Na placu pod Szczytem Jasnej Góry tłum jest jak rzeka. Płyną nią siostry zakonne, rodziny z dziećmi, starsze kobiety, chorzy na wózkach i gospodynie wiejskie z koszami pełnymi pierogów. Jedni proszą o zdrowie, inni o dziecko, jeszcze inni o siłę przed tym, co dopiero nadejdzie. Przyszli do Matki – tej, która, jak wierzą, rozumie bez tłumaczenia.

- 70 lat po Jasnogórskich Ślubach Narodu tłum wciąż przychodzi przed obraz Czarnej Madonny z tym samym bagażem: chorobą, lękiem, nadzieją i prośbą o cud.
- „Dla Niej nic nie jest niemożliwe” – mówią siostry zakonne. Pielgrzymi niechętnie używają słowa „intencja”. Wolą opowiadać o tym, co boli.
- Przy jasnogórskich wałach świętość przeplata się z jarmarkiem: obok modlitw i procesji są stoiska Kół Gospodyń Wiejskich, pierogi, swojska kiełbasa i ludowe rękodzieło.
- W Kaplicy Cudownego Obrazu nagle zapada cisza. Po chwili rozdziera ją szloch dziewczynki na wózku.
Na Placu pod Szczytem Jasnej Góry wielokolorowy tłum. Widzę go z daleka. Toczymy się krok za krokiem, w ciszy. Chcemy być jak najbliżej ołtarza, gdzie za chwilę rozpoczną się obchody 70. rocznicy Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego oraz Uroczystości Matki Boskiej Częstochowskiej.
Czytaj też: Pielgrzymka do Częstochowy. O to najczęściej modlą się pielgrzymi
Przyszli po cud
Gromadzą się pątnicy i łączą w kompanie. Noszą pod pachami krzesełka wędkarskie, koce, taboreciki. Gdzieniegdzie szmery, ciche rozmowy i szeptane modlitwy. Pozwalam się wymijać ludziom, siostrom zakonnym, chorym, „skrzywdzonym i poniżonym” przez los i ludzi, jadą również obok mnie niepełnosprawni na wózkach. Myślę o pojemności serca Tej, do której podążają. Im bliżej jasnogórskich wałów, tym wyraźniej słyszę jeden, wspólny psalm ludu kroczący do pocieszycielki i orędowniczki najcichszych. Chowam wrodzony sceptycyzm do kieszeni. Wchłaniam i dopytuję.
– Maria jest pośredniczką, drogi panie – tłumaczy mi siostra Konsolata, Urszulanka z Krakowa. – Ona zanosi nasze błagania do swojego syna. Dla Niej nic nie jest niemożliwe. Proszę to zanotować!
Po takim dictum zamieniam się w uczniaka i wiernie spisuję. Dopytuję jeszcze o intencje. Jestem ciekaw z czym siostra przychodzi na Jasną Górę.
– Każdy ma intencję we własnym sercu. Nie wszystko należy mówić na głos – mówi towarzyszka siostry Konsolaty.
– Od niedawna tu jestem – mówi spokojnym głosem inna Urszulanka. – Przyszłam tu nabrać siły przed nieznanym. To nasza matka, ona wszystko rozumie, pociesza. Mówi się przecież – Matka Boża Pocieszycielka, prawda?
Próbuję odgadnąć intencje i strapienia amorficznego tłumu: z czym przyszli przed oblicze Czarnej Madonny? Karawana ciał i dusz pozostaje jeszcze nieodgadniona, ale stopniowo, z każdą minutą, z każdym spojrzeniem i z każdą rozmową odczuwam coraz jaśniej. Nie ma tu serca ani duszy, które by nie „niosły brzemienia niedoli”. Jedni wydają się wyssani do nitki pracą, to paulińscy organizatorzy, drudzy w przeprasowanych garniturach, pielgrzymi z całego kraju proszą o zdrowie, o pomyślność skromnych planów, o rozum dla zbłądzonego bliskiego. Cierpiący zwracają się do Niej, kiedy cała rzeczywistość dookoła zawodzi, jako do tej, która na pewno zrozumie, która na pewno pocieszy.
– Bo ona jest tą „w którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy” – cytuje mi ksiądz ze Świętokrzyskiego.
W dużej mierze widzę rodziny, malców i nastolatki. Większość stanowią jednak panie w dojrzałym wieku. Odświętnie ubrane, w proste garsonki, bez wymyślnych wzorów. Niektóre noszą chusty na głowach. Inne trzymają parasolki. Pewna pani chowa się przed sierpniowym słońcem za pomocą… deski do krojenia.
Pierogi, kiełbasa i… nadzieja
Prym wiodą jednak inne panie – przedstawicielki Kół Gospodyń Wiejskich. Po raz czwarty przybywają tłumnie do Częstochowy. To również ich dzień. Ukwieciły ołtarz monumentalnymi kompozycjami. Rozstawiły swoje stoiska przy wałach, gdzie serwują lokalne specjały. Głównie pierogi z różnorodnymi nadzieniami, obfite żury, pajdy chleba ze smalcem, kiełbasy. Są również rękodzieła, kurpiowskie koronczarstwo, chusty i dzbanki pomalowane w ludowe wzory.
– A jakże! Pewnie, że własne – obrusza się gospodyni, gdy zaczepnie pytam czy chleb nie został kupiony w sklepie.
