumiałej” – oto wizja Wielopolskiego, którą próbował zainteresować władze zaboru rosyjskiego. Bezskutecznie, aż do początku lat 60. XIX wieku.
Drony uderzyły w Rosję. Wielki kombinat petrochemiczny stanął w ogniu
Polityk objął wówczas wysokie stanowiska w zaborczej administracji: najpierw dyrektora rządowej komisji do spraw wyznań religijnych i oświecenia publicznego, potem dyrektora komisji sprawiedliwości, wreszcie naczelnika rządu cywilnego. Jaki jest bilans jego działalności? Po jednej stronie mamy szereg reform, od reaktywacji uniwersytetu w Warszawie (Szkoła Główna) i rozpoczęcia budowy około 2000 szkół, przez stopniowe znoszenie pańszczyzny i zastępowanie jej czynszem, po próbę upowszechnienia języka polskiego w urzędach i sądach. Po drugiej akceptowanie rosyjskich represji wobec niepokornych Polaków, włącznie ze strzelaniem do cywilów. Przykładem jest masakra w Warszawie, do której doszło 8 kwietnia 1861 r. Carskie wojsko otworzyło wówczas ogień do demonstrantów, zabijając ponad 100 osób (według niektórych źródeł nawet 200) i raniąc ponad 500.
Wielopolski nie miał też nic przeciwko brance, czyli przymusowemu poborowi patriotycznie nastawionej młodzieży do rosyjskiej armii. Nie tylko godził się na to, że kilkanaście tysięcy jego rodaków trafi tam na 15–20 lat, ale i na to, że kilka tysięcy z nich może zginąć w trakcie służby. Ba, namawiał wręcz Rosjan do zorganizowania branki, aby w ten sposób sparaliżować niepodległościową konspirację. Gdy natomiast to się nie udało i wybuchło powstanie styczniowe, dążył do jego szybkiego stłumienia, bez względu na to, ilu powstańców zginie. Powiedzieć, że ta postawa nie wystawia mu najlepszego świadectwa, to eufemizm i nic dziwnego, że margrabiego nie znajdziemy na pomnikach czy banknotach. Gotowość do rozlewu bratniej krwi to hańba, niezależnie od tego, czy mówimy o margrabim Wielopolskim, czy np. Wojciechu Jaruzelskim.
Zełenski gotowy na trójstronne spotkanie. „Nawet jutro”
Dmowski, generał-gubernator i rosyjskie bydło
O autorze stanu wojennego jeszcze będzie mowa, tymczasem pora poświęcić kilka akapitów Dmowskiemu. Jemu również zarzucano, że, idąc na współpracę z caratem, nie waha się poświęcić życia kilkudziesięciu, a może i kilkuset Polaków. Podczas rozmowy z rosyjskim premierem Siergiejem Wittem (odbyła się w 1905 r. w Petersburgu) przywódca endecji miał bowiem zadeklarować, że jeśli Królestwo Polskie otrzyma autonomię, on w zamian „wyrżnie” miejscowych socjalistów. Tyle że ten zarzut to nic innego jak jeden z elementów czarnej legendy „Pana Romana”. W rzeczywistości Dmowski niczego takiego nie powiedział, domagał się natomiast odwołania stanu wojennego i wprowadzenia polskiego samorządu w Kongresówce.
Witte uchylił się od dyskusji na ten temat, stwierdzając, że „takie rzeczy [jak samorząd] nie przychodzą od razu”. To nie zraziło przywódcy polskiej prawicy i w kolejnych latach kontynuował kurs obliczony na jakieś porozumienie z Petersburgiem. Spolszczenie szkoły i administracji w Królestwie, to były ustępstwa, które na początek zadowoliłyby Dmowskiego. Na początek, bo jego wyobraźnia polityczna sięgała znacznie dalej: ku autonomii Kongresówki, zjednoczeniu ziem wszystkich trzech zaborów pod carskim berłem, wreszcie ku pełnej niepodległości. Z oczywistych względów nie mówił o tym Rosjanom, starał się za to, jako prezes polskiego koła w izbie niższej parlamentu (Dumie, 1907–1909), forsować korzystne dla Polaków rozwiązania.
Czy najlepszy sojusznik może nam wyłączyć obronę? Lekcja z Ukrainy
Za jakikolwiek gest posłów wobec polskiej mniejszości trzeba było jednak płacić. Czym? A na przykład głosowaniem za zwiększeniem liczby rekrutów z Królestwa Polskiego, przewidzianych do służby w rosyjskich szeregach. Dmowski nie tylko sam poparł ten projekt, ale i narzucił reszcie koła podobną decyzję. Nie czynił tego jednak z uśmiechem na ustach, jak głosili niektórzy z polskiej lewicy. Raczej niczym Jarosław Gowin podnosił rękę, ale się nie cieszył, a w prywatnej korespondencji dawał wyraz swojej pogardzie dla Rosji i Rosjan. „Jeżeli jest nagroda w życiu przyszłym za dobre czyny, to fraternizowanie [się] z [rosyjskim] bydłem, do którego nikt większego wstrętu ode mnie nie miał, będzie mi policzone jako największe poświęcenie mojego życia” – z listu do Ignacego Jana Paderewskiego.
