Reklama
Świat

Na tropie „myślozbrodni”. Francuski regulator coraz mocniej zagląda dziennikarzom przez ramię

Francuski regulator mediów ARCOM coraz częściej ingeruje w wypowiedzi dziennikarzy. W ostatnich dniach upomniał CNews za słowa Franza-Oliviera Giesberta o Żydach w Roubaix oraz zakwestionował wypowiedź dziennikarza „Le Figaro” Arthura Berdaha na temat „Nieuległej Francji”. Formalnie chodzi o rzetelność. Pytanie brzmi jednak: gdzie kończy się troska o fakty, a zaczyna kontrola debaty?

Marcin Darmas
Opinia autorstwa: Marcin Darmas
Dzisiaj 17:13
6 min
Francuski dziennikarz Franz-Olivier Giesbert (fot. Eric Fougere – Corbis / Shutterstock / Getty Images)
TYLKO NA
  • ARCOM upomina CNews za wypowiedź Franza-Oliviera Giesberta o sytuacji Żydów w Roubaix.
  • Regulator zakwestionował też wypowiedź dziennikarza „Le Figaro” Arthura Berdaha dotyczącą LFI i uwięzionych w Algierii.
  • Spór dotyczy nie tylko rzetelności informacji, lecz także granic ingerencji państwowego regulatora w debatę publiczną.

Można odnieść wrażenie, że francuski odpowiednik naszej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji – ARCOM (Autorité de régulation de la communication audiovisuelle et numérique) – coraz częściej staje się nad Sekwaną arbitrem zarówno estetycznych, jak i moralnych przepierek.

W ostatnich dniach dwukrotnie zainterweniował po wypowiedziach dziennikarzy, które uznał za przekroczenie dziennikarskiej rzetelności. ARCOM coraz częściej interweniuje w swobodę medialną. Szkoda tylko, że regulator obrał sobie za cel tylko jedną stronę sporu politycznego.  

I tak francuski regulator rynku audiowizualnego i cyfrowego upomniał w ostatnich dniach stację informacyjną CNews. Poszło o program wyemitowany dzień po wyborach samorządowych w marcu 2026 r. W studiu pojawił się wówczas stary wyga francuskiego dziennikarstwa politycznego Franz-Olivier Giesbert, który stwierdził, że „nie chciałby być Żydem w Roubaix”. Jego zdaniem sytuacja mogłaby być wówczas dlań na tyle trudna, że prawdopodobnie byłby „zmuszony wyjechać”. 

Reklama
Reklama

Problem w tym, że Giesbert nie przedstawił żadnego źródła, które pozwalałoby zweryfikować tę tezę. I właśnie na tym skupił się w swoim ostrzeżeniu ARCOM. Regulator uznał, że wypowiedź naruszyła standardy rzetelności informacji, do których CNews jest zobowiązane jako nadawca.

Ale na tym nie koniec. ARCOM zwrócił uwagę również na coś bardziej fundamentalnego: nikt w studiu nie zakwestionował słów Giesberta. Ani prowadząca Laurence Ferrari, ani pozostali uczestnicy programu nie poprosili o źródło, nie sprostowali wypowiedzi, nie próbowali nawet postawić przy niej znaku zapytania. W ocenie regulatora był to kolejny przypadek, tutaj cytat, „braku kontroli nad anteną”. ARCOM nakazał więc CNews, aby w przyszłości dopilnowało przestrzegania tego obowiązku.

Zero.pl zapytało Tuska o pomysł Morawieckiego. „Absolutnie bezwstydne”

Kolejna interwencja ARCOM. Tym razem chodzi o BFMTV i Arthura Berdaha

Jest i drugi przypadek, który został odnotowany przez audiowizualnego regulatora. Na początku sierpnia ARCOM wziął na celownik materiał wyemitowany 5 stycznia br. w BFMTV. Arthur Berdah, dziennikarz dziennika „Le Figaro”, mówił wówczas o „obojętności” Nieuległej Francji wobec więzienia pisarza algierskiego pochodzenia Boualema Sansala oraz dziennikarza sportowego Christophe’a Gleizesa w Algierii.

