Dymisja prof. Barbary Mróz-Gorgoń cieszy, bo sam chciałem się jej domagać, zanim pełnomocniczka rządu ds. promocji marki Polski zdecydowała się odejść. Smuci, bo zanim do dymisji doszło, ucierpiały marka Polski i finanse publiczne, a rykoszetem oberwało środowisko akademickie. Najbardziej niepokoi jednak to, że na koniec zamiast prostego „przepraszam” usłyszeliśmy o „niewyobrażalnej skali hejtu”.
Nie wiem, czy można wymyślić bardziej przewrotną historię o promocji kraju. Powołuje się pełnomocniczkę, która ma zadbać o spójny i profesjonalny wizerunek Polski, a po niespełna miesiącu jej nazwisko staje się bohaterem wielkiego kryzysu wizerunkowego.
Dowiedz się więcej: Dymisja w rządzie. Pełnomocniczka od marki Polska rezygnuje.
Miało być lepiej. Wyszło tragikomicznie.
Żeby było jasne: jeżeli pod adresem Barbary Mróz-Gorgoń kierowano groźby, obelgi czy komentarze dotyczące jej wyglądu albo życia prywatnego, nie ma dla tego usprawiedliwienia. Chamstwo nie staje się dopuszczalne tylko dlatego, że jego adresatem jest osoba, która popełniła błędy. Ale czym innym jest hejt, a czym innym krytyka. Pytania o jakość raportu, metodologię, źródła, wykorzystanie sztucznej inteligencji, publiczne pieniądze czy odpowiedzialność autorów nie są nagonką. Są normalną konsekwencją wejścia w sferę publiczną, zwłaszcza wtedy, gdy wchodzi się do niej jako profesor uczelni i z rządową nominacją.
Właśnie dlatego tłumaczenie dymisji przede wszystkim „niewyobrażalną skalą hejtu” brzmi jak kolejna próba ustawienia siebie w roli ofiary wydarzeń, które przecież nie wzięły się znikąd.
Wcześniej też było z wyjaśnieniami osobliwie. Raz raport miał być rzetelnym opracowaniem, innym razem dokumentem typu work in progress, który właściwie nie miał być publicznie prezentowany. Tyle że prezentowany był. I to nie w piwnicy znajomego, lecz podczas wydarzenia w Akademii Leona Koźmińskiego.
Problem nie polega więc na tym, że internet okazał się złośliwy. Problem polega na tym, że do przestrzeni publicznej trafił materiał marnej jakości – przygotowany pod kierunkiem osoby, która chwilę później miała odpowiadać za markę Polski.
Czytaj także: Raport o Marce Polska zniknął ze strony think tanku. Publikujemy go na Zero.pl
Marka Polska po przejściach
Donald Tusk, przedstawiając minister Barbarę Mróz-Gorgoń, mówił o niej jako o wybitnej specjalistce od budowania marki. Sama funkcja była potrzebna. Od lat kolejne instytucje państwa prowadzą własne działania promocyjne, często bez większej koordynacji, wspólnego języka czy choćby uzgodnionej odpowiedzi na pytanie, czym właściwie ma być współczesna marka Polska.
Można więc było oczekiwać profesjonalizacji. Tymczasem symbolem pierwszych tygodni urzędowania pełnomocniczki stał się raport, z którego internauci wyciągali błędy, osobliwe sformułowania i wątpliwe odwołania do źródeł. Do tego doszedł chaos komunikacyjny wokół tego, czym ten dokument właściwiebył, w jakim zakresie wiązał się z projektem finansowanym ze środków Ministerstwa Sportu i Turystyki i dlaczego znalazło się na nim logo resortu, od którego później samo ministerstwo zaczęło się dystansować.
I tu pojawia się odpowiedzialność rządu. Oczywiście premier nie czyta każdej publikacji przygotowanej kiedykolwiek przez każdą osobę, którą powołuje na stanowisko. Ale jeśli ktoś ma odpowiadać za markę całego państwa, a premier przedstawia tę osobę opinii publicznej jako wybitną ekspertkę, można oczekiwać, że wcześniej sprawdzono jej najważniejsze dokonania.
Raport istniał przed nominacją. Jeżeli był tak ważnym elementem aktywności minister Barbary Mróz-Gorgoń, pytanie o to, czy ktokolwiek w rządzie zapoznał się z nim przed powołaniem, jest całkowicie zasadne. Jeśli się zapoznał – źle. Jeśli nie – chyba jeszcze gorzej.
Nie chodzi o to, by dopisywać Donaldowi Tuskowi autorstwo błędnych przypisów czy lokalizowanie Katowic na mapie Polski. Chodzi o odpowiedzialność polityczną za jakość nominacji. Premier powołał pełnomocniczkę. Premier firmował swoim autorytetem jej kompetencje. A państwo kilka tygodni później musiało gasić pożar wywołany wokół osoby, która miała profesjonalizować właśnie jego komunikację. Trudno o bardziej spektakularną antyreklamę.
Podobnie jest z publicznymi pieniędzmi. Trzeba być tu precyzyjnym: nie można sprowadzać sprawy do prostego hasła, że „raport kosztował 200 tysięcy złotych”, skoro resort wskazuje, że wynagrodzenie obejmowało szersze zadanie.
Nie zmienia to jednak podstawowego problemu. Publiczne środki zostały zaangażowane w przedsięwzięcie, którego najbardziej widocznym rezultatem okazał się wizerunkowy kryzys.
Można przepalić pieniądze, nie wrzucając ich przecież dosłownie do pieca.
Zły to ptak
Jest jednak w tej sprawie wymiar, który uważam za szczególnie przykry. Barbara Mróz-Gorgoń jest nie tylko specjalistką od marketingu. Jest doktorem habilitowanym i profesorem uczelni. W chwili, w której dyskusja zaczęła dotyczyć jakości opracowania, sposobu prowadzenia badań, źródeł i rzetelności, oberwało środowisko akademickie. A potem oberwało po raz drugi.
Szczególnie niefortunnie zabrzmiało jedno z jej wyjaśnień:
Biję się w piersi, wykorzystywałam AI, myślę, że co drugi profesor na świecie wykorzystuje.
Barbara Mróz-Gorgoń w Polsat News
Nikt rozsądny nie stawia zarzutu polegającego na samym używaniu sztucznej inteligencji, gdy jest ona tylko narzędziem, które pomaga w transkrypcji, porządkowaniu materiału czy redakcji. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek przestaje kontrolować rezultat pracy narzędzia, a do tekstu trafiają wygenerowane błędy, niezweryfikowane informacje albo wadliwe odwołania do źródeł.
Dlatego argument, że „co drugi profesor” korzysta z AI, niewiele wyjaśnia. Co więcej, w kontekście tej sprawy może pozostawiać fałszywe wrażenie, że krytykowane praktyki są w świecie akademickim czymś zwyczajnym. Nie ma podstaw do takiego uogólnienia.
AI nie przejmuje odpowiedzialności naukowca. Tym bardziej jej nie rozmywa. Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce już w preambule przypomina, że każdy uczony ponosi odpowiedzialność za jakość i rzetelność prowadzonych badań oraz za wychowanie młodego pokolenia. Przyjęty przez środowisko akademickie Kodeks „Dobre praktyki w szkołach wyższych” ujmuje rzecz jeszcze prościej: „Podstawową wartością etosu akademickiego jest prawda”. To nie są ozdobniki pisane na akademickie uroczystości.
Dlatego prof. Barbara Mróz-Gorgoń jest winna przeprosiny także środowisku akademickiemu. Nie dlatego, że jedna profesor reprezentuje całą polską naukę – właśnie dlatego, że jej nie reprezentuje. Nie powinna więc używać środowiska jako tarczy, kiedy sama znajduje się pod ostrzałem krytyki.
Zły to ptak, który własne gniazdo kala. Jeszcze gorzej, gdy robi to bezpodstawnie po to, żeby swój własny kłopot przerzucić na całe stado.
Jest tu zresztą jeszcze jeden problem: pomieszanie ról
Barbara Mróz-Gorgoń występuje publicznie jako profesor uczelni i właśnie akademicki autorytet jest jednym ze źródeł jej eksperckiej wiarygodności. Tymczasem raport nie powstał jako opracowanie
Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, lecz poza strukturą uczelni – został przygotowany przez Fundację Marka Polska Think Tank, której Mróz-Gorgoń jeszcze do niedawna była prezeską.
