Mój ubiegłotygodniowy felieton o przywróceniu obowiązkowej służby wojskowej wywołał gorącą dyskusję. Mam wrażenie, że pomógł przenieść ją z konferencji eksperckich do rozmów przy rodzinnych stołach. Podobnego namysłu wymaga rola Ameryki w zapewnianiu nam bezpieczeństwa i pokoju. W obu przypadkach chodzi o przygotowanie państwa do obrony i wykorzystanie szansy, zanim przeminie z wiatrem.
Stany Zjednoczone to nasz „najważniejszy”, „najbliższy”, „uprzywilejowany” i „szczególny” sojusznik. Kolejni prezydenci, premierzy i ministrowie od ponad dwóch dekad opisują tymi przymiotnikami relacje z Ameryką. Jej pozycja w polskiej wyobraźni wyrasta jednak z prawie stuletniej tradycji i wdzięczności: za poparcie dla odbudowy niepodległej Polski po I wojnie światowej, a także pomoc humanitarną udzieloną wyniszczonemu, głodującemu, biednemu krajowi, który ledwo ustał na nogach po ataku bolszewików.
„Aktywna obrona”. Estonia zmienia doktrynę na wypadek rosyjskiej inwazji
Granice wspólnoty interesów
Ignacy Paderewski potrafił wykorzystać swój autorytet i dostęp do Woodrowa Wilsona, aby zainteresować go losem narodu pozbawionego państwa. W styczniu 1918 r. amerykański prezydent umieścił postulat niepodległej Polski z dostępem do morza wśród warunków przyszłego pokoju. Osobiste relacje pomogły przekształcać sympatię do polskiego polityka-pianisty w wielką strategię Ameryki – budowy nowego ładu w Europie.
Sto lat temu około 5,5 mln polskich obywateli podpisało „Polską Deklarację o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych”. Z okazji 150-lecia amerykańskiej niepodległości przez osiem miesięcy zbierano podpisy, które wypełniły 111 zdobionych tomów, przekazanych prezydentowi Calvinowi Coolidge’owi. „Szlachetne ideały sprawiedliwości i wolności są podstawą waszego wielkiego państwa” – pisali Polacy. Także dzięki prezydentowi Wilsonowi odzyskali swoje państwo zaledwie osiem lat wcześniej.
Patrioty i 100 żołnierzy trafi do Polski. Premier Szwecji zapowiada
Pamięć o tej pomocy przetrwała ład, którego częścią była odrodzona Rzeczpospolita. II wojna światowa pokazała jednak granice wspólnoty interesów. Polska i Stany Zjednoczone były sojusznikami, ale dla Franklina Delano Roosevelta Stalin był sojusznikiem ważniejszym. Amerykański prezydent potrzebował go do pokonania Niemiec, liczył na jego udział w wojnie z Japonią i współpracę przy budowie powojennego porządku. W imię tych celów w Jałcie poświęcił polską niepodległość, godząc się na ustalenia, które pozostawiały nasz kraj w zasięgu sowieckiej dominacji. Polacy otrzymali obietnicę wolnych wyborów, Stalin zachował środki, aby nie dopuścić do ich przeprowadzenia.
Cztery dekady później prezydent Ronald Reagan wspierał Solidarność i zwiększał presję na Związek Sowiecki, ostatecznie doprowadzając do jego politycznego i gospodarczego bankructwa. Jego następca, prezydent George H. Bush, podjął próbę wyciągnięcia nas z sowieckiej strefy wpływów. Udało się! Bill Clinton poparł przyjęcie Polski do NATO. Ameryka pomogła nam odzyskać wolność i zakotwiczyć ją w zachodnim systemie bezpieczeństwa. Historia relacji amerykańsko-polskich uczy, że w tych asymetrycznych relacjach nie ma sentymentów, ale dominują twarde interesy, a chwilowe okresy ich równowagi szybko przemijają. Polska musi rozumieć ich hierarchię, rozpoznawać chwile, w których zbliżają się one do naszych oczekiwań, i działać, kierując się racją stanu – zanim szansa przeminie.
Kolejny krok
Dziś chodzi o wykonanie kolejnego kroku przezwyciężającego jałtańską mapę mentalną i utworzenie stałej amerykańskiej bazy w Polsce. Mamy już wprawdzie bazę antyrakietową w Redzikowie, która osłania amerykańskie niebo, mamy wysunięte dowództwo V Korpusu, powstają w Polsce magazyny, a także jednostki amerykańskie stale przebywają w Polsce w systemie rotacyjnym. To dorobek kolejnych polskich rządów, kolejnych prezydentów i kolejnych amerykańskich administracji.
