Po czwartkowym podpisie prezydenta pod wspomnianą wyżej ustawą obniżki cen paliw były kwestią czasu. Minister finansów Andrzej Domański informował, że ceny spadną już w ten weekend.
Już wiemy, że bezołowiowa spadła poniżej siedmiu złotych za litr i przy pomyślnych wiatrach ze światowych rynków to się przez dłuższy czas nie zmieni. Olej napędowy oczywiście dalej będzie trochę droższy, ale przynajmniej przez jakiś czas nie będziemy zastanawiać się, jak umieścić na nieprzystosowanych do tego przystacyjnych pylonach dychę.
Stacje benzynowe będą mieć poważny problem. Chodzi o przecinek
A że – co za niespodzianka – inflacja znowu nam wystrzeliła, to możemy przyjąć, że rządzący zareagowali w dosłownie ostatniej chwili.
I fajnie. Będzie można otrzeć łzy odjeżdżając spod drogiej ładowarki swoją Teslą
Okej, może nie Teslą, bo akurat te auta mają dostęp do Superchargerów tej marki, które są odczuwalnie tańsze niż przeciętne ładowarki aut elektrycznych w Polsce, ale no właśnie: wszyscy tak przejmujemy się cenami paliw (i słusznie, bo to kręgosłup gospodarki), ale każdy ma totalnie gdzieś kierowców aut elektrycznych.
Argumentów w sumie się domyślam. „Przecież kierowcy aut elektrycznych to bogole, niech płacą”. „Parkują za darmo i jeżdżą buspasami, to niech chociaż tu mają gorzej”. „Na biednego nie trafiło”. I tak dalej, i tak dalej. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością, bo auta elektryczne są coraz tańsze i już powoli zbliżają się cenowo do swoich spalinowych odpowiedników.
A prawda jest taka, że kierowcy aut elektrycznych za ładowanie „na mieście” płacą nie tylko więcej w przeliczeniu na 100 km niż np. udręczeni cenami diesli. Płacą więcej niż się płaci przeciętnie w Europie. I proszę mi teraz nie wyskakiwać z hasłami, że zawsze można naprawdę tanio (to akurat fakt) naładować się w domu. Prawie połowa Polaków mieszka w budynkach wielorodzinnych.
Ale już wracając do wysokich cen w Polsce: na to są całe raporty. Powstał taki dla firmy Eleport, która jest estońskim operatorem ładowarek. Operuje przede wszystkim w krajach bałtyckich, ale ma też trochę ładowarek i u nas, choć w Polsce jest to oczywiście firma z grubsza nieznana.
I co wynika z tych danych? Że ładowanie w Polsce jest drogie. Drogie na tle Europy.
Z raportu wynika – to dane za 2025 rok – że średnia cena jednej kilowatogodziny na szybkiej ładowarce w Polsce to 0,59 euro. I jest to wynik w europejskiej czołówce, podobny do tego, co dzieje się w bogatych Niemczech (0,59 euro) czy ultrabogatej Szwajcarii (0,66 euro).
Żeby jakoś to przełożyć na zrozumiały język: 0,59 euro to powiedzmy, ze 2,60 zł. Tyle kosztuje kilowatogodzina na szybkiej ładowarce u nas. Przeciętny elektryk przy 120 km/h zje ok. 20 kWh na każde 100 km (SUV więcej, niskie auto mniej, latem mniej, zimą więcej). Czyli przejechanie elektrykiem w trasie 100 km to 52 zł. Przeciętny diesel pali ok. 5 litrów przy tej prędkości. Przy cenie 9 zł za litr to wciąż mniej, niż koszt takiej podróży autem elektrycznym. A to jest tak wysoka cena, że przecież właśnie ją podpisem prezydenta obniżamy. No ale, tak jak mówię, kierowców elektryków wszyscy mają gdzieś.
A gdzie jest taniej niż u nas na ładowarkach? Najtaniej jest w Finlandii – 0,38 euro. Dość tanio jest też w krajach bałtyckich (mniej więcej 0,40 euro, czyli zamawiający raport chciał się zapewne pochwalić), ale taniej niż u nas jest też na Islandii (0,46 euro), w Danii (0,49 euro) czy w Norwegii (0,51 euro).