Samo łączenie pracy naukowej z działalnością ekspercką poza uczelnią nie jest oczywiście niczym nagannym. Przeciwnie, transfer wiedzy do otoczenia społecznego i gospodarczego jest potrzebny. Problem pojawia się wtedy, gdy w działalności prowadzonej poza uczelnią korzysta się z autorytetu wynikającego z pozycji akademickiej, a jednocześnie za jakość powstałego produktu uczelnia jako instytucja nie odpowiada.
Warto więc zapytać, dlaczego przedsięwzięcie tak mocno przedstawiane jako efekt pracy badawczej nie zostało zrealizowane z udziałem uczelni jako instytucji. Uczelnie mogą przecież prowadzić badania na zlecenie, przygotowywać ekspertyzy i świadczyć usługi badawcze. W takim modelu akademicki szyld idzie w parze z instytucjonalną odpowiedzialnością za przedsięwzięcie.
Być może były powody, dla których wybrano inną ścieżkę. Chętnie je poznam. Trudno jednak nie dostrzec osobliwej asymetrii: akademicki autorytet pomaga budować wiarygodność ekspercką, ale samo przedsięwzięcie realizowane jest poza uczelnią. Budowanie marki osobistej pełną parą. Jak to się skończyło? Wszyscy właśnie obserwujemy.
I właśnie dlatego jeszcze bardziej razi późniejsze zasłanianie się akademickością. Nie można czerpać wiarygodności z pozycji profesora, prowadzić przedsięwzięcia poza uczelnią, a gdy jego jakość zostaje zakwestionowana – odpowiadać, że „co drugi profesor” korzysta ze sztucznej inteligencji. Zresztą również twierdzenie o „co drugim profesorze na świecie” pozostaje twierdzeniem, na którego poparcie również nie przedstawiono żadnych wyników badań.
Bronić nauki, pilnować standardów
To wszystko potwornie zasmuca. Dlaczego? Tysiące naukowców codziennie żmudnie zbiera dane, sprawdza źródła, poprawia teksty, odpowiada recenzentom i pilnuje metodologii. Oni nie mają nic wspólnego z tą historią.
A jednak to także oni muszą później mierzyć się z komentarzami w rodzaju: „tak wygląda polska nauka”. Nie, tak nie wygląda polska nauka.
Nie zgadzam się na wylewanie pomyj na środowisko akademickie, gdy stawia się mu bezpodstawne zarzuty albo gdy odpowiedzialność jednej osoby próbuje się rozciągnąć na tysiące naukowców. Krytyka patologii jest potrzebna. Antyakademickie, populistyczne połajanki – nie.
Ale działa to również w drugą stronę. Obrona środowiska nie może oznaczać udawania, że wszystko, co robi człowiek na stanowisku lub z tytułem profesora, automatycznie zasługuje na obronę. Przeciwnie. Im bardziej społeczeństwo ma ufać nauce, tym bardziej samo środowisko powinno być bezkompromisowe wobec działań, które mogą to zaufanie podważać.
Jeżeli doszło do złych praktyk, trzeba je nazwać i wyeliminować. Jeżeli naruszono standardy akademickie, sprawę trzeba wyjaśnić i wyciągnąć konsekwencje. Jeżeli zaś okoliczności dawałyby podstawy do podejrzenia przewinienia dyscyplinarnego nauczyciela akademickiego, nie widzę powodu, by z góry wykluczać także postępowanie dyscyplinarne.
Nie przesądzam jego wyniku. Od tego są procedury, dowody, rzecznik dyscyplinarny i prawo do obrony. Równie nieuczciwe byłoby wydawanie dziś wyroku, jak uznanie z góry, że skoro sprawa zrobiła się niewygodna, najlepiej już o niej zapomnieć.
To jest gra o zbyt dużą stawkę. Nauka korzysta ze szczególnego kredytu społecznego zaufania. Profesor wypowiadający się publicznie nie jest – i nie powinien być – odbierany dokładnie tak samo jak internetowy influencer czy przedstawiciel tzw. komentariatu.