Ale wszystkie te elementy infrastruktury amerykańskiej w Polsce były tworzone zamiast dużej amerykańskiej bazy w Polsce. Nie chciano się w Waszyngtonie zgodzić na dużą bazę wojsk lądowych, więc na osłodę tworzono jej polityczny i wojskowy erzac. Tymczasem dopiero stała baza wojsk lądowych, z jednostkami w sile brygady, wraz z zapleczem dla rodzin, byłaby kolejnym jakościowym krokiem.
Więcej wojska na wschodzie Polski. Kosiniak-Kamysz podał lokalizacje
Nie udało się do niego doprowadzić za poprzednich prezydentów George’a W. Busha, Baracka Obamy ani Joe Bidena. Za Busha uzgodniono pierwotny projekt tarczy antyrakietowej, za Obamy zwiększano obecność rotacyjną po rosyjskiej agresji na Ukrainę, za Bidena ustanowiono stałą obecność wysuniętego dowództwa V Korpusu. Żadna z tych administracji nie zdecydowała się jednak na stałe bazowanie amerykańskiej jednostki wojsk lądowych w Polsce. Trzeba mieć więc świadomość, że taka okazja może się szybko nie powtórzyć.
Fort Trump
Trump już podczas pierwszej kadencji był otwarty na polskie argumenty. We wrześniu 2018 r. Andrzej Duda zaproponował mu utworzenie stałej amerykańskiej bazy w Polsce i nazwę: „Fort Trump”. Oburzyło to niektórych komentatorów, tak jakby głównym zadaniem dyplomacji było wykwintne cmokanie. Nie miałem wówczas wątpliwości, że zaproponowana nazwa była narzędziem służącym zainteresowaniu prezydenta Stanów Zjednoczonych projektem korzystnym dla bezpieczeństwa Polski. W dyplomacji nie gramy na spalonego. Nie ma też VAR do weryfikacji, czy ktoś kogoś na polu karnym ciągnął za koszulę. Gra się w taki sposób, aby wykorzystywać nadarzające się szanse. A ta ukształtowała się ze względu na sympatię prezydenta Trumpa do Polski oraz fakt, że… jeszcze nie miał bazy amerykańskich sił zbrojnych nazwanej jego imieniem. Dlaczego nie miałaby powstać w Polsce?
Nadciąga „Ryś”, a odchodzi „Pantera”. Wojsko Polskie z nowym kamuflażem
W Pentagonie nie było entuzjazmu dla tego pomysłu. Sekretarz obrony, generał James Mattis, nie krył sceptycyzmu. We wrześniu 2018 r. mówił, że nie jest gotów stwierdzić, iż taka baza jest Ameryce potrzebna. Jak na warunki amerykańskie tego rodzaju publiczne dystansowanie się od projektu, którym interesował się sam prezydent, było bezprecedensowe. Amerykanie wybierają w wyborach de facto króla, a członkowie jego gabinetu są narzędziami realizującymi jego wolę. No ale Trump wówczas takiej decyzji o utworzeniu amerykańskiej stałej bazy w Polsce nie podjął. Niewykluczone, że Pentagon i inne agendy administracji skutecznie jego pomysł storpedowały.
Polacy mają z Trumpem kłopot. Jego stosunek do prawa, moralności i relacji sojuszniczych jest źródłem uzasadnionej krytyki. Słabość do Putina musi budzić niepokój. Ten sam Trump od 2016 r. okazuje jednak Polsce życzliwość. Lubił prezydenta Andrzeja Dudę, a prezydenta Karola Nawrockiego uważa niemal za własnego pomazańca. Jest polską racją stanu, aby tę okoliczność wykorzystać w interesie polskiego bezpieczeństwa.
Mniejsza z tym, czy Trump pasuje, czy nie, do naszych wyobrażeń Ameryki i jak powinien się zachowywać amerykański prezydent. Gdyby rządził Ameryką prezydent idealny, zapewne nie mielibyśmy żadnych szans, aby przekonać Amerykanów do utworzenia stałej bazy dla ich wojsk w Polsce. Politykę zagraniczną bardzo często prowadzi się z ludźmi, których nie chcielibyśmy stawiać nikomu za wzór ani nawet przedstawiać własnej żonie.
MON uruchamia dodatkowe szkolenia. 70 nowych terminów programu wGotowości
Trump 17 września ogłosił postęp w sprawie amerykańskiej bazy w Polsce, przypisując go „odważnemu przywództwu” Nawrockiego. To publiczne powiązanie projektu z osobą polskiego prezydenta stwarza możliwość rozwinięcia akcji politycznej w Waszyngtonie. Trump zaczął przedstawiać bazę jako sukces własnej polityki.
Wypowiedź prezydenta musi zostać oczywiście przełożona na ustalenia o lokalizacji, jednostkach, finansowaniu i harmonogramie. Ale otwiera drogę do rozstrzygnięcia, którego przy innym prezydencie moglibyśmy nie uzyskać. Zwłaszcza że Pentagon znowu nam nie sprzyja. Dąży do czegoś zgoła przeciwnego: do ograniczenia stałej amerykańskiej obecności w Europie.