Te liczby mniej więcej zgadzają się z rzeczywistością. Co rozumiem przez mniej więcej? Nie znam dokładnej metodologii twórców badania, niemniej jednak cenniki różnych operatorów w różnych krajach są łatwo dostępne w sieci. Można sobie z grubsza porównać, gdzie jest taniej niż u nas, a gdzie jest drożej.
Nie tak dawno Morawiecki roił sobie milion aut elektrycznych w Polsce. Co miało ich do tego skłonić?
Wiedzą Państwo, dlaczego Chińczycy są tak skuteczni w produkcji aut elektrycznych i dlaczego na ich rynku tak łatwo auta elektryczne zdominowały słupki sprzedaży? Najprostsza odpowiedź w przypadku Państwa Środka to oczywiście: chciała tak partia.
Ale partia tak chciała nie dlatego, że się nudziła, tylko dlatego, że Chińczycy mają dokładnie ten sam problem, który mają Europejczycy. Nieszczególnie mają własną ropę.
A że Chińczycy docelowo widzą swój kraj jako jedyne światowe mocarstwo, rozwijają te gałęzie transportu i przemysłu, w których mogą być mocni. Niektórzy już wiedzą, do czego zmierzam. Tak, my też w Europie jesteśmy na te auta elektryczne skazani. Sposób, w jaki Komisja Europejska nam je próbuje wcisnąć, jest oczywiście po prostu zły, niemniej jednak – to i tak się musi skończyć w ten sposób. Albo jakąś inną przełomową technologią, ale nie będziemy bez końca jeździć na drogiej ropie. Przecież nawet ten tekst powstaje dlatego, że w kwestii produkcji aut spalinowych doszliśmy do ściany. Cała Europa jest sterroryzowana przez drogie ceny surowca.
Tymczasem u nas żadnego myślenia strategicznego w tej kwestii nie ma. O ile pomoc z cenami paliw była potrzebna tu i teraz (jak pisałem, to kręgosłup naszej gospodarki), o tyle jak się żyje posiadaczom aut elektrycznych – to wszyscy mają w czterech literach.
Dwa koślawe programy dopłat skierowane tylko do tych, którzy i tak mieli furę kasy na auto elektryczne, to żadne wsparcie dla elektromobilności. Potrzebna jest szeroka sieć łatwo dostępnych ładowarek w dobrych cenach. Tak po prostu. Najpierw trzeba zadbać o łatwość obsługi takiego auta. A to u nas – na tle Europy – wciąż kuleje. Polecam zresztą mój tekst o tym, jak próbowałem naładować auto elektryczne w Suwałkach:
Dlaczego ładowanie auta elektrycznego w jednym kraju jest tańsze, w innym droższe?
Na to oczywiście nie ma jednej, dobrej odpowiedzi. Ale można zwrócić uwagę na czynniki geograficzne oraz na miejscowy rynek. Co do czynników geograficznych – nie da się ukryć, że na północy Europy „ekologiczny” prąd jest tańszy niż u nas. A tylko taki w ogóle w Unii Europejskiej może być tani. Skandynawowie nie mają z nim problemu – korzystają z energii wiatru, korzystają z elektrowni wodnych.
Przy naszym ciągle węglowym miksie to oczywiście niewykonalne.
Trzeba też odnotować, że np. w Finlandii – gdzie rynek aut elektrycznych jest znacznie bardziej rozwinięty niż u nas – operatorzy ładowarek znacznie agresywniej walczą o klienta. Taki Lidl, który u nas nie wyróżnia się cenowo na tle konkurencji, pozwala używać szybkich ładowarek za nawet... 0,29 euro. Niemal dokładnie dwa razy taniej niż polska średnia.
Jak nie zadbamy o ten rynek, to pociąg nam po raz kolejny odjedzie
Przepychanka dotycząca stworzenia polskiego auta elektrycznego to telenowela ciągnąca się latami. Ładowarek jest u nas ciągle mało. I wreszcie: mało tych elektryków jeździ.
Jeśli nie chcemy być w europejskim ogonie, warto w końcu przypomnieć sobie o tych „bogolach” z elektrykami. Prędzej czy później nas ta rzeczywistość dogoni. Użyję na koniec przerysowanego przykładu – można wyjść z Unii, żeby nas nikt nie zmuszał do przesiadki na elektryki. Ale to kompletnie nic nie zmieni w kwestii cen paliw.
Może zainteresuje cię także:


