Kiedy pogoda pozwala latać, sprzęt działa, a każdy skupia się na swoim zadaniu, wtedy wszystko idzie gładko, a czas mija niepostrzeżenie. Jednak na Grenlandii natura potrafi szybko przypomnieć, kto tu tak naprawdę rządzi. Wtedy nasza praca, a nawet dotarcie na miejsce jej wykonywania, stają się jeszcze bardziej wymagające.

- Kolejny tydzień wiercenia na Grenlandii potwierdził, że moja praca tutaj, oprócz satysfakcji, przyniesie mi momenty frustracji. Zwłaszcza wówczas, gdy skała stawia opór i nie chce łatwo zdradzić nam swoich sekretów.
- Wyzwaniem jest także pogoda. Gęsta mgła już kilkukrotnie uniemożliwiła start śmigłowca i zmuszała nas do marszu przez lodowiec. Ale to te trudne momenty najmocniej zapiszą się w mojej pamięci.
- O tym, jak wygląda moja praca i codzienność na Grenlandii, piszę w dzienniku z ekspedycji na Zero.pl oraz w mediach społecznościowych: na Instagramie i TikToku.

Stanowisko wiertnicze na lodowcu, gdzieś ponad chmurami spowijającymi dolinę. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)
Skała stawia opór
16 sierpnia. Dzień zaczęliśmy przy dobrej pogodzie. Lot na stanowisko przebiegł bez problemów, ale po dotarciu na miejsce szybko okazało się, że tego dnia naszym największym przeciwnikiem nie będzie pogoda, lecz skała. Masyw był mocno spękany, a każdy taki fragment wymagał od nas dodatkowej uwagi, podejmowania szybkich decyzji i skutecznie spowalniał postęp prac.
Sprawdź również: Trzeci tydzień na Grenlandii. Można się poczuć jak na innej planecie
Przy wierceniu rdzeniowym nie wystarczy po prostu nacisnąć przycisk i czekać na kolejne metry. Trzeba stale obserwować parametry, zachowanie otworu i to, co wraca na powierzchnię. Spękana skała potrafi utrudnić wydobycie rdzenia i wymusić zmianę sposobu prowadzenia wiercenia. Frustracja pojawia się naturalnie, bo człowiek chce widzieć postęp, a geologia ma własne tempo.
Patrząc na pęknięcia, zacząłem myśleć o tym, jak długo natura pracowała nad tym krajobrazem. Lodowiec porusza się powoli, ale jego ogromna masa przez tysiące lat oddziałuje na podłoże. Woda wnika w szczeliny, zamarza i je rozszerza, a kolejne okresy obciążenia i odciążenia lodem pozostawiają w skale ślady tej historii.
Po chwili nasz zwyczajowy dobry humor wrócił. Żartowaliśmy, że nie wiadomo już, czy bardziej wiercimy, czy walczymy ze skałą. Problem nie zniknął, ale zmieniło się nasze nastawienie. Tego zdążyła nas już nauczyć ta wyprawa: nie mamy wpływu na geologię, możemy natomiast zdecydować, jak na nią odpowiemy.
Wracając śmigłowcem, widziałem w dole ogromną przestrzeń lodu, a gdzieś pośród niej małą platformę i ludzi próbujących wykonać swoje zadanie. Wtedy jeszcze mocniej dotarło do mnie, jak drobnym elementem jesteśmy w tym krajobrazie. A jednak właśnie tutaj próbujemy odczytać historię zapisaną w skale.
Dzień, który przypomniał nam, gdzie jesteśmy
17 sierpnia mieliśmy dzień wolny. Było pranie, porządkowanie rzeczy, rozmowy i odpoczynek. Po wielu dniach intensywnej pracy dobrze było na chwilę zwolnić i spojrzeć na to wszystko z dystansu. Rozmawialiśmy też o tym, jak usprawnić kolejne wiercenia i ograniczyć przestoje.

Opuszczona chata napotkana podczas popołudniowego rejsu pontonem po okolicy. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)
Po obiedzie postanowiliśmy jednak nie spędzać reszty dnia na lodołamaczu. Wsiedliśmy na ponton i popłynęliśmy zobaczyć góry lodowe oraz okoliczne szczyty. Było zimno, ale widok szybko sprawił, że temperatura przestała mieć znaczenie.
Na wodzie unosiły się ogromne bryły lodu, każda o innym kształcie. Białe powierzchnie przechodziły miejscami w głęboki turkus, a spokojna woda odbijała ich sylwetki. Za nimi wyrastały surowe, ostre góry. Bez drzew, bez łagodnych zboczy – tylko skała, śnieg, lód i przestrzeń. Płynąc pontonem, byliśmy znacznie bliżej tego krajobrazu, niż gdy obserwowaliśmy go z pokładu lodołamacza.
Może Cię zainteresować: Potężna powódź w Nepalu. Wśród poszukiwanych turyści z całego świata
Przez chwilę nie myśleliśmy o wierceniu, parametrach ani kolejnych metrach. Był tylko ponton, zimna woda, góry lodowe i surowe szczyty. Właśnie wtedy najlepiej poczułem, czym jest Grenlandia. Można o niej opowiadać, pokazywać zdjęcia i mapy, ale dopiero siedząc na małym pontonie pośród takiej przestrzeni, naprawdę czuje się jej skalę.
Ten krótki rejs był czymś więcej niż tylko odpoczynkiem. Przypomniał nam, że przyjechaliśmy nie tylko do miejsca pracy, ale również do jednego z najbardziej niezwykłych zakątków świata.