Opublikowana w styczniu amerykańska strategia obronna mówi wprost, że europejscy sojusznicy mają przejąć główną odpowiedzialność za obronę konwencjonalną Europy, przy kluczowym, ale bardziej ograniczonym wsparciu USA. Waszyngton chce zachować w swoich rękach strategiczne, to znaczy jądrowe, odstraszanie i zdolność do udzielenia sojusznikom szybkiej pomocy, a większą część codziennego ciężaru obrony przenieść na Europejczyków. W dużym uproszczeniu Amerykanie mają być kawalerią w odwodzie, której nie trzeba angażować do każdej potyczki. Europejczycy mają umieć utrzymać pierwszą linię obrony własnymi siłami.
30 września sekretarz wojny Pete Hegseth w wystąpieniu do sił zbrojnych zapowiedział sprowadzenie z zagranicy dziesiątek tysięcy żołnierzy. Ogłosił także zamiar budowy nowej wielkiej bazy w Stanach Zjednoczonych. Elbridge Colby, odpowiedzialny w Pentagonie za politykę obronną, konsekwentnie przedstawia wizję NATO, w którym europejscy sojusznicy zapewniają zasadniczą część obrony konwencjonalnej, a amerykański wkład jest bardziej selektywny. Trwa przegląd obecności wojskowej USA w Europie, obejmujący możliwość jej ograniczenia.
To nie jest klimat sprzyjający nowej bazie za Atlantykiem. Prezydencka sympatia może pomóc przezwyciężyć opór, ale trzeba ją połączyć z ofertą odpowiadającą na amerykańskie zastrzeżenia: udziałem w kosztach, infrastrukturą i własną zdolnością obronną.
Zwłaszcza że czas może się kończyć. Wybory do Kongresu odbędą się 3 listopada. Badanie Reuters/Ipsos zakończone 5 października pokazało zaledwie 32 proc. aprobaty dla prezydentury Trumpa. Wśród zarejestrowanych wyborców Demokraci prowadzili z Republikanami 44 do 37 proc. CBS/YouGov wskazywał przewagę Demokratów wynoszącą dziewięć punktów. 6 października Polymarket, przyjmujący zakłady na prognozy wyniku wyborów, wyceniał szanse Demokratów na zdobycie Izby Reprezentantów na około 93 proc., a Senatu na 66 proc. Dzień wcześniej inna agencja zajmująca się zakładami na prognozy, Kalshi, dawała im odpowiednio około 92 i 65 proc.
Zełenski zapowiada odwet. Ukraina zwiększy ataki na rosyjskie rafinerie
To sondaże i wyceny rynkowe zakładów, a nie wyniki wyborów. Wskazują jednak na poważne ryzyko utraty obu izb przez Republikanów. Porażka nie odbierze oczywiście Trumpowi Białego Domu ani wszystkich narzędzi polityki zagranicznej. Może natomiast zmienić jego hierarchię spraw, w które będzie się angażować. Budżet, dochodzenia kongresowe i konflikty we własnej partii będą pochłaniały uwagę, której potrzebuje sprawa bazy w Polsce. Niektórzy sojusznicy i partnerzy Ameryki mogą nawet oddychać z ulgą. Dla Polski to nie musi być dobra wiadomość.
Demokraci nie muszą być przeciwnikami utworzenia amerykańskiej stałej bazy w Polsce. Niezależnie od kolorów partyjnych Polska ma w Waszyngtonie dobrą markę. Jesteśmy postrzegani jako dobry sojusznik, dbający o własne bezpieczeństwo w sposób poważny i niewikłający Ameryki w dodatkowe ryzyka. Dlatego warto zabiegać także o poparcie Partii Demokratycznej dla stałej amerykańskiej bazy w Polsce.
Problemem jest możliwe osłabienie prezydenta Trumpa, kluczowego dla naszych interesów decydenta, którego osobiste zaangażowanie może przełamać opór Pentagonu. Życzliwość prezydenta zajętego politycznym przetrwaniem może nie wystarczyć. Urzędnicy administracji niechętni jakiemuś projektowi potrafią czekać i grać na zmęczenie lokatora Białego Domu. Nam czekać nie wolno. Nie ma obecnie ważniejszej sprawy w polskiej polityce zagranicznej niż przesądzenie decyzji o utworzeniu stałej amerykańskiej bazy dla wojsk lądowych w Polsce.
Poznań, Wrocław lub Bydgoszcz. Gdzie powstanie stała baza USA?
Nie twierdzę, że po 4 listopada szansa zniknie. Najbliższe tygodnie mogą jednak dawać korzystniejsze warunki niż następne miesiące. Potrzebujemy decyzji prezydenta, uzgodnionego zakresu przedsięwzięcia i uruchomienia prac. Inwestycja potrwa lata. Polityczny impuls może mieć znacznie krótszy termin ważności.