Reklama
Reklama

Regulator uznał, że teza dziennikarza nie została wystarczająco poparta faktami. W komunikacie ARCOM stwierdził, że „twierdzenia Arthura Berdaha dotyczące stanowiska Nieuległej Francji wobec sytuacji Christophe’a Gleizesa i Boualema Sansala nie opierały się na stanie faktycznym”.

W obu przypadkach jest coś charakterystycznego dla współczesnej telewizji – szybkość, trudny do zatrzymania pęd. Zdania padają spontanicznie, klatkowo następują po sobie tematy, a karawana jedzie dalej, słowem – rozmowa płynie. Problem zaczyna się dopiero później, kiedy ktoś pyta, skąd właściwie wzięła się informacja, która trafia do milionów odbiorców.

Premier zapowiada zmiany podatkowe. Padła deklaracja ws. drugiego progu

Giesbert – stara szkoła francuskiego dziennikarstwa kontra nowa poprawność

Kilka słów kontekstu. Giesbert słynie z niewyparzonego języka. Niemniej pozostaje jedną z najjaśniejszych postaci we francuskim pejzażu medialnym od ponad trzydziestu lat. Dotychczas jego mocne sformułowania, tendencja do stosowania prowokacyjnych obrazów i porównań, czyniły z niego arkę przymierza między starym a nowym dziennikarstwem.

W tym rozumowaniu „stare” znaczy wolne, nieuciekające od kontrowersji i mocnych tez. „Nowe” – to jest ugładzone, ostrożne, czasami nawet, można rzec, jałowe. Giesbert jest autorem literackich portretów politycznych, m.in. Jacquesa Chiraca i François Mitterranda, które stały się bestsellerami. Nie owija w bawełnę, gdy przeobraża się w komentatora politycznego.

Reklama
Reklama

Mówi z pasją, barwnie, często stosując skróty myślowe albo odniesienia do kodów kulturowych, jak mu się do tej pory wydawało, czytelnych dla odbiorców. Jak się okazuje – nie dla francuskiego regulatora…

Co miał na myśli, mówiąc o Roubaix? Że wygrali tam przedstawiciele Nieuległej Francji. Że francuska skrajna lewica coraz częściej sięga po argumenty antysemickie. Że coraz więcej sefardyjskich Żydów czuje w jego kraju fizyczne zagrożenie. Że należy ubolewać nad tym, że Francja wraz z Holandią i, w szczególności, z Niemcami posiada największy odsetek „incydentów antysemickich” w Unii Europejskiej.

Czyżby ARCOM o tym wszystkim nie wiedział? Zakładał, że odbiorca nie zrozumie skrótów myślowych? Potrzebuje wykresów, statystyk, a może nawet – infantylnych rysunków i ostrzeżeń…

Reklama
Reklama

Mamy tu niepokojący przykład ambicji, jakie żywią dziś współczesne instytucje pod egidą „rozumnych świateł rozumu”. Pod szlachetnie brzmiącym szyldem „regulacji” próbują one oczyszczać debatę publiczną z myśli, które nie pasują do obowiązującej narracji i kanonu poprawności politycznej.

A przecież wolność słowa polega również na tym, że można wypowiedzieć rzeczy szokujące, drażniące czy, po prostu, niewygodne – bez nachalnej ingerencji władz publicznych.

Zresztą w obu przywoływanych przypadkach można się zastanawiać, czy owe wypowiedzi rzeczywiście były aż tak szokujące lub bulwersujące, jak przedstawiono je później. Równie groteskowe jest oczekiwanie, aby dziennikarz animujący rozmowę stał się arbitrem oraz weryfikatorem faktów w czasie rzeczywistym. Idąc tym tokiem rozumowania, najlepszym prowadzącym okazałaby się androidalna maszyna podpięta do sztucznej inteligencji.

Bo problem zaczyna się w chwili, gdy regulator przestaje pilnować reguł gry, a zaczyna rozstrzygać, które myśli wolno jeszcze wypowiadać, a które powinny zostać usunięte z przestrzeni publicznej. Wtedy „regulacja” robi się czymś znacznie więcej niż regulacją. Staje się żandarmem. Bynajmniej nie tym sympatycznym i jowialnym z Saint-Tropez, lecz tym, który czyni „archeologię myśli” i tropi „myślozbrodnie”...

Źródło: Zero.pl
Marcin Darmas
Marcin DarmasDziennikarz