Zarazem największy rywal Józefa Piłsudskiego zdawał sobie sprawę, że pewnych granic w kontaktach z zaborcą nie należy przekraczać. Tylko jeden epizod: kiedy zaprzyjaźniona z Dmowskim rodzina Lutosławskich miała ugiąć się przed warszawskim generał-gubernatorem Gieorgijem Skałonem i przyjąć go u siebie w domu, „Pan Roman” stanowczo zaprotestował. „Mówił żywo: – Tego człowieka nie można przyjąć w polskim domu! – [...], wolę dwa razy zapłacić, aby tylko tego wstydu nie miała wasza kochana rodzina” (ze wspomnień Izabelli Lutosławskiej). Dodajmy, że Skałon „zasłynął” m.in. wydawaniem wyroków śmierci na bojowników Polskiej Partii Socjalistycznej, i to z pominięciem sądu.
Wrzód na sowieckim tyłku, czyli Gomułka
Któż z nas znalazłby w sobie odwagę, żeby wejść w dyskusję ze Stalinem, a tym bardziej żeby mu odmówić? Takim śmiałkiem okazał się Władysław Gomułka, gdy radziecki dyktator w grudniu 1948 r. polecił mu wejść w skład Biura Politycznego właśnie powstającej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. „Wiesław” odparł, że nie może tego zrobić, bo jest mu nie po drodze z Bolesławem Bierutem (niebawem przywódcą PZPR) i jego najbliższymi współpracownikami: Jakubem Bermanem i Hilarym Mincem. I ani dalsze namowy Generalissimusa, ani ostra reakcja przysłuchującego się rozmowie byłego szefa NKWD Ławrientija Berii („Jak śmiecie odmawiać, kiedy Stalin wam proponuje!”) tego nie zmieniły. Ostatecznie zgodził się na bycie członkiem innego partyjnego ciała – Komitetu Centralnego.
Co ciekawe, Stalin miał powstrzymywać Berię przed atakami na Gomułkę („Ty, prokuratorze, lepiej byś milczał”). Mało tego, po kolejnej złośliwości swojego współpracownika, wymierzonej w „Wiesława”, nie bawił się już w uprzejmości i podobno wyprosił go za drzwi. Skąd taka wyrozumiałość dyktatora ZSRR wobec polskiego komunisty? Być może, jak sugeruje prof. Jerzy Eisler, wypowiedzi Gomułki były dla niego specyficzną formą rozrywki, zabawnym przerywnikiem w posyłaniu kolejnych tysięcy ludzi na śmierć. Oto bowiem znalazł się ktoś, kto nie bał się z nim polemizować, zgłaszać pretensji, i to nie tylko w sprawach kadrowych. Polski polityk protestował np. przeciwko masowemu wywożeniu przez Sowietów sprzętu fabrycznego i gospodarskiego z tzw. Ziem Odzyskanych. Efekt? Stalin nakazał, aby decyzja o demontażu i wywozie wyposażenia fabryk poniemieckich była każdorazowo konsultowana z władzami Polskiej Partii Robotniczej (na czele której stał Gomułka).
Europa chce swojego człowieka w negocjacjach pokojowych. Media podają nazwiska
W praktyce bywało z tym bardzo różnie, ale fakt pozostaje faktem. „Wiesław” dał się również we znaki następcy Generalissimusa na kremlowskim tronie. Nikita Chruszczow przekonał się o tym podczas polsko-radzieckich rozmów w Belwederze w październiku 1956 r. I sekretarz KC KPZR przyjechał wówczas do Warszawy, aby obalić Gomułkę, który objął przywództwo w Polsce wbrew jego woli. Tymczasem „Kiedy Chruszczow [...] w pewnej chwili arbitralnie stwierdził: «Robotnicy nie przyznają wam racji», Gomułka zareplikował, że gotów jest pójść z nim do jakiegokolwiek zakładu pracy, a wtedy przekona się, komu robotnicy przyznają rację. W sporze z Chruszczowem Gomułka stracił panowanie nad sobą, zapomniał się i przeszedł na język polski, mówił szybko, jak w transie, w kącikach ust wystąpiła mu piana [...]. Chruszczow bezradnie mu się przyglądał, daremnie prosząc, aby przeszedł na rosyjski, wreszcie ogłoszona została krótka przerwa”.
W kolejnych latach I sekretarz PZPR wykłócał się z Sowietami o przeróżne rzeczy: o kilkaset milionów rubli rekompensaty za węgiel dostarczany wcześniej do ZSRR po kosztach (skutecznie), o kolejne pożyczki w zbożu i towarach, o uzyskanie sowieckich gwarancji dla granicy PRL na Odrze i Nysie Łużyckiej (udało się to w 1965 r.) itd. I choć skończył, mając na sobie krew trójmiejskich robotników, trzeba mu oddać, że nie wchodził władcom Kremla między pośladki. Przeciwnie, był raczej jak wrzód na tyłku, który nijak nie chce zniknąć. I szkoda tylko, że nie mogli tego o sobie powiedzieć inni przywódcy PZPR, choćby Wojciech Jaruzelski. Nie kto inny, a właśnie generał domagał się od Sowietów interwencji zbrojnej w Polsce w razie niepowodzenia stanu wojennego. „Jeśli robotnicy wyjdą z zakładów pracy i zaczną [...] organizować demonstracje uliczne itd., gdyby to miało ogarnąć cały kraj, to wy (ZSRR) będziecie nam musieli pomóc [militarnie]” – przekonywał Wiktora Kulikowa, naczelnego dowódcę wojsk Układu Warszawskiego, w nocy z 9 na 10 grudnia 1981 r.