Ramię w ramię
Dlatego dobrze się stało, że Adam Bielan, współpracując z Kancelarią Prezydenta, pomógł w marcu doprowadzić do rozmowy Trumpa z wicepremierem i ministrem obrony Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. W naszych realiach politycznych to jednak zdarzenie wyjątkowe: polityk opozycji pomógł członkowi rządu dotrzeć do amerykańskiego prezydenta. Takich możliwości obecna ekipa rządowa samodzielnie wyraźnie nie ma w nadmiarze.
Zamiast jednak docenić tę współpracę, rozpoczęły się polskie polityczne zapasy w błocie. Czytamy opowieść o amerykańskim spisku przeciw polskiej koalicji. Szczerze mówiąc, wątpię, aby Trump zgodził się na spotkanie, aby namawiać szefa PSL do zmiany politycznych sojuszy.
Wróci powszechny pobór do wojska? Wiceszef MON: Nie mam żadnej wątpliwości
Trudno mi uwierzyć, że prezydent Trump poświęcił czas na rozplątywanie zależności między politykami, z których większości nie zna i na oczy nie widział. Wiadomo, że nic go tak nie zajmuje jak interes i sukces własny.
Moja hipoteza jest prostsza: rozmowa miała znaczenie dla procesu decyzyjnego Trumpa w sprawie bazy. Jeżeli Trump chciałby ją ogłosić jako własne osiągnięcie, potrzebuje pewności, że po polskiej stronie znajdzie gotowość do wykonania ustaleń i nie spotka go ze strony polskiego rządu jakaś krytyka. Prezydent Nawrocki może zapewnić poparcie polityczne, ale lokalizację, finansowanie i współpracę wojskową musi przygotować rząd. Spotkanie z ministrem obrony ma w tej logice oczywisty sens. Pozwala sprawdzić, czy państwo polskie potrafi przemówić wspólnym głosem.
Być może Trump chciałby też, aby baza nosiła jego nazwisko. Nie wiem, czy o tym rozmawiano. Nazwa „Fort Trump” towarzyszy jednak projektowi od lat, a prezydent przywiązuje wielką wagę do osobistych splendorów. Mógł chcieć się upewnić, że inicjatywa nie zostanie przyjęta przez polski rząd szyderstwami. To wydaje mi się bardziej prawdopodobne niż nieoczekiwana fascynacja Trumpa arytmetyką polskiej sejmowej większości.
Polska powinna więc przygotować wspólną ofertę prezydenta i rządu: określić oczekiwany charakter obecności, wskazać lokalizację, zakres finansowania i terminy. Prezydent Nawrocki powinien wykorzystać bezpośredni dostęp do Trumpa, wicepremier i minister obrony Kosiniak-Kamysz kontakty wojskowe, a minister Sikorski uruchomić swoje kontakty w administracji i Kongresie. Adam Bielan i każdy inny polski polityk dysponujący użytecznymi relacjami powinni z nich skorzystać właśnie teraz.
Są chwile, gdy interes Polski wymaga, aby nie odrzucać sprawnych narzędzi tylko dlatego, że należą do politycznego konkurenta. Kiedyś archiwa przemówią. Jak nie nasze, to z pewnością amerykańskie, i prawda ujrzy światło dzienne. Polscy politycy powinni mieć świadomość, że ich aktywność, działania i zaniechania ocenią kiedyś historycy. Oby nie musieli opisywać ich jako bohaterów zmarnowanej szansy.
Trump kluczy ws. bazy wojskowej w Polsce. Decyzja mogła już zapaść
Stała amerykańska baza w Polsce ograniczałaby ryzyko rosyjskiej napaści na Polskę i mocniej integrowałaby nasz kraj z amerykańskim systemem obrony. Rosyjski planista musiałby uwzględniać w swoich kalkulacjach amerykański potencjał w Polsce, przygotowany do działania od pierwszych chwil konfliktu, wspólnie z naszymi siłami zbrojnymi. Taki jest właściwy miernik sukcesu.
Tablica na bramie może cieszyć Trumpa. Nas powinno interesować to, co znajdzie się za bramą. Trump może pozostawić po sobie w Polsce trwały element naszego bezpieczeństwa. Od nas zależy, czy pomożemy mu zamienić sympatię w decyzję zwiększającą nasze bezpieczeństwo, czy zużyjemy tę okazję na kolejną krajową awanturę. Prezydent Stanów Zjednoczonych się zmieni. Dobrze przygotowana baza może służyć jeszcze następnym pokoleniom Polaków. Szanowne polskie elity rządzące, jak nie teraz, to kiedy? Jak nie my, to kto?