Bryły lodu na wodzie i surowe szczyty widziane z pontonu. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)
Droga do pracy
18 sierpnia przy śniadaniu dowiedzieliśmy się, że z powodu pogody helikopter nie dostarczy nas bezpośrednio na miejsce wiercenia. Na brzeg popłynęliśmy pontonem, a dalej czekał nas marsz przez lodowiec.
Nie lubię chodzić po stromym lodowcu. Robimy to tylko wtedy, kiedy mgła uniemożliwia lot. Tym razem podejście zajęło około 45 min. We mgle teren wygląda inaczej, a stroma trasa wymaga większej koncentracji. Nie idzie się wtedy dla przyjemności ani dla widoków. Idzie się dlatego, że na końcu czeka wiertnica i praca, którą trzeba wykonać.
Po dotarciu na platformę musieliśmy najpierw złożyć pompy wody i połączyć węże. Dzień wcześniej mieliśmy wolne, a instalacja musiała zostać zabezpieczona tak, aby woda w niej nie zamarzła. Kiedy wszystko było gotowe, szybko wróciliśmy do wiercenia.
Skała nadal była spękana i budziła naszą frustrację, ale mimo wszystko dzień minął szybko. Pogoda zmieniała się niemal bez przerwy: mgła, potem słońce i bezchmurne niebo, a chwilę później znowu mgła. Takie warunki nie są już dla nas czymś niezwykłym. Obserwujemy je i pracujemy na tyle, na ile pozwalają.
Po zmianie wróciliśmy śmigłowcem, a następnie pontonem na lodołamacz. I znowu przypomniałem sobie znane powiedzenie: jeżeli człowiek lubi swoją pracę, to w życiu nie przepracuje ani jednego dnia. Coś w tym jest. Mimo zmęczenia nadal chciało mi się tam być.

Stanowisko wiertnicze gotowe do pracy. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)
Kolejny dzień odczytywania skały
19 sierpnia pogoda była dobra, więc bez większych problemów polecieliśmy śmigłowcem na stanowisko. Po ostatnich dniach zmiennej aury taka stabilność od razu poprawiła nastrój. Skała nadal była spękana, ale wierciliśmy tak długo, jak pozwalał nam czas.
Tego dnia swoją pracę prowadzili również geolodzy. Pobierali próbki skały za pomocą materiałów wybuchowych. W wybranych miejscach wykonywali otwory, umieszczali w nich ładunki, a następnie zbierali rozdrobniony kruszec do dalszej analizy.
Czytaj także: Kolejne kraje wprowadzają stan wyjątkowy. Wszystko przez El Niño
Ich praca dobrze pokazywała, jak wiele różnych działań składa się na jedną ekspedycję. My, poprzez wiercenie i wydobycie rdzenia, zaglądamy w głąb masywu, a geolodzy pobierają próbki z powierzchni i analizują pozyskane fragmenty. Wszystkie te dane mają pomóc lepiej zrozumieć budowę tego miejsca.
Dzień minął szybko i przyjemnie. Kiedy pogoda pozwala latać, sprzęt działa, a każdy skupia się na swoim zadaniu, czas mija niepostrzeżenie. Po zakończeniu zmiany wróciliśmy śmigłowcem na bazę. Z góry stanowisko wyglądało jak niewielki punkt pośród ogromnego krajobrazu. To dobry sposób, żeby przypomnieć sobie, jak drobną częścią tej przestrzeni jesteśmy.
Trochę łatwiej
20 sierpnia rano znowu musieliśmy dostać się na miejsce, gdzie pracowała wiertnica. Tym razem skała nadal była spękana, ale pęknięć było nieco mniej. To niewielka różnica, ale przy wierceniu odczuwa się ją bardzo wyraźnie. Praca była spokojniejsza i dzięki temu dzień minął przyjemnie.
Przez większą część dnia pogoda była dobra. Mogliśmy skupić się na wierceniu bez ciągłego zastanawiania się, co za chwilę zrobi niebo. Pod koniec zmiany pojawiła się jednak mgła. Przez moment wszystko zaczęła pochłaniać biała zasłona, ale tym razem mgła zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
Sprawdź również: Nie żyje Ratko Mladić. Zbrodniarz ze Srebrenicy zmarł w Hadze
Chwilę później przyleciał po nas helikopter. Z wysokości platforma i wiertnica ponownie wyglądały jak drobny punkt na tle ogromnych gór i lodu. To właśnie takie momenty przypominają, że nasze miejsce pracy jest zupełnie inne niż jakiekolwiek biuro czy zwykły plac budowy.
To był spokojny dzień. Bez większych problemów, z nieco lepszą skałą i dobrą pogodą. W tej wyprawie takie dni też są potrzebne – pozwalają pracować, nabierać rytmu i przygotowywać się na kolejne wyzwania.