Najpełniej jednak eksplodują sielanką wspaniałe nazwy kół. Czytam je z pstrych transparentów, chorągwi i feretronów. Wypowiadam je na głos, z czułym rozbawieniem. Koło Gospodyń Wiejskich „Mirabelka”, „Jabłuszko”, „Diament”, „Źródlanki”, „Perełki Roztoczańskie”. Niebywałe wprost bogactwo mieścin i wsi. Nie będę wysuwał cudów fantazji. Wystarczy – znów! – wypowiedzieć na głos i rozkoszować się nazwami: Parafia św. Walentego w Konopijkach, Kościół p.w. św. Antoniego Padewskiego w Koziegłówkach, Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa w Pszczółkach.
Zachłannym uchem wsłuchuję się w wielogłos plotek i komentarzy. Próbuję zagaić. Są to trudne rozmowy. Czuję przez te obszerne powłoki, przez zmęczone twarze, nabieram świadomości ich stanu i cierpień. Odstręcza ich słowo „intencja”. Szybko przestaję go używać. Rozmowy stają się dzięki temu coraz łatwiejsze, a języki się rozwiązują. Muszę się odkrywać, aby móc usłyszeć intymne świadectwa.
– Kilka razy przekładano mi operację. Byłam już tym wszystkim zmęczona. Szpital… Naświetlania… Znowu szpital… Zaczęłam się modlić. Całym sercem. Gorliwie, do Matki Boskiej! I nagle telefon – „operacja odbędzie się 26 sierpnia”, usłyszałam w słuchawce. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, a potem przestałam mieć wątpliwości. To Ona wysłuchała moich próśb. Od tamtej pory przyjeżdżam tu co roku – tłumaczy mi pani Ania.
Boże Ciało – skąd się wzięło i dlaczego świętujemy? Historia, która zaskakuje
Cywilizacja śmierci
Jasnogórskie Śluby Narodu od siedmiu dekad pozostają jednym z najważniejszych symboli polskiej religijności i pamięci. Są zapisem zaufania pokładanego w Matce Bożej, ale też zobowiązaniem: przypomnieniem wartości, które przez pokolenia współtworzyły polską tożsamość. W tym roku mija 70 lat od ich złożenia przed obrazem Matki Bożej.
Prowadzący uroczystości Prymas Polski abp Wojciech Polak przypomniał, że Śluby wciąż można czytać jako – używając określenia Jana Pawła II – „polską kartę praw człowieka”. Nie są więc jedynie dokumentem z przeszłości. Są wezwaniem do rachunku sumienia. Do sprawdzenia, ile z tamtych słów zostało w naszym życiu. Papież mówił o prawie do życia od poczęcia, o obowiązku obrony najsłabszych, o godności człowieka i odpowiedzialności za życie aż do jego naturalnego kresu. Przypominał także o małżeństwie i rodzinie, o wierności i miłości, która nie jest chwilowym uczuciem, lecz zobowiązaniem.
O ochronie życia od poczęcia aż do śmierci słyszę tego dnia bardzo dużo. Zarówno w rozmowach z duchownymi, jak i pątnikami.
– Tworzymy cywilizację śmierci – tłumaczy mi starsza pani. – Proszę zobaczyć, na ulicach biega coraz mniej dzieci. Wszyscy tylko „pieniądze”, „kariera”, „własna wygoda”, „przestronne mieszkania”… Ja panu powiem, z tego nie będzie nic dobrego. Nie rozumiem, jak można tak, wie pan, bez dzieci, bez wnuków…
Przed rozpoczęciem uroczystości ksiądz namawia z wysokości ołtarza do Duchowej Adopcji. To modlitewne zobowiązanie do ochrony życia dziecka, którego istnienie jest znane tylko Bogu. Przez dziewięć miesięcy osoba podejmująca adopcję odmawia codziennie specjalną modlitwę oraz jedną dziesiątkę różańca, prosząc o ocalenie dziecka i szczęśliwe narodziny. To cichy gest, bez świadków i bez rozgłosu – odpowiedź na przekonanie, że także życie, którego jeszcze nie widać, zasługuje na obronę.
Przed wejściem do bazyliki na Jasnej Górze ułożono na murku ulotki. Jedne z zaproszeniem do odwiedzenia katolickich stron internetowych, dużo o św. Faustynie Kowalskiej, najwięcej jednak – o aborcji. Otwieram traktacik „22 pytania i odpowiedzi na temat aborcji”. Otwieram na chybił trafił. Są tam bardzo obrazowe zdjęcia. Nagle widzę pędzącą w moją stronę kobietę. Rękawem zrzuca wszystkie broszurki. Przechodzący obok ksiądz podchodzi i zbiera ulotki.
– Wariatka, proszę pana! A potem przychodzi taka po komunię… Zabieram to wszystko do środka, szkoda makulatury – tłumaczy mi duchowny.
Głęboka cisza
W Kaplicy Cudownego Obrazu ustawiczny przypływ ludzi. W środku ścisk. Na ścianach niezliczone wota: różańce, drewniane laski, krzyżyki. Za kratami – Ona. Pod obrazem na klęczkach ten sam tłum, który tak przekonująco opisywał sto lat temu Stanisław Reymont w „Pielgrzymce do Jasnej Góry”, te same pieśni, ta sama „światłość” w oczach pątników, te same ślady utrudzenia i akcenty hymnu „szerokiego jak świat”.
W pewnej chwili, w cudowny sposób, zapanowała głęboka cisza – trwała może sekundę, może dwie. Rozdarł ją szloch. Odwróciłem się. Zobaczyłem dziewczynkę na wózku. Po jej policzku spływała łza. Resztę schowam w całun tajemnicy.
Warto przeczytać: Kto naprawdę stał za zamachem na papieża? Tajemnica Agcy

