Reklama
Wojsko

Polski pocisk balistyczny i rezerwy jak w Finlandii. Przeczytałem program obronny „Rozwoju Plus”

Obowiązkowa służba wojskowa, licencja na zabijanie dla Służby Wywiadu Wojskowego, odbiurokratyzowanie Sił Zbrojnych, powszechna dronizacja, budowa polskich rakiet o strategicznym zasięgu i wzorowanie się na Finlandii – rzadko zdarza się, by którekolwiek środowisko polityczne w Polsce proponowało rozwiązania, o których tak bardzo boi się mówić prawie cała elita polityczna kraju. W raporcie „Armia na wojnę, nie na defiladę” zaproponowano szereg koniecznych rozwiązań, których dotąd unikano jak ognia z uwagi na polityczną poprawność.

Michał Bruszewski
Opinia autorstwa: Michał Bruszewski
Dzisiaj 10:56
11 min
Wojska Specjalne - zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock / Shutterstock)

Największym plusem raportu – nomen omen – „Rozwoju Plus” jest odwaga w nazywaniu rzeczy po imieniu i proponowania w ich miejsce sprawdzonych w innych państwach rozwiązań.

Polska nie jest w niczym gorsza od Turcji, Izraela, Finlandii czy Korei Południowej i może w nowoczesny sposób zreformować armię i swój obronny przemysł. Ponieważ wcześniej czytałem raporty Instytutu Sobieskiego, w tym ten o koncepcji „Powszechnej Służby Państwowej”, nie był dla mnie zaskoczeniem fiński model szkolenia rezerw wojskowych, który zaproponowało środowisko Mateusza Morawieckiego i Michała Dworczyka.

W raporcie, co prawda, brakuje mi przysłowiowej „kropki nad i”, by autorzy poszli dalej w swoich pomysłach, ale przeanalizuję dla was najciekawsze, w mojej opinii, postulaty „Rozwoju Plus”.

Czytaj także: Niewidzialny Gladius i Moskwa w zasięgu Strikera. Polskie drony hitem MSPO

Reklama
Reklama

Armia, ale jaka?

Zaznaczmy, że wśród polskich polityków proponowanie odwieszenia powszechnego poboru do wojska jest tematem tabu. W kuluarach mówią, że to konieczne, ale publicznie boją się to otwarcie przyznać drżąc przed utratą głosów w wyborach. Dramatyzm decyzji byłego szefa resortu obrony narodowej Bogdana Klicha nie polegał nawet na samym zawieszeniu brania w kamasze w 2009 r., ale na niestworzeniu alternatywnego systemu budowy rezerw.

Pod wpływem oburzenia i oddolnych nacisków proobronnych grup Klich zaproponował w to miejsce projekt-niewypał Narodowych Sił Rezerwy (NSR). Mówiąc dyplomatyczne, był to nieudany eksperyment, a Polska straciła na wiele lat system szkolenia rezerw dla armii.

Lata te należy uznać w ogóle za czarny okres degradacji Sił Zbrojnych, bo zrobiono nawet polityczne świństwo żołnierzom kontraktowym nie zmieniając przepisów o limicie służby kontraktowej do 12 lat (tak by żołnierze nie mieli wysługi 15 lat i nie nabyli praw emerytalnych). Zmiany nastąpiły dopiero w 2016 r. Po latach zaniedbań w Ministerstwie Obrony Narodowej w ostatniej dekadzie zmieniło się wiele rzeczy na dobre, ale wciąż pozostaje szereg nierozwiązanych problemów. Za główny uznać należy właśnie przyszłe rezerwy, a raczej ich brak.

W raporcie „Armia na wojnę, nie na defiladę” autorzy odwołują się do modelu fińskiego, w którym 99 proc. potencjału militarnego kraju stanowią rezerwiści. Z podanego w raporcie zestawienia wynika, że oprócz 13 tys. żołnierzy służby stałej Finlandia ma ponad 900 tys. rezerwistów. W Polsce obecny model to 41 proc. (żołnierze zawodowi i Wojska Obrony Terytorialnej) do 300 tys. rezerwistów, którzy stanowią 59 proc. Docelowo proporcje te mają się zmienić na korzyść wojsk operacyjnych, bo planem jest 300+200, czyli 300 tys. żołnierzy pod bronią i 200 tys. rezerwy wysokiej jakości.

Reklama
Reklama

Przy czym koncepcja, z którą polemizuje raport jest tworem medialnym, bo o ile Polska ma faktycznie ponad 200 tys. żołnierzy pod bronią, to już 300 tys. jest melodią przyszłości, a utrudniają ją nie tylko odejścia ze służby, ale także uwarunkowania rynkowe i brak odwagi rządu, by drastycznie zwiększyć uposażenia. W międzyczasie redukować się będzie także liczba rezerwistów. Model prezentowany przez „Rozwój Plus” to milion regularnie szkolonych rezerwistów (85 proc. potencjału osobowego Sił Zbrojnych RP wg. tej koncepcji).