Góra lodowa z charakterystycznym turkusowym zabarwieniem u podstawy. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)
Po wierceniu przychodzi kolejny etap
21 sierpnia nocna zmiana zakończyła wiercenie otworu. Po śniadaniu, przeprawie pontonem i locie śmigłowcem dotarliśmy na stanowisko już nie po to, żeby wiercić, ale by pomóc w kolejnym etapie prac.
Polecamy również: „Musimy zacząć rozmawiać o najgorszym”. Zmiany zachodzą szybciej niż prognozowano
Cały dzień zajęły nam badania geofizyczne w otworze. Do jego wnętrza opuszcza się specjalistyczne sondy, które mierzą właściwości skał. W zależności od rodzaju pomiaru można uzyskać informacje o zmianach parametrów fizycznych skały, jej budowie, spękaniach i granicach pomiędzy różnymi warstwami. Powstaje w ten sposób zapis tego, co znajduje się wzdłuż odwiertu.
To ważne uzupełnienie rdzenia. Próbka ta pokazuje skałę bezpośrednio, ale nie każdy fragment zawsze udaje się wydobyć idealnie. Pomiary geofizyczne pozwalają spojrzeć na otwór jako całość i porównać dane z tym, co zobaczyli geolodzy w rdzeniu. Wiercenie się skończyło, ale dopiero teraz zaczynaliśmy dokładniej odczytywać to, przez co się przewierciliśmy.
Później wyciągnęliśmy wszystkie rury i przygotowaliśmy wiertnicę do zmiany miejsca. Zostaliśmy nieco dłużej, chcąc zrobić jak najwięcej. Kiedy skończyliśmy, okazało się, że jest już za późno na lot śmigłowcem. Tym razem nie mgła była problemem – po prostu pracowaliśmy dłużej, niż pozwalał na to harmonogram lotów.
Musieliśmy więc zejść ze stanowiska pieszo. Nie było to planowane, ale takie sytuacje są tutaj nieodłączną częścią pracy. Otwór został przebadany, rury wyciągnięte, a wiertnica przygotowana do dalszej drogi. Praca nad tym odwiertem dobiegła końca, ale historia zapisana w skale dopiero zaczynała układać się w całość.

Widoki szybko sprawiają, że temperatura przestała mieć znaczenie. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)
Nowy punkt
22 sierpnia znowu ponton, śmigłowiec i platforma. Tym razem ta ostatnia była już przygotowana do transportu. Przenosiliśmy ją na następny punkt, położony przed lodowcem, przy samym brzegu.
Ta lokalizacja oznacza dla nas sporą zmianę. Jeżeli pojawi się mgła, nie będziemy musieli wspinać się po stromym lodowcu, żeby dostać się do stanowiska. Po wcześniejszych dniach, kiedy taki marsz był koniecznością, to naprawdę dobra wiadomość. Tutaj dostęp do wiertnicy będzie znacznie prostszy, nawet kiedy pogoda pokrzyżuje nam plany.
Sprawdź także: Olbrzymi tuńczyk znów pojawił się u wybrzeży Anglii. Ważył 338 kg
Przez niemal cały dzień lekko padało. Nie był to gwałtowny deszcz, ale uporczywy, drobny opad, który po kilku godzinach zrobił swoje. Ubrania przemakały, a każdy z nas zaczął odczuwać wilgoć. W takich warunkach nie ma sensu udawać, że zmęczenie nie istnieje. Postanowiliśmy skończyć nieco wcześniej.
Najważniejsze zadanie było jednak wykonane. Platforma znalazła się w nowym punkcie i stanowisko zostało przygotowane. Wieczorem nocna zmiana miała rozpocząć wiercenie kolejnego otworu.
Każda zmiana miejsca oznacza tutaj początek kolejnej historii. Nowe ustawienie wiertnicy, nowy otwór, nowe metry skały i nowe pytania. Za każdym razem zaczynamy od zera, ale jednocześnie zabieramy ze sobą doświadczenia z poprzednich dni. I właśnie to jest chyba najbardziej fascynujące w tej pracy – nigdy do końca nie wiemy, co pokaże nam następny metr.