Raport opisany jako efekt badań otrzymuje inny status niż wpis na Facebooku. Ekspertyza przygotowana przez naukowca ma oddziaływać właśnie dlatego, że odbiorca zakłada istnienie metod, standardów, weryfikacji i odpowiedzialności.
Jeżeli sami zaczniemy traktować te standardy jak dekorację, nie powinniśmy się potem dziwić, że ktoś kwestionuje autorytet całej akademii.
Dlatego nie widzę tu żadnej sprzeczności. Można – i trzeba – stanowczo bronić środowiska akademickiego przed pomówieniami, a jednocześnie równie stanowczo domagać się konsekwencji tam, gdzie rzeczywiście zawiodły standardy. Właśnie na tym polega odpowiedzialność za własne środowisko.
Michała Wosia język szaletu
To wszystko nie oznacza, że każda krytyka Barbary Mróz-Gorgoń zasługuje na pochwałę. Poseł Michał Woś postanowił pisać o „typiarze”, która „za grubą kasę” nie potrafi przygotować raportu. Jakby tego było mało, swój wpis opatrzył ikoną klauna. Poziom godny bruku.
Można uważać raport za kompromitację. Można żądać wyjaśnień, rozliczenia publicznych pieniędzy i dymisji. Można też używać ironii. Ale od posła na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej obywatele mają prawo oczekiwać języka nieco bardziej wyrafinowanego niż język wątpliwej urody szaletu.
Ostra krytyka nie wymaga ani też nie usprawiedliwia chamstwa. Przeciwnie: najlepiej trafia wtedy, gdy jest merytoryczna. Michał Woś dostał do ręki materiał, który właściwie komentował się sam, po czym uznał najwyraźniej, że trzeba jeszcze dolać do niego trochę rynsztokowej stylistyki. Nie trzeba było.
I tu dochodzimy do absurdalnej puenty. Z jednej strony mamy pełnomocniczkę odpowiedzialną za markę Polska, która staje się źródłem poważnego kryzysu wizerunkowego. Z drugiej – parlamentarzystę, który reagując na ten kryzys, pokazuje poziom polskiej debaty publicznej.
Gdyby ktoś chciał na tej podstawie sporządzić kolejny „Polaków portret własny”, materiału miałby pod dostatkiem.
Nie wszystko jest hejtem
Najbardziej niepokoi mnie jednak finał tej historii. Dymisja była właściwą decyzją. Można byłoby nawet uznać sprawę za przykład tego, że odpowiedzialność w życiu publicznym jeszcze czasem istnieje. Człowiek popełnia poważny błąd, nie radzi sobie z kryzysem, odchodzi z funkcji. Koniec.
Tyle że na koniec pada uzasadnienie o „niewyobrażalnej skali hejtu”. I w tym miejscu coś się nie zgadza. Hejt istnieje i jest poważnym problemem. Tym bardziej nie należy tym słowem obejmować wszystkiego, co jest dla danej osoby nieprzyjemne. Krytyka nie staje się hejtem dlatego, że jest masowa. Pytanie o odpowiedzialność nie staje się hejtem dlatego, że boli.
Wyśmianie błędu nie zawsze jest eleganckie, ale również nie każda kpina jest przemocą. Osoba publiczna ma prawo domagać się szacunku. Nie ma prawa domagać się braku krytyki.
W całej tej historii zabrakło mi jednego prostego zdania: „Popełniłam błędy, przepraszam”. Mogłoby też paść: „Przepraszam tych, których zawiodłam. Przepraszam podatników. Przepraszam środowisko akademickie, które z tą sprawą nie ma nic wspólnego”.
Takie słowa nie naprawiłyby raportu. Ale przynajmniej pokazałyby, że osoba zawodowo zajmująca się komunikacją rozumie najprostszą zasadę komunikowania w kryzysie: czasem najlepszą strategią jest przyznać, że coś poszło źle.
Dymisja prof. Barbary Mróz-Gorgoń cieszy, bo była konieczna. Smuci, bo nigdy nie powinno było dojść do sytuacji, w której konieczna się stała. Z funkcji można odejść jednym oświadczeniem. Z odpowiedzialności – nie.