Aby zbudować większe rezerwy, środowisko „Rozwój Plus” zaproponowało odwieszenie poboru na nowych nowoczesnych zasadach znanych ze wspomnianego przeze mnie konceptu „Powszechnej Służby Państwu”.  

Jednym z głównych filarów propozycji tego środowiska politycznego jest „powszechne szkolenie wojskowe i odporna wspólnota”. Powszechne szkolenie obronne ma trwać trzy miesiące, po ukończeniu szkoły średniej i zagospodarować okres wakacyjny przed podjęciem studiów. Szkolenie ma być odmienione, nowoczesne, nieprzypominające Zasadniczej Służby Wojskowej z przełomu PRL i lat 90’, ma być oparte na kompetencjach rekruta. Tak jak w koncepcji „Powszechnej Służby Państwowej”, alternatywą jest szkolenie zastępcze do instytucji cywilnych potrzebnych na czas kryzysu.

Reklama
Reklama

Żołnierz ma dysponować Podstawowym Standardem Wyposażenia (PSWŻ), a nawet korzystać ze specjalnego e-sklepu do zamówień indywidualnego wyposażenia. W nowym modelu szkolenia żołnierz miałby służyć w armii „powszechnej dronizacji”.

„Nie potrzebujemy osobnych wojsk dronowych. Potrzebujemy powszechnej dronizacji wojska” – piszą autorzy raportu. Co ciekawe, przyjęto tutaj zasadę, że każde zadanie, które może wykonać bezzałogowiec, powinno być realizowane bez bezpośredniego zaangażowania człowieka. Dronizacja ma sięgać od poziomu strategicznego do poziomu drużyny, na samym dole. Żołnierz ma mieć podstawowe wsparcie dronów FPV oraz ochronę przed nimi. Zatrzymam się chwilę przy tym punkcie, bo wciąż przed oczami mam obrazy z Ukrainy.

Warto odnotować, że to, co jest w powszechnym użyciu żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy, a nawet cywilów, nie jest podstawą w Polsce. „Czujki”, czyli detektory dronów, są na Ukrainie prawie tak popularne i dostępne jak smartfon (detektory noszą nawet matki z dziećmi na spacerze). I co ważne, zagłuszacze (jammery) zwane na Ukrainie REB-ami, są od Kijowa na wschód zamontowane na bardzo wielu pojazdach, nawet cywilnych.

„Rozwój Plus” proponuje także powrót do istoty Wojsk Obrony Terytorialnej, by była to lokalna lekka piechota, a nie ersatz nieistniejącej w Polsce Obrony Cywilnej. WOT 2.0, jeśli dobrze rozumiem zamierzenie pomysłodawców, ma skończyć z nieustannym wysyłaniem obrony terytorialnej do każdego możliwego kryzysu, łatając instytucjonalny wręcz brak rąk do pracy. WOT to nie Ochotnicza Straż Pożarna z karabinami.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Polskie super-drony. Mamy „żądła”, ale nie mamy skali

Licencja na rakiety i dla służb specjalnych

Najciekawsze fragmenty raportu dotyczą wszelako spraw nieoczywistych dla naszych politycznych elit, drżących na samą myśl o wypowiedzeniu swoich myśli. Po pierwsze, w raporcie podniesiono temat polskich zdolności „deep strike”, czyli uderzeń głęboko w terytorium wroga na wypadek wojny. Jako autor kilku nagrań dla Kanału Zeru i artykułów na Zero.pl na ten temat z zaciekawieniem odnoszę się do tej inicjatywy, bo jest to odosobniony postulat.

Politycy boją się o tym mówić w obawie o pytania, czy Polska nie szykuje się na napastniczą wojnę, bo kalki myślowe są takie, że jak budujesz drony albo rakiety o strategicznym zasięgu, to szykujesz się, by zaatakować. Bynajmniej, przykład kampanii obronnej Ukrainy oraz (wiem, kontrowersyjny, acz trafny) Iranu pokazały, że przenoszenie ciężaru wojny na terytorium przeciwnika za pomocą saturacji dronami i rakietami tak bardzo podnosi jej koszt, że się ona nie opłaca. Udowodniły to dwie bieżące wojny.

W raporcie znajdujemy zestawienie takich zdolności między Polską, Ukrainą, Izraelem a Koreą Południową. Autorzy uznają, że Polska ma zdolność do rażenia celów do 1000 km, przy użyciu JASSM-ER wystrzeliwanych przez lotnictwo oraz w wyniku testów dronów strategicznych. Nie posiadamy jednak swojego FP-5 Flamingo (3000 km), Jericho III (4800 km) czy Hyunmoo-5 (3000 km).

Reklama
Reklama

Flamingo to pocisk manewrujący, efekt bardziej ewolucji przemysłu dronowego na Ukrainie, a nie rakietowego, bo jest projektem w zasadzie z demobilu, Jericho III i Hyunmoo-5 to pociski balistyczne. W teorii konstrukcje te wymagają technicznego zaplecza rakietowego w gospodarce. Przykład Ukrainy pokazuje jednak, że nawet tak zniszczono gospodarczy kraj jest w stanie produkować lub składać własne pociski manewrujące (bo Flamingo zarzuca się, że jest „składakiem”) i eksperymentować z własnymi pociskami balistycznymi.

Gdy patrzę na projekt „Lanca” grupy WB (polskiego Tomahawka) albo linię silników turbo-odrzutowych dronów MTJD, wiem że polski prywatny przemysł ma potencjał, by rodzime pociski manewrujące produkować. A to następnie daje kompetencje do rozwoju całego przemysłu rakietowego i prób z pociskami balistycznymi. Wystarczy wola rządu poparta finansowaniem. Autorzy proponują Polską Broń Dalekiego Zasięgu (PBDZ).

Oprócz licencji na rakiety „Rozwój Plus” proponuje licencję na zabijanie dla Służby Wywiadu Wojskowego (SWW). Ale dodajmy, że to hasło z filmów o Jamesie Bondzie pojawia się wyłącznie jako śródtytuł, a następnie jest ugrzecznione w ogólnikowym opisie o „wsparciu dla działań ofensywnych” i „przejmowaniu inicjatywy”.

Reklama
Reklama

Wiem, że politykom wolno mniej niż publicystom, więc mam komfort napisania tego wprost – polskie służby specjalne powinny mieć zdolność schwytania i postawienia przed polskim wymiarem sprawiedliwości mordercy śp. sierżanta Mateusza Sitka i sabotażystów grasujących w Polsce, którzy uciekli za granicę. I nie tylko SWW, ale oczywiście także Agencja Wywiadu. Warto również rozważyć budowę specjalnych oddziałów zmilitaryzowanych w obu służbach (nie tylko antyterrorystycznych), tak jak dzieje się to na Ukrainie, gdzie HUR oraz SBU nie tylko planują operacje wywiadowcze, ale mają swoje oddziały operatorów dronów.

Więcej od „prywaciarza”

„Rozwój Plus” proponuje też wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw w sektorze zbrojeniowym, zaznaczając, że 60 proc. w podziale zamówień ma przypadać właśnie prywatnym firmom.

Cała branża patrzy z zazdrością na turecki przemysł obronny, który przeszedł metamorfozę od zakupu broni za granicą, przez własne linie znanych broni (Bayraktary, Firtina, Altay), po oblatywanie samolotu 5. Generacji TAI KAAN. Podobna ewolucja przemysłu militarnego miała miejsce w Korei Południowej. Polska produkuje dobrą broń, ale moce produkcyjne obecnych zakładów są obciążone bieżącymi zamówieniami, więcej kupujemy dużych, klasycznych platform niż nowatorskich.

Reklama
Reklama

Do tego unijny program „SAFE” wymusił kupienie broni z półki zamiast zainwestowania tych środków w prace koncepcyjno-rozwojowe, co zaowocowało absurdem z wieżami kal. 30 mm z Norwegii w systemie antydronowym SAN, gdy pod naszą granicą spadają turbo-odrzutowe Geran-4 i Geran-5. Główne państwowe zakłady zbrojeniowe w Polsce, przy świetnych projektach, które robią (m.in. BWP-Borsuk, AHS Krab), potrzebują drugiego płuca, bo (zwłaszcza przez SAFE) się po prostu będą dusić. Prywatnemu przemysłowi obronnemu wystarczy dać rozwinąć skrzydła.

MON Plus

Cztery filary nowego programu obronnego to: nowy model Sił Zbrojnych RP, powszechne szkolenie wojskowe i odporna wspólnota, polski przemysł zbrojeniowy 2.0 i racjonalne finansowanie obronności. W ramach raportu „Wojsko nie na defiladę” zaproponowano także większą świadomość sytuacyjną dot. zagrożeń powietrznych dla samorządów, regulację systemu dowodzenia, a nawet podatek bankowy i CIT dla firm za granicą jako daninę na obronność.

Co o tym wszystkim myślę? Papier wszystko przyjmie, ale nawet jeżeli raport ten pozostanie niezrealizowany, to dobrze, aby część zawartych w nim postulatów przebiła się do całej elity politycznej w Polsce. Nawet jeżeli jest lekko utopijny jak na polski polityczny imposybilizm, to jest odpowiedzą na wiele postulatów pro-obronnych środowisk. Nie uważam, że to doktryna polityczna partii, bardziej traktuję go jako pewne zasianie ziarna w debacie politycznej w Polsce.

Reklama
Reklama

Oby to podglebie było żyzne. Michał Dworczyk, przy okazji walki z kuriozalną Konwencją Ottawską, która krępowała Polskę w posiadaniu min przeciwpiechotnych, pokazał, że potrafi ponad podziałami przekonać polityczną konkurencję do dobrych pomysłów. Nie wiem czy przekona Władysława Kosiniaka-Kamysza do budowy polskiego pocisku balistycznego, ale dobrze, że chociaż „Rozwój Plus” zaczął poważną dyskusję o budowie rezerw i kontynuuje debatę o dronizacji naszej armii.

Źródła: Zero.pl, rozwoj.plus
Michał Bruszewski
Michał BruszewskiDziennikarz